FelietonyKobieta u mechanika

W jednej z książek o Grenlandii spotkałam się z tezą, iż tam każdy powinien znać się po trochu na wszystkim. I nie ma znaczenia, czy jest to polowanie, gotowanie, cerowanie czy też naprawa skuterów śnieżnych. Życie na wyspie rządzi się swoimi prawami, a dodatkowe umiejętności znacznie ułatwiają jego funkcjonowanie.

Jako że my na Grenlandii nie mieszkamy, to przypomnę tylko, że niezwykle ważną i potrzebną cechą jest umiejętność oddelegowywania zadań, o których mamy znikome pojęcie specjalistom. Często może nam to zaoszczędzić zarówno czas, jak i pieniądze.

Zatem, gdy nasz samochód zaczyna wydawać niepokojące dźwięki, światła gasnąć, a ukryte pod maską konie mechaniczne słabnąć, to czym prędzej udajemy się pod drzwi warsztatu, aby uzyskać niezbędną pomoc.

Zosia Samosia

Chyba że tak jak w przypadku Anny Maślanki tato mechanik zadbał o to, aby córka potrafiła sobie poradzić z podstawowymi samochodowymi usterkami. Proste naprawy wykonuję sama, a w bagażniku zawsze mam wielką skrzynkę z narzędziami i częściami do wymiany – opowiada Ania. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, by wybrać się do mechanika z takimi drobnostkami, jak na przykład zmiana opon czy hamulców. Dlatego też preferuję stare samochody, bo prościej jest wszystko zrobić na własną rękę. Jeśli nie jestem czegoś pewna, tato zawsze służy radą przez telefon.

Córką mechanika jest także Monika, która już jako dziecię spędzała popołudnia na taplaniu się w smarze samochodowym, grzebaniu w śrubkach i nauce łatania opon. Gdyby nie fakt, że wizyty u mechanika wiążą się ze sporymi ubytkami w budżecie, mogłabym tam jeździć codziennie – mówi Monika. W dzieciństwie zaglądałam pod maskę starej warszawy, dużego fiata (dla młodszych pokoleń – tak nazywaliśmy Fiata 125P), skody. W dorosłym życiu przeniosłam swoją miłość na samochody z napędem 4×4 oraz (najczęściej) na posiadaczy takowych pojazdów. Co do smarów i olejów, to doszło jeszcze taplanie się w błocie. Kocham to!

Kiedy Anna wybiera się do warsztatu, najczęściej już wie, gdzie tkwi problem. Znam motoryzacyjną terminologię po norwesku, a jeśli akurat czegoś nie wiem, to zawsze sprawdzam nieznane słowa wcześniej – przyznaje. Nie jestem zatem osobą, która przychodzi do mechanika i ze łzami w oczach rzuca: “ło panie, bo coś mi tam pod spodem rzęzi”. Dlatego też nigdy nie zdarzyło mi się, bym została przez mechanika zignorowana lub naciągnięta. Nawet gdy jestem w męskim towarzystwie, to ja przeprowadzam rozmowę. Raz facet próbował się wtrącić, skończyło się na tym, że dostał reprymendę, bo to przecież mój samochód.

W mojej okolicy mieszka mechanik, który ma cmentarzysko starych samochodów i przywraca je do życia – kontynuuje Anna. Niedawno chciałam skorzystać z solidnego podnośnika, żeby móc wejść pod samochód i coś sprawdzić. Zapytałam, czy mogę to zrobić w jego warsztacie. Gdy chciałam mu zapłacić, powiedział, że jeśli chcę coś majstrować mogę po prostu przyjeżdżać i czuć się jak u siebie.

Tej zimy zdarzyło mi się wystąpić w roli samozwańczego mechanika.

Mój ówczesny szef kuchni zjawił się w pracy zdenerwowany i zaczął narzekać, że auto mu się zupełnie rozkraczyło i chyba skończy się lawetą, bo świecą się wszystkie kontrolki i nie wie, co się dzieje. Po jakichś trzech godzinach słuchania jego narzekania, powiedziałam, że mogę zobaczyć, co się stało. Chyba nie bardzo wierzył, że jestem w stanie pomóc. Okazało się, że problem był banalny. Zbiornik na płyn chłodniczy był zupełnie pusty, a on nawet nie sprawdzał poziomu płynów, odkąd kupił samochód. Akurat miałam kilka litrów płynu chłodniczego w swojej skrzynce “ze wszystkim” (z której ów szef kuchni wcześniej się śmiał, że kto normalny wozi warsztat w samochodzie), więc rozwiązanie było banalne. Po wszystkim mistrz motoryzacji chciał przy dwudziestu stopniach na minusie zostawić odpalony samochód z wciąż bardzo wysoką temperaturą silnika, “żeby sobie pochodził” i iść do pracy. Niezbyt delikatnie poradziłam mu, by najpierw puknął się w łeb.

W przypadku Moniki sytuacja ma się bardzo podobnie. Cały ten życiowy bagaż samochodowy skutkuje tym, że za każdym razem, gdy muszę odstawić samochód do mechanika, jadę z własną diagnozą – kontynuuje swoją opowieść Monika. Słucham stuków i pisków podczas jazdy, przeszukuję fora motoryzacyjne i wyciągam własne wnioski. No i uczę się nowych słówek po chorwacku. Dopiero uzbrojona w wiedzę i zdjęcia, czuję się gotowa stawić czoła wyzwaniu. I choć od pewnego czasu zastanawiam się, czy to dobra taktyka, bo może domagam się wymiany czegoś, co działa, sama generując dodatkowe koszty naprawy, nie potrafię inaczej.

W Polsce miałam jednego, ulubionego mechanika, do którego jeździłam przez całe miasto, a czasem czekałam w długiej kolejce. Ale z mechanikiem, jak z lekarzem – musisz mu ufać. Temu ufałam bezgranicznie, a on zawsze znalazł czas, by wyjaśnić mi, co i dlaczego trzeba zrobić przy samochodzie, po skończonej pracy zachowywał wymienioną część i tłumaczył mi, jak działa. No to jak go nie kochać, no jak!? Na emigracji jeszcze takiego nie znalazłam, ale nie ustaję w poszukiwaniach. Przy drobniejszych naprawach wybieram małe zakłady i zaglądam mechanikom przez ramię, prosząc czasem o wyjaśnienie, na co patrzę. Wiem! Jestem uciążliwym klientem. Ale trudno, przecież „przychodzi baba do mechanika…”.

Poniżej poznacie historie kobiet, które z motoryzacją nie mają wiele wspólnego. Jednakże z różnych względów to one są zobligowane do oddawania samochodów do serwisu czy kontaktów z mechanikami.

Okazuje się, że czasami za niewiedzę musimy słono zapłacić.

Anna Traczewska, która mieszka we Włoszech od dwudziestu lat, sama radzi sobie z mechanikami. Twierdzi, że „książę – małżonek“ nie ma czasu się zająć ich dwoma samochodami. Godziny jego pracy pokrywają się z tymi naszego mechanika – kontynuuje Ania. Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej przygody, kiedy jeszcze nie mówiłam po włosku. Sprawa błaha, wysiadł akumulator i mówię mężowi, że nic mi się nie zapala w aucie, żadna lampka. On zaaferowany pilnymi sprawami w biurze powiedział, że akumulator po włosku to “batteria”, mam zadzwonić i poprosić o wymianę. Wzięłam książkę telefoniczną zadzwoniłam do najbliższego majstra z duszą na ramieniu, gdyż nie wiedziałam czy uda mi się dogadać. Podałam adres i czekałam pół dnia. Podjechał mechanik, wymienił akumulator, zapłaciłam 140 euro, jak sobie zażyczył. Oczy mojego męża wyszły z orbit, gdy zobaczył rachunek. Cena była praktycznie podwójna! Dostaliśmy niezłą lekcję, a mój mąż nauczkę.

Kiedy zaś Honorata musi przekroczyć progi zakładu samochodowego czuje ogromną niechęć.

Pewnie zupełnie niepotrzebnie – jak sama twierdzi, ale tak po prostu jest. Jestem też wyczulona, czy mnie taki mechanik nie naciągnie na kasę – opowiada. Nie jestem w stanie się tego odczucia pozbyć. Zawsze jestem nieufna w rozmowach z nimi, bo też nie mam wiedzy w tym temacie. Wydaje mi się, że jestem traktowana jak idiotka tylko dlatego, że jestem kobietą. Albo jestem traktowana z góry i z pobłażaniem. Nigdy nie wiem, na kogo trafię.

Oczywiście spotkałam również w swojej „karierze” kierowcy i właścicielki auta na porządnych mechaników. Niestety też na takich, którzy że w efekcie mnie naciągnęli. Czasami wstyd mi za siebie samą, gdy o tym pomyślę. Nie pozostaje mi nic innego, jak uczyć się na własnych błędach. W Polsce miałam możliwość poradzić się osób znających się na tej dziedzinie, a na emigracji to już nie jest takie proste. Co prawda, nomen omen, pracuję w branży motoryzacyjnej, ale wiele osób z mojego środowiska jeździ do autoryzowanych warsztatów samochodowych, które są o wiele droższe od tych niezależnych. Mając starsze auto, to się po prostu nie opłaca, szczególnie gdy się dopiero co przeprowadziło z o wiele biedniejszego kraju do bogatego, jakim jest Belgia. Do tego jeszcze dochodzi specjalistyczne słownictwo i pewna bariera językowa.

Swego czasu znalazłam polskiego mechanika, który sporo majstrował przy moim aucie i nigdy nie traktował mnie jak idiotki. Ale musiałam sama kupować części zamienne w sklepie i tam już nie było tak wesoło. Panowie sprzedawcy niby pomagali, ale jednak byłam traktowana z pobłażaniem. Muszę przyznać, że w Polsce o wiele lepiej sobie z tym tematem radziłam. Sprzedawcy zawsze podawali różne opcje i ceny. A w Belgii tych wielu opcji jakoś nie miałam.

Anna Tylman twierdzi, że jej związek jest anegdotycznym przykładem odwrócenia do góry nogami tradycyjnych ról kobiety i mężczyzny.

Posłuchajcie jej opowieści. Mąż świetnie gotuje i lubi to robić. Ja lubię robić niektóre drobne naprawy, malować ściany i przede wszystkim jeździć samochodem. Pomimo że zdaliśmy oboje egzamin na prawo jazdy mniej więcej w tym samym czasie, on nie cierpi prowadzić. Woli, żebym to ja była kierowczynią i ten układ działa od lat. Już to niektórych naszych znajomych, zwłaszcza w Polsce, szokuje. Jak to możliwe, że ty prowadziłaś auto całą drogę z Belgii do Polski, a nie twój mąż? Mąż jest Belgiem i przeważnie nie przejmuje się takimi opiniami. Podobno od zawsze nie lubił tematów związanych z samochodami czy mechaniką, nigdy go to nie pociągało. Belgia to bardzo otwarty kraj na wszelkiego rodzaju inności.

Pomimo to, okazuje się, że nawet tu świat u mechanika to przeważnie świat wyobrażeń o tym, że kobieta tu nie pasuje. Pojechaliśmy kiedyś oboje do mechanika. Pomimo, że to ja tego dnia byłam za kółkiem, mechanik niemal od razu zwracał się do męża, a mnie ignorował. Któregoś dnia nasz wspólny znajomy mechanik w knajpie przy piwie zaczął męża wypytywać, czy może by go zainteresował taki a taki samochód. Mój mąż zaskoczył go, odpowiadając, że to głównie ja jeżdżę, więc to ja wybieram i decyduję. Do dziś pamiętam jego minę.

Dużo pozytywniej wizyty u mechaników wspomina Dorota, która posiadała i prowadziła samochody na trzech kontynentach – w Europie, Ameryce Północnej i w Azji.

Niektóre były stare, inne nowe, każdy jednak w którymś momencie lądował w serwisie – wspomina. Doświadczenia z serwisów w Japonii i na Tajwanie mam jak najlepsze. Na Tajwanie miewam różne problemy z samochodem, a że jest to mój samochód, to sama muszę te problemy rozwiązywać. Jestem więc dość częstym gościem u mechanika. Jak tylko pojawiam się, od razu dostaję kawę/herbatę, ciastko. Z

anim zdążę wypić i zjeść, wszystko jest gotowe, a samochód jest zawsze oddawany czyściutki. W Japonii zdarzyło się, że mój leciwy minibus nie chciał zapalić, stał przed garażem i blokował wjazd do niego. Mieszkając na wsi daleko od sąsiadów i nie znając języka nawet na tyle, by zadzwonić po pomoc drogową, zdałam się na znajomą, która przysłała mechanika do mnie. Wyobraźcie sobie moje zdumienie, gdy przyjechał młody Japończyk świetnie mówiący po angielsku! Uruchomił samochód, zaparkował go w garażu, a gdy przyszło do płacenia nie chciał żadnych pieniędzy. Zresztą na Tajwanie za drobne naprawy, jak wymiana żarówki, dopompowanie powietrza, dolanie płynu do spryskiwacza również nigdy nic nie płacę. Tak więc wizyty u mechanika nie są takie straszne.

Autorki:

Anna Maślanka, Norwegia

Monika Incoguto, Chorwacja

Anna Traczewska, Włochy

Honorata Demczuk, Belgia

Anna Tylman, Belgia

Dorota Chen-Wernik, Tajwan/Japonia

Zebrała i opracowała: Magdalena Kościelniak

5 2 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
trackback

[…] tym, że życzenia te nie zawsze się spełniają oraz nie każda podróż jest łatwa i bezproblemowa opowiedzą nasze klubowiczki. Przygoda może się rozpocząć jeszcze zanim […]