FELIETONY

Sylwester 2019

Jestem na lotnisku w Casablance po ponad dziesięciu godzinach lotu. Czekam na mój lot do domu, przez wpół żywe słuchawki słucham “Love Generation” i przebieram nogami, bo już bardzo marzy mi się prysznic. Lot opóźniony, wkurzam się, bo wygląda na to, że nie zdążę na sylwestrową kolację z przyjaciółmi i  że powitam nowy rok w samolocie. Moja wyobraźnia podsyła mi obraz samolotu wybuchającego przez fajerwerki, logika stara się wytłumaczyć, że fajerwerki nie dosięgną przecież mojego samolotu, ale i tak z nerwów trzęsą mi się ręce.

Wsiadam do samolotu, boję się bardziej niż zwykle, bo nigdy nie leciałam takim małym samolotem, a przecież im mniejszy, tym bardziej podatny na wszelkie turbulencje. Zamykam oczy, mając nadzieję, że obudzę się już w Maladze. Nie mogę zasnąć, więc postanawiam spisać swoje plany noworoczne, by zająć umysł czymś innym niż wizją wybuchającego samolotu. Otwieram notatnik i  po chwili zamykam, bo stwierdzam, że w tym roku nie będę miała żadnych postanowień. Że po prostu będę częściej słuchać siebie i robić to, na co mam ochotę. Takie wiecie – więcej luzu. A więcej luzu oznacza brak trzymania się sztywnych postanowień.

W końcu nie wybuchamy, wysiadam w Maladze, lotnisko puste jak nigdy. Dojeżdżam do domu, szybki prysznic, przytulenie sąsiadki, która przygotowała mi szarlotkę na przywitanie i biegiem do drugiej części miasta, by zjeść kolację z przyjaciółmi i zdążyć przed północą. Wszystko szybko, szybko. Trzy kontynenty w jeden dzień i do tego pyszna kolacja i szampan o północy? Da się? Dało się. 

Uwielbiam życie w biegu. Uwielbiam, jak dużo się dzieje, jak termin goni termin, jak z jednego miejsca już pędzę w drugie, zahaczając przy tym o kawę w mojej ulubionej kawiarni. A najbardziej wartościowa czuję się, gdy śpię po trzy godziny dziennie. Czuję wtedy taką dumę, że gdy inni śpią, to ja pracuję i że w przyszłości sobie za to podziękuję. Że tak jakby jestem krok do przodu. 

I uwielbiam to, że jak cały świat się wali – w sensie cały mój świat – to wystarczy kupić bilet na jakiś koniec świata, końcem świata może być nawet miasto obokwziąć plecak i z aparatem przemierzać dzielnice i przemyśleć wszystko na spokojnie. Porządnie się zdystansować. I później zatęsknić za przyjaciółmi, za swoim centrum świata (u mnie to jest salon), za swoją codziennością i po prostu wrócić. I zacząć wszystko w tym samym miejscu, ale  na nowo, z taką pasją, co wiecie, błyszczy w oczach. I właśnie w ten sposób ja zawsze wracam. Wracam sama do siebie.

Czasami nie da się rzucić wszystkiego i jechać już. Więc gdy siedzę cały dzień z nocą przy notatkach i dochodzę do momentu, w którym przeklęłam już wszystkich profesorów i cały system edukacji, to tylko narzucam na siebie swoją ulubioną bluzę i idę przed siebie. Jak daleko nogi poniosą. Nad morze (mieszkam już tu cztery lata i dalej nie wierzę, że mam plaże w swoim mieście) albo tylko do mojej kawiarni.

Głowa się wietrzy automatycznie sama. Uwielbiam patrzeć na fale. To tak mnie wycisza i uświadamia, że wszystko na tym świecie jest takie małe w porównaniu do morza, nawet moje problemy. A jak działa kawiarnia? To dla mnie takie samo miejsce, jakim w dzieciństwie była ulica obok mojego domu czy też plac zabaw – nie musisz się zapowiadać, do nikogo dzwonić, by się umówić, po prostu tam idziesz i zawsze spotykasz kogoś, kogo znasz. I wystarczy chwila rozmowy, by zająć głowę czymś innym. No i wypić kawę. Pyszna kawa zawsze pomaga. Po niej można spokojnie wrócić do domu i od nowa podbijać świat. 

Jakieś dwa lata temu spełniłam swoje marzenie z dzieciństwa i kupiłam sobie małą, piękną niebieską deskorolkę i tak zaczęła się moja przygoda z byciem skejtem.

Najlepszym dniem tygodnia stała się środa, bo w środę w nocy zawsze z przyjaciółmi przemierzałam ulice Malagi. Rozmawialiśmy o wszystkim, robiąc kolejne kilometry, męczyliśmy się jak cholercia, zatrzymując się tylko w ulubionych barach. Potrafiliśmy spędzić całą noc na deskach. I to było takie chwilowe wyłączenie się z całego świata. Teraz myślę, to też była dla nas najlepsza forma terapii. 

W marcu, gdy przyszło “samiwiecieco”, zamknięto nas w Andaluzji totalnie. Jedynie możliwe wyjście do supermarketu lub apteki. Zero spotkań, zero spacerów, zero jakiekolwiek kontaktu z tym, co wcześniej nazywałam światem. I ja Roxana, osoba, która czerpię z niego energię zostałam sama w czterech ścianach. I nagle się okazało, że moje stare metody poprawiania sobie humoru już są nielegalne. 

Już rok żyjemy w tym dziwnym świecie i szczerze Wam powiem, że teraz czuję się o wiele gorzej, niż gdy to wszystko się zaczęło. Bo na początku człowiek miał nadzieję, że to tylko miesiąc, później może dwa i zaraz minie. A wygląda na to, że tak już będzie wyglądała nasza rzeczywistość na najbliższy czas. I nagle się okazuje, że trzeba odbudować się na nowo, znaleźć coś pięknego bo stare nawyki już w ogóle nie wchodzą w grę. 

____
Rok temu przeczytałam refleksję Dalajlamy odnośnie tego, że świat jest mały i z dnia na dzień robi się coraz mniejszy. I z tego powodu wszystko to co jest jego częścią – od razu staje się częścią nas. Kompletnie tego nie rozumiałam, dopóki nie zobaczyłam moich sąsiadów klaszczących na balkonach, oddających hołd lekarzom. 

Czy teraz jest źle? Jest. Czy ciężko jest przyzwyczaić się do tego osiadłego życia, jeżeli przez całe życie było się w pędzie? Bardzo ciężko. 

Ale pamiętajmy, że jesteśmy w tym wszyscy razem. I jeszcze wrócimy do podróżowania. Świat poczeka.

Roxana Lewandowska, Hiszpania

***

Jeśli podobał Ci się ten tekst,

ZOSTAŃ NASZYM PATRONEM NA

Więcej o naszych Patronach i o nas:

MY, POLKI

 

5 2 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Anna Hylje
Anna Hylje
5 miesięcy temu

Mam tak samo jak Ty! Jak przestałam móc planować dalekie podróże zaczęłam kombinować na miejscu. Latem po 12 godzinnej zmianie byłam w stanie wskoczyć do samochodu i jwchać 5-6 godzin, bo mi się zachciało być nad morzem. Półtora dnia, spanie w bagażniku samochodu (specjalnie kupiłam taki samochód, żeby się w nim składały siedzenia dogodnie do spania) i powrót do pracy. I wracałam bardziej zmęczona przed dniami wolnymi. Dostosowałam się do sytuacji dobrze. Oby i Tobie się udało.

Last edited 5 miesięcy temu by Anna Hylje