FELIETONYpodróż

Kiedy ponad sześćdziesiąt lat temu na antenie Polskiego Radia padły słowa „szerokiej drogi” wypowiedziane przez kierowcę rajdowego Sobiesława Zasadę, nikt nie spodziewał się, że staną się one powszechnie używaną formą życzeń przyjemnej podróży. Obecnie niemalże każdy je zna i chętnie kieruje do kierowców wyruszających w trasę. 

O tym, że życzenia te nie zawsze się spełniają oraz nie każda podróż jest łatwa i bezproblemowa opowiedzą nasze klubowiczki. Przygoda może się rozpocząć jeszcze zanim wygodnie rozsiądziemy się w samochodowym fotelu. 

Rdza na kole

A co jeśli wracasz ze świąt wielkanocnych z Polski na lotnisko położone 300 km od domu i okazuje się, że twój samochód nie może ruszyć? – zadaje pytanie Honorata. Taka właśnie sytuacja kiedyś mi się przydarzyła. Przyleciałam do Eindhoven, poszłam na parking po samochód, włożyłam kluczyk do stacyjki, odpaliłam, wszystko działało. Zaczęłam nawet ustawiać nawigację. Wrzuciłam wsteczny bieg i jakimś cudem moje koło zaczęło szurać po asfalcie. Tak jakby się ślizgało. Wrzuciłam następnie pierwszy bieg, by podjechać kawałek do przodu – udało się. Potem znowu do tyłu, a tu brak reakcji.

I co zrobić w takiej sytuacji? Szczęśliwie miałam ubezpieczenie od takich wypadków. Zadzwoniłam na infolinię ubezpieczalni. Ustaliłam, że ktoś podjedzie, a ja mam cierpliwie czekać. Po godzinie, może dłużej, przyjechał fachowiec. Poszliśmy na parking, obejrzał tylne koło, coś tam postukał, popukał i powiedział, że utworzyła się na nim rdza. Jako że przez ostatni tydzień mocno wiało i padało, a mój samochód stał na najwyższym, niezadaszonym piętrze, to taki był tego rezultat. Pan mechanik kazał mi usiąść na bagażniku i mocno przyciskać samochód, a on w tym czasie stukał młotkiem. I tym sposobem w końcu rdza puściła i mogłam wrócić do domu. Szczęśliwie obyło się bez holowania. 

W podróż kamperem

Co wyjazd, to staruszek zapewniał nam atrakcje, wymianę koła na wjeździe na autostradę na przykład – wspomina Anna Traczewska. Rekordem była jednak przygoda, kiedy pojechaliśmy do Polski dwa tysiące kilometrów w jedną stronę. W drodze powrotnej, w Austrii, gdy tuż po zmierzchu zbliżaliśmy  się do włoskiej granicy, kamper zaczął zwalniać, aż stanął… na szczęście na poboczu. Mój mąż zaczął szukać przyczyny. Z dwójką małych dzieci na pokładzie, w ciemnościach, na prawie pustej autostradzie nie mogliśmy sobie poradzić sami. Na szczęście w ubezpieczeniu mieliśmy zapewnione Europe Assistance. Zadzwoniłam na bezpłatny numer, pani kazała czekać pół godziny. Przez ten czas zorganizowałam rodzinie kolację w kamperze. Podjechał austriacki mechanik, a my znając ciut język niemiecki, dogadaliśmy się z nim jakoś. Sprawdził, co mógł i nie miał pojęcia, co się stało. Byliśmy w punkcie wyjścia. Zaproponował nam wizytę u siebie w warsztacie jutro rano.

Analizując sytuację, stwierdziliśmy, że byłoby lepiej, gdyby mechanik był włoski, wtedy i ceny będą niższe. Do granicy z Italią mieliśmy jakieś 120 kilometrów. Ubezpieczenie pokrywało koszt lawety na odległość 150 kilometrów, więc wybraliśmy tę opcję. Następne było oczekiwanie na właściwą lawetę, której kierowca musiał wybrać odpowiednią trasę. Kamper na lawecie był tak wysoki, że nie przejechalibyśmy pod niektórymi wiaduktami. Mąż jechał w kabinie pojazdu z mechanikiem, a ja z dziećmi w kamperze, układając je do snu w bujającym się pojeździe.

W środku nocy dotarliśmy pod warsztat przygranicznego włoskiego mechanika. Przespaliśmy się w naszym “domku na czterech kółkach”, czekając na otwarcie warsztatu o godzinie 8:00. Gdy majster zastał nas rano pod bramą, podrapał się w głowę i wysłał nas na zwiedzanie miasteczka co najmniej do południa, bo miał już umówionych klientów. Po powrocie z uśmiechem na ustach oznajmił nam, że znalazł przyczynę awarii. Skończyła nam się benzyna!!! Popsuty był natomiast wskaźnik, strzałka pokazywała pół baku. Zachwyceni dolaliśmy paliwa i szczęśliwi ruszyliśmy do domu. 

Kapeć w dżungli

Gdy mieszkałam w Tajlandii, musiałam co jakiś czas wyjeżdżać z kraju, by odnowić wizę – oznajmia Anna Maślanka. Najbliżej, bo tylko 340 kilometrów miałam do Mjanmy. Pałając niechęcią do tajskiego transportu publicznego i z braku samochodu, zdecydowałam się na podróż motocyklem. Wszyscy ostrzegali mnie, żebym uważała, że ludzie jeżdżą jak idioci, że góry i dziury i daleko. Ja w żartach odpowiadałam, że z tym wszystkim sobie poradzę, ale obawiam się jednego – że złapię kapcia po drodze w dżungli. 

Załatwiłam wszelkie formalności i ruszyłam w drogę powrotną do Sangkhlaburi. Podróż przebiegała gładko i przyjemnie. Aż do momentu, gdy ziściły się moje wcześniejsze słowa. Złapałam kapcia w dżungli, jadąc pod górę, na zakręcie, gdzie ani w jedną, ani w drugą stronę nie było niczego. Nie było nawet gdzie bezpiecznie zostawić biedny motocykl. Zachciało mi się siąść i płakać, ale to by nie zmieniło mojego nieszczęsnego położenia. Chyba, że na gorsze. Musiałam działać, ale nie miałam pomysłu jak. Wepchnęłam motocykl do rowu i podreptałam przed siebie. Doszłam po jakimś czasie do domostw, zaczęłam po wariacku tłumaczyć, o co chodzi. Ale nie wiedziałam, jak powiedzieć po tajsku, że mam przebitą oponę. Po angielsku nikt nie rozumiał.

Wszyscy rozkładali ręce. Próbowałam pokazywać na migi – nic. Usiłowałam zadzwonić do koleżanki, która po tajsku mówi płynnie – zasięgu brak. Moja radość ze znalezienia wybawców ustąpiła miejsca rozpaczy. Bo zniechęceni Tajowie przestali się mną interesować i wrócili do swoich spraw. W końcu przyszła na pomoc nastolatka, mówiąca łamanym angielskim. Udało się. Zadzwoniła do kogoś i pokazała mi, dokąd iść. Musiałam się wrócić. Wyciągnęłam motocykl z rowu i pchałam go, szukając ratunku. Nie wiem, jak daleko tak szłam. Ale wydawało mi się, że bardzo daleko. Kiedy dobrnęłam do pierwszego lepszego domostwa, tam już czekał na mnie na oko trzynastoletni chłopak. To on był moim wybawcą. Odkręcił koło, zmienił dętkę, byłam ocalona! Od tamtej pory nie ruszam się nigdzie bez podstawowych narzędzi i zestawu do łatania dętek.

Czerwona kontrolka

To były długo wyczekiwane wakacje i nawet wczesny poranny lot nie był w stanie zepsuć mi humoru – wspomina Dominika. Zapakowaliśmy się do samochodu wyjątkowo sprawnie i bladym świtem byliśmy już gotowi, żeby wyruszyć na lotnisko w Edynburgu. Moja intuicja podpowiadała mi, że zdecydowanie lepiej nie wyjeżdżać na ostatnią chwilę. Cieszę się, że tym razem jej posłuchałam! Nie minęło nawet dziesięć minut podróży, a w ciemnym wnętrzu samochodu złowrogo zamigotała czerwona kontrolka akumulatora. Halo, przecież skoro silnik wystartował, to dojedziemy, została niecała godzina jazdy – zapewnialiśmy się nawzajem z mężem. Żeby oszczędzić sobie stresu, postanowiłam nie zerkać co chwilę na jarzącą się diodę, tylko zająć umysł planowaniem pierwszego dnia w Maroku. Po jakimś czasie z zamyślenia wyrwał mnie niespokojny głos męża, który informował mnie, że coś dziwnego dzieje się z prędkościomierzem.

A potem wszystko potoczyło się jak lawina. Kolejne mechanizmy samochodu przestawały działać jeden po drugim – radio, wspomaganie kierownicy, światła… Co tam, jakoś dojedziemy, przecież na dworze jest jasno, to po co nam światła, prawda? Nie wiem, jak przejechaliśmy ostatnie kilka kilometrów – nasze auto toczyło się siłą rozpędu, ledwo skręcając i dymiąc spod maski. Siedziałam na przednim siedzeniu, zakrywając rękami oczy i powtarzając w głowie jak mantrę – jeszcze tylko kawałek, tylko kilkaset metrów, damy radę. Kiedy doturlaliśmy się do szlabanu przy wjeździe na lotniskowy parking, samochód wydał ostatnie syczące tchnienie i stanął.

Pomoc drogowa, do której w panice dzwoniłam z drogi, już na szczęście czekała. Mechanik najpierw rzucił się do gaszenia pożaru pod maską, a my szybko ewakuowaliśmy dzieciaki na zewnątrz. Zostało nam dwadzieścia minut do zamknięcia odprawy. A tu kolejna niespodzianka – okazało się, że nie możemy dostać się do naszych bagaży. Ponieważ w samochodzie wysiadła cała elektryka, to niemożliwe było otwarcie bagażnika! Wymontowanie tylnego siedzenia i wyjęcie walizek zabrało kolejne dziesięć minut, potem przemiły pracownik parkingu podrzucił nas tuż pod terminal i za chwilę siedzieliśmy na pokładzie startującego samolotu. Do dzisiaj nie wierzę, że się udało. I do dzisiaj oblewa mnie zimny pot, kiedy zapala się jakakolwiek kontrolka w moim samochodzie. Nawet ta, która przypomina o tankowaniu.

Kobieta za kółkiem

Moje najbardziej abstrakcyjne zdarzenie związane z samochodem miało miejsce w Gruzji, po półtora roku mieszkania w tym kraju – opowiada Danuta. Biorąc pod uwagę brawurowy i bezmyślny sposób zachowywania się na drodze przez gruzińskich kierowców, statystycznie oczywistym było, że w którymś momencie stanę się uczestniczką stłuczki lub przynajmniej kolizji. I rzeczywiście, latem 2013 roku jadący przede mną taksówkarz wykonał standardowy manewr polegający na gwałtownym zatrzymaniu się na pasie ruchu i natychmiastowym otwarciu drzwi kierowcy bez sprawdzania, czy przypadkiem ktoś nie nadjeżdża. Efekt był taki, że swoim ciężkim Nissanem Patrolem nawet przy prędkości 40 km/h nie zdążyłam już wyhamować i po prostu zahaczyłam prawą stroną auta o uchylone drzwi taksówki, zabierając je ze sobą. Na całe szczęście taksówkarz jeszcze nie zaczął wysiadać, bo z pewnością jego też pociągnęłabym za sobą.

Zatrzymałam się kawałek dalej i zaklęłam szpetnie, bo drzwi taksówki potłukły mi prawy przedni reflektor i lusterko boczne, a wzdłuż boku mojego auta pojawiło się paskudne wgniecenie. Włączyłam światła awaryjne, wysiadłam i podeszłam do taksówkarza. W okolicach stłuczki zdążył już zebrać się spory tłumek złożony z lokalnych facetów, którzy rozemocjonowani komentowali zdarzenie. Z rzucanych po rosyjsku w moją stronę tekstów zdążyłam się zorientować, że w opinii większości zdarzenie jest moją winą. Dlaczego moją? To proste – „żenszczyna za ruliom”, czyli „kobieta za kółkiem”. No serio?

Nadjechał patrol policji, który postanowił udawać, że nie zna rosyjskiego i dopiero postraszony „naczalnikiem” w magiczny sposób w dwie sekundy nauczył się tego języka. Ja w międzyczasie zadzwoniłam do lokalnych gruzińskich znajomych, którzy wspomogli mi w tej nierównej walce. Zbadano mnie alkomatem (ku rozczarowaniu tłumu 0,0 promila), jeszcze trochę się powykłócaliśmy, aż policja ostatecznie się poddała i uznała, że jednak wina leżała po stronie taksówkarza.

Wydawałoby się, że to już koniec historii, ale nie – nie w Gruzji. Jakiś czas później pan taksówkarz namierzył mnie w biurze. Wszedł jakby nigdy nic i od progu stwierdził, że przyszedł się dogadać w sprawie kosztów naprawy auta. Ja, naiwnie odzyskująca w tym momencie wiarę w gruzińskich mężczyzn, powiedziałam na to, że nie trzeba się dogadywać, bo mam ubezpieczenie i ono pokryje mi koszty naprawy samochodu. A na to oburzony pan taksówkarz wykrzyknął: „no właśnie, pani ma ubezpieczenie, a kto pokryje moje koszty?”. Bo on przyszedł „się dogadywać” w sprawie pokrycia przeze mnie kosztów naprawy JEGO samochodu. Gruzja to naprawdę stan umysłu.

Która szyba?

Mój samochód prowadzi się bardzo wygodnie – rozpoczyna swą historię Nati. Jest obszerny, siedmioosobowy, taki aby zmieścić naszą dużą rodzinę. Z tyłu posiada kamerę, która bardzo ułatwia parkowanie. W Japonii parkuje się tyłem praktycznie zawsze, przodem wjeżdżają tylko obcokrajowcy lub ci, którym się wyjątkowo spieszy. Gdy jechałam z moją najmłodszą córką do sklepu baletowego, miałam dużo czasu – cały ranek wolny, tylko parę szybkich spraw do załatwienia. Nie byłam nawet pewna, czy sklep będzie otwarty, bo było przed dziesiątą rano, ale postanowiłam szybko wyskoczyć, by sprawdzić, o której się otwiera.

Parkuję więc, patrząc w kamerkę, oczywiście tyłem, przed studio fotograficznym, którego front tworzy wielka, pochyła szyba. “Pip pip pip” mówi moje auto, gdy cofa, “pip pip pip SZASZASZASZA” – głośny dźwięk pękającej szyby mrozi mi krew w żyłach. Na chwilę wszystko zamarło – odwracam się powoli, łzy napływają mi do oczu… Maja, moja córka zadowolona siedzi w swoim foteliku, a za nią… szyby nie ma… Ale której szyby? Minutę siedziałam, modląc się, żeby to jednak nie była ta duża szyba studia fotograficznego. Szyba, która zajmowała całą ścianę tamtego budynku musiała kosztować fortunę! Gdy pozbierałam się trochę, wyszłam i… uff! To tylko moja! Wycieraczka mojego auta została wepchnięta przez ramę szyby budynku do środka wraz z oknem auta.

Pani ze sklepu baletowego (jeszcze w dresiku, bo jak się okazało zaczynała dopiero o dwunastej, ale szczęśliwie mieszkała nad sklepem) przybiegła przestraszona, bo dźwięk był donośny, otworzyła nam sklepik, włączyła klimatyzację oraz zadzwoniła na policję i po właściciela. Właściciel to bardzo kochany człowiek, więc pomógł mi posprzątać i nie miał pretensji, ale zanotował sobie, że niektóre auta mają dłuższą tylną część, a czujniki parkowania nie zatrzymują ich przed wjechaniem w szybę. A ja dostałam nauczkę, ufanie kamerce to nie zawsze dobry pomysł, szczególnie gdy za mną jest coś kompletnie przeźroczystego. 

Na bakier z parkowaniem

Prawo jazdy zrobiłam zaledwie rok przed przylotem do Szkocji – wspomina Mariola. A przez pierwsze dwa lata na obczyźnie poruszałam się komunikacją miejską bądź rowerem. Po zakupie samochodu byłam tak zwaną niedzielną kierowczynią. Nie odczuwałam potrzeby kierowania, dopóki nie musiałam albo potrzebowałam gdzieś pojechać. W Szkocji mamy lewostronny ruch, ale do tego da się łatwo przyzwyczaić. Gorszym problemem jest jeżdżenie po ciasnych uliczkach i parkowanie. A o rondach już nie wspomnę! Jednakże w tej historii skupię się na parkowaniu. 

Pojechałam odebrać paczkę na pocztę. Zobaczyłam wolne miejsce, ucieszyłam się i szybko zaparkowałam. Przodem. Wyłączając silnik, już wiedziałam, że coś jest nie tak. Mój samochód był otoczony zbyt dużą ilością aut. I z przodu i z tyłu. Ja zaparkowałam prostopadle, a za mną stało zaparkowane auto równolegle. Już mnie zimne poty oblały, ale pomyślałam sobie – wjechałam to wyjadę! Otóż nie! Wróciłam z paczką, odpaliłam samochód i zaczęłam kręcić, cofać, wracać na swoje miejsce, znowu kręcić i kręcić i nic. Nie miałam wystarczająco miejsca, żeby wyjechać. Sama nie wiem, jak w takim razie wjechałam?!

Nieważne. Złapałam za telefon i dzwonię do męża, prawie płacząc, żeby przyjeżdżał i mnie ratował. No, ale mieliśmy tylko jeden samochód, więc jak? Próbował mnie uspokajać, ale nie skończyło się to dobrze, bo nie przyjechał, a ja się zdenerwowałam na niego, bo przecież byłam w potrzebie! Co byście zrobiły na moim miejscu? Bo ja poszłam z powrotem na pocztę i poprosiłam jednego z panów, żeby mi wyjechał. I wyjechał. Za pierwszym razem. Magia?

To nie była jednak jedyna przygoda Marioli z parkowaniem. Spieszyłam się do lekarza – opowiada. Znowu parkowanie prostopadłe. Moje ulubione. Zaparkowałam szybciutko, ale okazało się, że stoję za blisko auta zaparkowanego po mojej stronie. Więc kręcę i kręcę tą kierownicą i tak wykręciłam, że musiałam wysiadać od strony pasażera. I sobie myślę, że przecież nie zastawię tak kogoś, jeszcze mi auto porysują. Sama już nie mogłam wyjechać, ponieważ musiałam złożyć boczne lusterko, inaczej porysowałabym samochód obok. Więc jak wyjadę bez lusterka?

Nie uda mi się, już wiedziałam. Zimne poty mnie oblały. Lekarz już czekał. Wyskoczyłam z samochodu (od strony pasażera) i ujrzałam moją wybawicielkę. Jakaś nieznajoma akurat wychodziła z przychodni. Podbiegłam do niej i tłumaczę. Że stoję tam, blokuje auta, wyjechać nie mogę, bo nie widzę i pytam, czy będzie moim lusterkiem. Potrzebowała chwili, żeby przyswoić informacje i dała się namówić. Wskoczyłam do samochodu od strony pasażera, musiało to komicznie wyglądać, jak się tam gramolę w stresie. Otworzyłam okno i krzyczę: “Prosto jadę?”. Ona, że tak, zielone światło. W pewnym momencie musiałam pokręcić znowu, żeby nie porysować sąsiada i się udało! Wysiadłam już od mojej strony. Podziękowałam wylewnie, zdążyłam do lekarza, a po powrocie do domu zakomunikowałam, że już nigdy nie będę jeździła samochodem. Raz jeszcze dziękuję moim wybawicielom! Ciekawe, jak długo opowiadali o roztrzepanej dziewczynie, która jest z parkowaniem na bakier.

Wspomnienia związane z samochodem czy motorem mogą być różne. Podczas jazdy musimy być wyjątkowo ostrożne, skupione oraz zachować ograniczone zaufanie do innych kierowców. Zatem cytując klasyka – szerokiej drogi! Najlepiej takiej bez żadnych przeszkód.

Autorki:

Redakcja tekstu – Magdalena Kościelniak

„Rdza na kole” – Honorata Demczuk

„W podróż kamperem” – Anna Traczewska

„Kapeć w dżungli” – Anna Maślanka

„Czerwona kontrolka” – Dominika Lewandowska

„Kobieta z kółkiem” – Danuta Łazarczyk

„Która szyba?” – Nati Ishigaki

„Na bakier z parkowaniem” – Mariola Er

5 2 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze