FELIETONYŚWIĘTA I TRADYCJEopowieść wigilijna

Zacznę z przymrużeniem oka – nie umyłam okien dla Jezuska. Fug między kafelkami w łazience też nie wyszorowałam. Takich świąt Bożego Narodzenia u mnie nie uraczycie. To zresztą nie jest dla mnie żaden wyznacznik gotowości na celebrowanie – podtrzymuję tę tradycję również w Wielkanoc i Samhain.

W mojej osobistej opowieści skupiam się na latach, kiedy nie pojechałam na święta do rodzinnego domu, a więc obchodziłam je na obczyźnie. Pominę też lata, gdy pracowałam w gastronomii, co skutecznie powstrzymywało mnie przed wyjazdami w tym okresie, ale też w efekcie (a nawet afekcie) zabijało moją chęć na własne świętowanie. Całą parę zużywałam na gotowanie dla obcych. Po skończonej dwunastogodzinnej zmianie miałam tylko ochotę zrobić wreszcie siku, o którym zapomniałam osiem godzin temu, gdzieś między przystawką z wędzonego łososia a pieczonym indykiem z żurawiną, oraz paść na twarz, aby śnić sny, w których nie słychać dźwięku drukowania kolejnych przychodzących zamówień.

Sen był wtedy bezcenny i krótki, a kolejny dzień powtórką z poprzedniego. Smaka miałam jedynie na rzeczy, które absolutnie w żaden sposób nie kojarzyły mi się ze świątecznym stołem – czy to polskim czy szkockim. Gdyby ktoś tak po prostu odwołał święta, czułabym ulgę. Taki był ten etap w moim życiu.

Nie tylko kucharze w święta mają ręce pełne roboty. Moi rodzice są pracownikami ochrony zdrowia, więc to zupełnie inny kaliber ważności pracy, ale jeden element jest wspólny – czasem trzeba przegapić któryś dzień świąteczny. Trochę tego było, gdy byłam młodsza. Sama będąc osobą dorosłą, bardzo broniłam się przed tym zalewającym mnie uczuciem, że coś mnie omija, że gdzieś powinnam być, a nie mogę. A może by tak zrobić sobie święta w połowie stycznia, bez presji? Różne myśli przychodziły do głowy. 

W Duchu Minionych Świąt Bożego Narodzenia

Zastanawiam się, czy mogę mówić o ewolucji mojego podejścia do świąt Bożego Narodzenia na emigracji. Czy mam sposób, w jaki się zmieniało, a także to jak zmieniały się one same w moim wykonaniu, rozpatrywać w kategoriach progresu lub regresu.

Wyjechałam za granicę z wyniesionym z domu wyobrażeniem o tym, jakie Boże Narodzenie powinno być, co powinnam odhaczyć. Podpunktami na mojej liście były: odpowiednie przygotowanie domu, właściwe potrawy, rodzina, świąteczna atmosfera. Podskórnie chciałam dążyć do tego, aby naśladować ten wzór w jego pierwotnej formie, ale w moich próbach jego odtworzenia byłam skazana na niepowodzenia. Te święta, w tych latach, określiłabym jako “szczątkowe”.

Wybrana przeze mnie nazwa – “szczątkowe” – może być myląca. Jednocześnie były one najbardziej obfite zarówno w różnorodność potraw jak i podobieństwa do “oryginalnych” świąt. Wtedy jeszcze rzucałam się na pucowanie domu, jeżdżąc na szmacie bez końca i osiągając efekt wystarczająco zadowalający w stosunku do zużytej energii. Okazjonalnie doprowadzałam się do okołoświątecznego wypalenia w imię ciut lepszego wyniku. Nigdy nie dawało mi to satysfakcji i nie trwało długo – tu kot narzygał, tam pies przylepił sierść do wszystkiego i w zasadzie było po sprawie.

Pamiętam, że przy okazji moich pierwszych, początkowych świąt na emigracji na stole jeszcze pojawiał się karp. Zazwyczaj spotykaliśmy się z naszymi polskimi znajomymi, którzy dbali o tę kwestię. My przynosiliśmy nasz żelazny zestaw: ryba po grecku oraz krokiety z domowym farszem – wynik współpracy, bo z naszej dwójki tylko mój partner potrafi usmażyć naleśniki.

Ja zawsze największą wagę przywiązywałam do pierogów. Moja babcia potrafiła lepić pierogi taśmowo. Bardzo chciałam iść w jej ślady, ale moim osobistym maksimum było 25 sztuk na raz. Zaprzestałam własnoręcznego lepienia kilka lat temu, po tym jak zmarnowałam całą porcję. Jak, pytacie? Wskutek niewłaściwego przechowania pierogi pozlepiały mi się ze sobą przed ugotowaniem. Gdybym miała cierpliwość sfinalizować cały proces od A do Z za jednym zamachem, uniknęłabym tego. I to jest sedno –  brak cierpliwości. Serce mi się kraje, gdy przypomnę sobie tę wielką kulę ciasta przetykanego farszem, którą utoczyłam w akcie frustracji, anihilując delikatnie ozdabiane wcześniej brzeżki, aby rzucić nią prosto do kosza z drugiego końca kuchni. Tragedia. To był ostatni raz, gdy lepiłam pierogi.

Z roku na rok postępowała wyraźna tendencja spadkowa. Coraz mniej potraw przygotowywaliśmy sami, niezależnie od tego, w jakim spotykaliśmy się gronie.  Dania własnego wykonania zostały zastąpione przez domowe  zamawiane z polskiej jadłodajni lub od osób prywatnych, które w okolicy świąt puszczały w rozruch swoje małe prężnie działające biznesy produkcyjne.

Po co mam się męczyć z lepieniem tych nieszczęsnych pierogów, jeśli jakaś pani Krysia lub Asia dostarczy mi kilo za kilka funtów? Karp też niepostrzeżenie zniknął ze stołu. Gdzieś po drodze doszliśmy do wniosku, że za dużo z tym zachodu. Na kolejkę, która jak w czasach PRL-u ustawiała się do polskiego sklepu, aby dostać karpia, patrzyliśmy jak na zjawisko socjologiczne, które już nas nie dotyczyło.

I tak oto, kawałek po kawałeczku, z roku na rok, zatracałam elementy, które stanowiły o takich świętach, jakie zapamiętałam sprzed mojego wyjazdu. Pozostały tylko szczątki, ramy konceptu.

W Duchu Teraźniejszych Świąt Bożego Narodzenia

Potem przyszedł okres eksperymentowania. Po odrzuceniu zbędnych rzeczy, których nijak nie potrafiłam czy chciałam utrzymać w mojej tradycji celebrowania świąt na emigracji, zrobiło się dużo pustych miejsc do zapełnienia. W tym przestrzeni w głowie. Złapałam drugi wiatr w żagle, zaczęłam się zastanawiać, co mogę zrobić, aby święta stały się naprawdę moje.

W tej fazie z entuzjazmem sięgałam po niestandardowe produkty. Święta Bożego Narodzenia z całą kaczką pieczoną w jabłkach? Dlaczego nie? Udziec barani w rozmarynie z piekarnika? Jak najbardziej! Choć moje ulubione jak dotąd święta upłynęły pod znakiem pizzy na dowóz. Owszem, 25 grudnia w Wielkiej Brytanii wszystko jest pozamykane na cztery spusty, ale wystarczy wiedzieć, gdzie szukać. Podczas gdy chrześcijanie celebrują, dla wyznawców innych religii biznes się wciąż kręci. Tyczy się to zarówno sklepów spożywczych jak i take-awayów prowadzonych przez np. muzułmanów. 

Kompot z suszu od zawsze towarzyszy mi w święta, ale jest to też dla mnie sezon na grzane wino. Z fuzji tych dwóch elementów powstało grzane wino z suszonymi owocami. Musi być! Na półkach sklepowych w okresie świątecznym pojawiają się również smakowe kremy-likiery typu Baileys. Czekam na te sezonowe oferty smakowe z utęsknieniem. Właśnie to lubię najbardziej sączyć, gdy z moim partnerem oglądamy świąteczne horrory, w których motywem przewodnim jest Krampus.

Wszystkie nasze świąteczne dekoracje są utrzymane w konwencji horroru. Mamy czterdziestocentymetrową czarną choinkę, na którą co roku każde z nas dokupuje po jednej tematycznej ozdobie. Jak się być może domyślacie – kolęd nie słuchamy. Wszystko odbywa się bez spiny. Sprzątanie? Absolutne minimum, jest mi komfortowo w naszym “barłogu”. Pod ręką zawsze mamy deskę serów. Cały rok oszczędzamy, żeby udać się na Christmas Market w Edynburgu i bez zająknięcia powiedzieć: “Poproszę 1,5 kg sera comté”. Dotychczas ta przyjemność kosztowała nas około £120. Inflacja nie ominęła również Wielkiej Brytanii, więc jeszcze nie wiem, jak będzie z siłą nabywczą funta w tym roku. Przy jedynie funcie sera (około 450 gramów), to nie jest celebracja.

Czy takim świętom czegoś brakuje? Na pewno nie poczucia relaksu i swobody. Ale nie jest  to wersja ostateczna a jedynie etap przejściowy w definiowaniu moich własnych tradycji świątecznych. Pozwalam sobie skupić się na moich potrzebach. Pewne sprawy odpuszczam, inne wprowadzam. Prawda jest taka, że chciałabym z powodzeniem zintegrować aspekty tradycyjnego nurtu z nonkomformistycznym, w którym się aktualnie z rozkoszą pławię.

W Duchu Przyszłych Świąt Bożego Narodzenia

Są też takie święta, których nie było. Jeszcze.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że nigdy jeszcze w moim dorosłym, prawie trzydziestopięcioletnim życiu, nie zaprosiłam mojej rodziny na święta. Nie byłam gospodynią. Zrobię to kiedyś w moim domu, którego jeszcze nie mam. Przyjadą oczywiście, tak będzie. Snuję wizję, w której zagranica, czas i odległość nie są przeszkodami nie do pokonania.

Zasiądziemy razem przy stole, którego jeszcze nie mam. Będą spacerować po nim koty, bo mój dom rządzi się swoimi prawami. Jeszcze nie wiem, co wyląduje na wigilijnym stole, ale wszyscy się najedzą po korek. Stare zderzy się z nowym – i to z iskrami, które rozgrzeją, a nie staną się zarzewiem konfliktu. Po raz pierwszy na emigracji ubiorę w moim domu dużą choinkę, która stanie się memem z kotami w tle.

Prezenty zostaną podarowane i rozpakowane w czasie rzeczywistym, a nie w trakcie facetime’a. Nie będę musiała wybierać, czy spędzam święta z moją rodziną, ale bez partnera czy odwrotnie. I może wtedy poczuję, że wszystko jest na swoim miejscu. Że nie jest to akt odtwarzania, ale forma celebrowania Bożego Narodzenia, którą stworzyłam i jestem w stanie się nią dzielić.

Emigracja często jest zatracaniem fragmentów naszych polskich tradycji – tak to widzę, gdy wpadam w nostalgiczny nastrój. A jednocześnie widzę w tym coś zupełnie naturalnego i okazję do wyjścia poza schematy. Zachowajmy to, co nam odpowiada. Dodajmy to, co może ubogacić nasze doświadczanie. Wciąż tworzę i aktywnie modeluję moją emigracyjną rzeczywistość. Ten proces odbywa się nieprzerwanie – nie tylko od święta.

Agnieszka Ramian

5 5 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze