FELIETONYKULTURAjapońskie sex-shopy

Japonia – kraj, który zadziwia obcokrajowców na każdym kroku. Kraj kwitnącej wiśni owocującej kiczem, tandetą i absurdem. Przynajmniej dla nas – osób, które poznają Japonię przez pryzmat honorowych samurajów i delikatnych gejsz, zderzenie z rzeczywistością potrafi być naprawdę szokujące.

Jedną z rzeczy, które zadziwią niejednego, nieprzygotowanego psychicznie gaijina (obcokrajowca) jest japońskie podejście do szeroko pojętej erotyki. Ten stereotypowo zachowawczy i introwertyczny naród, kierujący się w życiu jasno określonymi – chociaż dla postronnej osoby często również niezrozumiałymi zasadami w sferze seksu jest, delikatnie mówiąc, dosyć liberalny. 

Być może znane na całym świecie ukiyo-e (obrazy pływającego świata) i należące do nich shunga (obrazy wiosny/seksu) – japońskie erotyki, których historia sięga aż do ery Heian (794 – 1185) mogły stanowić pewną wskazówkę. Podobnie popularność hentai (oryginalnie: zboczenie) – mangi i anime pokazujących najdziwniejsze fantazje erotyczne, nierzadko uwzględniające kosmiczne stwory z dużą ilością macek przeznaczonych do penetracji. Zresztą kto nie słyszał opowieści o japońskich jidohanbaiki (automatach), w których można kupić używaną bieliznę? Mimo wszystko szeroka dostępność przeróżnych gadżetów erotycznych, kostiumów odpowiadających każdej fantazji oraz publikacji zdolnych sprostać gustom, które w świecie zachodnim bez wątpienia wzbudziłyby zainteresowanie policji i tak może zaskoczyć. 

Być może czytaliście już o japońskich hotelach miłości, w których wynajmuje się pokoje na godzinę.

Jest to niewątpliwe ułatwienie dla Japończyków (również tych w oficjalnych związkach hotele na godziny nie są tu równoznaczne z miłością na godziny!). Warunki mieszkaniowe często utrudniają swobodną ekspresję seksualną – bo jak tu bez skrępowania osiągać szczyty rozkoszy, kiedy papierowe ściany mikroskopijnego mieszkania w żaden sposób nie izolują nas dźwiękowo od teściowej albo małego dziecka? Chociaż mówi się, że po urodzeniu dzieci seks małżeński w Japonii nie ma racji bytu i każde z partnerów dba o swoje potrzeby na własną rękę. Kolejny dowód na liberalne podejście do tematu – ale nie generalizujmy. Są jednak pary, których libido pozostaje zakotwiczone w małżeńskiej przystani nawet po pojawieniu się potomstwa… 

Wracając jednak do rabu hoteru (love hotel) – przybytków, których historia sięga XVII wieku! – to nie tylko miejsce, w którym można w spokoju uprawiać seks. To również swoisty sklep z fantazjami, w którym na wejściu można wybrać pokój najbardziej odpowiadający naszym upodobaniom. Czerwony pokój jak w 50 twarzach Greya? Nie ma problemu. Piknik pod kwitnącą wiśnią? Szpital? Cmentarz? A może szkoła? Wyposażenie pokoi nierzadko obejmuje również kostiumy i odpowiednie akcesoria. Na przykład strój (nie)grzecznej uczennicy i długa, solidna linijka – w wiadomym celu.

Zapewniam was jednak, że to nic w porównaniu z tym, co czeka was w japońskich sex-shopach. Największe z nich odwiedziłam podczas mojego pobytu w Japonii w 2009 roku. Mimo upływu czasu wspomnienia z tych przybytków wciąż pozostają bardzo, ale to bardzo wyraziste.

Na cel moich antropologicznych obserwacji wybrałam tokijską dzielnicę Akihabara – ulubione miejsce otaku (fanatycznych fanów anime) i amatorów elektroniki.

Postanowiłam odwiedzić dwa najsłynniejsze przybytki – pięciopiętrowy LOVE Merci oraz siedmiopiętrowy M’s: Pop Life. Z tego pierwszego najlepiej pamiętam dwie rzeczy: męskie stringi “w kształcie” ośmiornicy. Przód majtek zajmowała sporych rozmiarów, prawie-pluszowa ośmiornica z dużą ilością macek i otworem na jeszcze jedną… mackę. Do tej pory żałuję, że ich nie kupiłam, bo na pewno odmieniłyby moje życie erotyczne. Z drugiej strony nie wiem, czy jeszcze kiedyś zamówiłabym w restauracji grillowaną ośmiornicę…

Druga rzecz, która zapadła mi w pamięć to defenestracja. No dobrze. Może nie defenestracja, bo nikt nas w końcu przez okno nie wyrzucił. W końcu przestałyśmy z koleżanką stawiać opór i wyszłyśmy drzwiami. Musicie bowiem wiedzieć, że nie we wszystkich sklepach erotycznych kobiety mają te same prawa co mężczyźni. O ile ci drudzy mogą swobodnie przemieszczać się po wszystkich piętrach i działach, to w niektórych sex-shopach są piętra przeznaczone tylko i wyłącznie dla panów. Japonki wiedzą, że nie należy się tam zapuszczać i stresować rodaków. Krnąbrne gaijinki (przyznaję, że poszłyśmy tam bezczelnie, wiedząc, że nam nie wolno) wypraszane są stanowczo przez obsługę.

Znacznie luźniejsze podejście panuje w M’s, gdzie kobiety mają wstęp wszędzie tam, gdzie je seksualna fantazja poniesie.

Co więcej, mogą również liczyć na zniżkę przy zakupie erotycznej bielizny, jeśli pozwolą sobie zrobić w niej zdjęcie. Od razu powiem, że oparłam się pokusie i zamiast rabatu przy zakupie bielizny dostałam magiczne ciasteczka powiększające (rzekomo) biust. Trochę jak w Alicji w Krainie Czarów.

Zwiedzanie zaczęłyśmy od ostatniego poziomu, gdzie wtedy mieścił się dział kostiumów, a następnie systematycznie przechodziłyśmy przez każde piętro. W tym jedno całkowicie przeznaczone na wibratory – w każdym rozmiarze, kształcie i kolorze. Jeden regał zajmowały na przykład zabawki wyprodukowane na licencji Sanrio – jeśli coś wam się zaczęło kojarzyć, to słusznie. Chodzi o wibratory z podobizną słodkiej Hello Kitty. Dla szykownych i bogatych oferta sklepu obejmowała z kolei gadżety zdobione prawdziwymi diamentami. W wersji ekonomicznej, ale nadal glam – kryształami Swarovskiego.  

Na piętrze dla panów zachwycił mnie natomiast robot masturbacyjny – maszyna jak z filmów science-fiction z wysięgnikiem zakończonym robotyczną dłonią. Prawdziwe źródło mojego zachwytu stanowił jednak nie sam robot, a prezentowany film instruktażowy. Po raz pierwszy podczas pobytu w Japonii, usłyszałam teineigo – standardowy japoński, jakiego studenci uczą się na pierwszym roku tylko po to, aby już na drugim dowiedzieć się, że prawdziwi Japończycy tak nie mówią. Dzięki temu bez trudu zrozumiałam, że maszynę do przyjemności można uruchomić na przykład podczas oglądania ulubionego filmu.

Wśród sztucznych pochw przypominających w dotyku (i potencjale rozciągnięciowym) glutorzutki (kojarzycie takie żelowe łapki, które dzieci koniecznie muszą sobie kupić na jarmarkach, a następnie rzucają nimi radośnie o drzwi, okna i inne powierzchnie, które cudownie się przez to brudzą?), trafiłam również na płaczący tyłek. Tyłek był naturalnej – jak na warunki japońskie – wielkości i był zaopatrzony w otwór wiadomego przeznaczenia. Podczas penetracji zaczynał głośno płakać. Widać taki jest dla niektórych mężczyzn ideał partnerki seksualnej – płaczący tyłek. Ale w Japonii się nie ocenia. Przynajmniej nie to, co kogo kręci, bo wszystko inne to już owszem.

Na pewno jednym z najbardziej rzucających się w oczy fetyszy – obok macek i płaczących tyłków, jest bondage.

Odpowiednio pozwiązywane na manekinach sznury czają się wszędzie – nie tylko w otchłaniach gigantycznych seksualnych sezamów na Akihabarze, ale także na wystawach małych sex-sklepików w dowolnej części Tokio – od Shibui i Ikebukuro, po umiejscowione poza głównymi liniami JR (japońskie pociągi), niewinnie wyglądające dzielnice mieszkalne. I chociaż zdawałoby się, że BDSM to nic specjalnego, wręcz nam mogło trochę spowszechnieć, to w Japonii, jak wszystko inne, sztuka dominacji nabiera nowej jakości. Sznury występują w każdym kolorze tęczy, a ich opakowanie – zwykle opatrzone kawaii (uroczymi) ilustracjami zawiera bardzo szczegółowe instrukcje, na których brakuje tylko napisu gambatte (Powodzenia! Daj z siebie wszystko!) 

W końcu wszystko jest dla ludzi i nieumiejętność zawiązywania węzłów nie powinna stanowić przeszkody w eksplorowaniu własnej seksualności. 

Maja Klemp

www.milosna-globalizacja.pl

5 5 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Anna
Anna
1 miesiąc temu

O wow, ale ciekawe! Zaiste, japońska seksualność w pigułce 😉 Ciekawa jestem, na ile otwarci na rozmowy na “te tematy” Japończycy są na co dzień…

Maja
Maja
1 miesiąc temu
Odpowiedz  Anna

Myślę, że japońska seksualność jest tematem dużo bardziej złożonym 😉 Natomiast jeśli chodzi o rozmowy na te tematy, to jest bardzo ciekawa sprawa. Moja koleżanka uczyła tam takiego sararimana w średnim wieku angielskiego (ogólnie to mam wrażenie, że on jej bardziej płacił za to, żeby chodziła z nim na kolacje – ale to dłuższy temat) i on bardzo otwarcie jej opowiadał, że z żoną to już nie, bo już mają dziecko i takie tam. Z drugiej strony, nie wykluczam, że są bardziej otwarci w rozmowach z obcokrajowcami niż między sobą, ale tego nigdy się nie dowiemy.

Sadeemka
1 miesiąc temu

Świetny tekst. Płaczącego tyłka długo nie zapomnę. 🤣

Maja
Maja
1 miesiąc temu
Odpowiedz  Sadeemka

Czasami w snach nadal słyszę jego żałosny szloch…