FELIETONYdzień

Bardzo się cieszę, że mieszkam w miejscu, w którym całkiem spora społeczność nie lubi marnować dóbr. Regularnie organizowane są wymiany ubrań, mamy też grupy „z drugiej ręki”, by dać produktom drugie życie, a nawet grupę „bez kupowania”, gdzie można zdobyć to, co potrzebne całkiem za darmo.

Krążą więc między nami dziecięce ubranka i zabawki, ktoś się pozbywa akwarium, a kto inny skutera. Ostatnio wypatrzyłam pudło używanych farbek i pootwieranych plastelin, które dotychczasowym właścicielom już się nie przydadzą, a wyrzucić szkoda. No a dla mojej pięciolatki żadna ilość plakatówek czy plasteliny nie jest zbyt obfita. 

Trochę czasu zajęło nam zgranie terminów – mieszkamy daleko od siebie, a rozkład dnia i tryb życia mamy zdecydowanie inny. W końcu się udało – już za tydzień pracownia plastyczna mojej córki zostanie zaopatrzona w nowe skarby.

Akurat tego dnia wstało piękne słońce. W Kunmingu bywa już zimnawo, ale kiedy świeci słońce, temperatura skacze prawie do dwudziestu stopni. A że wyjątkowo miałam wolny cały poranek i żadnego sportu w perspektywie, stwierdziłam, że pojadę po artykuły papiernicze rowerem. Już po kwadransie tego pożałowałam. Niby tylko około siedmiu kilometrów, ale prawie cały czas pod górkę, więc byłam spocona jak mysz i bolały mnie wszystkie mięśnie. Dojechałam do kropki na mapie i wysyłam wiadomość do ofiarodawcy: Hej, dojechałam, rzuć dokładnym adresem, proszę. Stoję przy klatce pierwszej, czy to właściwa?

Po chwili odzywa się telefon i od razu wiem, że coś jest nie tak: „Przepraszam, nie ma mnie w domu, to miało być dzisiaj? Zapomniałem! Tak mi przykro, bla bla bla…”.

Ależ mi skoczyło ciśnienie.

Rzadko kiedy mam wolny dzień – taki naprawdę wolny, że nie muszę wyprać, posprzątać, kupić, wyprasować, pościelić, ugotować i tak dalej. Kiedy już zdarza się taki dzień, chętnie spotkałabym się ze znajomymi, obejrzała ciekawy film, poczytała książkę – jedną ze sterty zalegającej stolik nocny. Ta sterta mnie kiedyś przysypie. 

W duchu już ciskałam obelgami. Znam ich wiele i to w kilku językach.

Podniosłam głowę. Ujrzałam błękitne niebo upstrzone maleńkimi, puchatymi chmurkami. Świeciło słońce, ptaki ćwierkały radośnie. Upiłam łyk pysznego soku z guawy, westchnęłam głęboko i odpowiedziałam: Luz, nie przejmuj się, zgadamy się kiedy indziej. Każdemu się może zdarzyć.

Wsiadłam na rower. Tym razem się już nie spieszyłam. Pół trasy biegło brzegiem rzeki – a nad nią staruszkowie ćwiczący tai chi, biegająca młodzież, dzieci w wózkach, psy… Brzegi ocienione starymi drzewami – nie wszystkie umiem rozpoznać, ale ton zapachowy nadaje tu wyjątkowo aromatyczny eukaliptus. Zieleń krzewów i traw koi oczy. 

Wjechałam na zwykłą drogę. Traf chciał, że jechałam kilkaset metrów za pojazdem zaopatrzonym w armatkę wodną, która rozsiewała wilgoć na drodze. Kunming jest właśnie u progu pory suchej, więc takich pojazdów tu pełno. Jednak nie zawsze się zdarza, by jeździły w tak pięknym słońcu, dzięki czemu nagle całą opryskiwaną drogę rozświetla tęcza! 

Dojechałam do pięknej alei platanów. Niektóre jeszcze pysznią się zielonymi liśćmi, ale większość już zbrązowiała i lśni w jesiennym słońcu. Złota kunmińska jesień w pełnej krasie. 

Do domu dojechałam szczęśliwa, wygrzana górskim słońcem, owiana jesiennym wiatrem, zmęczona tak „w sam raz”.

No i co z tego, że nie udało się to, co zaplanowałam? No i co z tego, że ktoś okazał się niesłowny? No i co z tego, że „zmarnowałam” dzień? 

Wiele będzie jeszcze planów, których z różnych względów nie uda mi się zrealizować. 

Wiele będzie jeszcze dni, w trakcie których wszystko będzie pod górkę. 

Wiele będzie jeszcze dni, które może uratować tylko wewnętrzne silne przekonanie, że chcę być szczęśliwa. I że nie dam sobie tego szczęścia odebrać. 

Natalia Brede

5 3 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze