Felietony

Potrafisz sobie wyobrazić sytuację, w której jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki cała znana ci do tej pory rzeczywistość się zmienia?  

Jednego dnia jesteś w mieście, którego populacja liczy 350 000 mieszkańców, masz dobrze płatną pracę w biurze, w amerykańskiej firmie. Ponosisz odpowiedzialność za współpracę z General Electric i innymi firmami na wysokim szczeblu. Masz ”swoje” mieszkanie, samochód, ułożone życie i nagle… wszystko diametralnie się zmienia.

Czerwiec 2018

Pamiętam jak dziś moment, w którym wysiadłam z samolotu: porywisty wiatr, deszcz chłoszczący od boku. Świat pogrążony w szarości. Pamiętam, że poczułam łzy napływające mi do oczu; wyleciałam ze słonecznej Polski, aby znaleźć się w krainie lodu. 

Podróż z Reykjaviku – stolicy Islandii do hotelu w Mývatn, w którym miałam rozpocząć pracę to niemal sześć godzin jazdy przez całą wyspę. Droga przez Islandię to jak podróż przez wymyśloną krainę, gdzie czas się zatrzymał. Dom pośrodku niczego, trzydzieści, czterdzieści kilometrów dalej kolejny dom, po jakiś pięćdziesięciu nieczynny sklep. Często zatrzymywałam się, aby zobaczyć jak najwięcej tej nieznanej krainy, co nie było trudne, gdyż wiele atrakcji znajduje się w pobliżu drogi krajowej numer 1. 

Podczas tej podróży poczułam spokój. Mogłam jednak zauważyć niepokój mojego ówczesnego partnera, powtarzałam więc, że wszystko będzie dobrze, w końcu Islandia to był mój pomysł. Albo jedziemy albo się rozstajemy. Wszystko albo nic. Czułam potrzebę zapewniania go i siebie, że jest dobrze i tak też będzie.

Gdy patrzyłam na obrazy za oknem, moje serce i dusza odpoczywały, stres schodził z mojego ciała. Nie myślałam już o Polsce, o tych wszystkich problemach, angażującej pracy, fałszywych znajomych i niedomówieniach. Oto znalazłam się w nowym miejscu. Nowej krainie. Tabula rasa. Czysta Karta. 

Oczywiście nie obyło się bez przygód, ale czy istnieje podróż bez nich?

W Akureyri, na północy Islandii miał na nas czekać samochód wypożyczony przez naszego szefa. Na miejscu nie było żadnego pracownika, szef zapomniał, że przyjeżdżamy, wszystko trzeba było wyjaśniać. W końcu, po około godzinie ktoś się pojawił, dostaliśmy samochód i informację od szefa, że powinniśmy jeszcze odebrać jedną osobę z hotelu w mieście. 

Wraz z moim ówczesnym partnerem czekałam pod umówionym miejscem około godzinę, w końcu weszłam tam, aby zapytać, gdzie jest ten mężczyzna i usłyszałam informację, że wyszedł pół godziny wcześniej.  

Pojechaliśmy więc pod adres, który podał nam manager. Nie do hotelu, bo okazało się, że nie był on jeszcze skończony (tak, dobrze czytasz). Nadal trwał tam remont, nie był jeszcze otwarty dla gości. Zamieszkaliśmy w miejscu, które w ciągu lata (czerwiec-wrzesień) pełniło funkcję hotelu, a od września zamieniało się w szkołę, której kilka klas liczyło po około pięć osób każda. Miejsce to znajdowało się około godzinę drogi samochodem od hotelu, w którym mieliśmy pracować. Spaliśmy w pokoju z kilkoma innymi osobami, w drugim pokoju była koleżanka, z którą podróżowałam po Stanach Zjednoczonych w 2015 roku. Jeszcze w Polsce rozmawiałam z nią o moim pomyśle na Islandię i ona również wyraziła chęć wyjazdu. Nie byłam więc sama. Miałam zarówno partnera, jak i znajomą. Reszta osób pracujących w tamtym miejscu to byli Czesi. Szybko utworzyli grupę, która wykluczała inne narodowości. Wtedy mi to nie przeszkadzało. 

Pamiętam, jak tego pierwszego dnia położyłam się do łóżka i nie mogłam zasnąć. Pomimo panującej nocy, świeciło słońce. W ustaleniach z szefostwem mieliśmy mieć kilka dni wolnych po przyjeździe, w rzeczywistości oznajmiono nam, że kolejnego dnia rano idziemy do pracy.

Z pracownika z odpowiedzialnym stanowiskiem zamieniłam się w sprzątaczkę na pustkowiu.

Zamieszkałam w domu dla obsługi, z innymi osobami. W ciasnym, małym pokoju na parterze. Dzieliłam piętro z Islandczykami, którzy po sobie nie sprzątali, często nawet nie spuszczali wody w łazience. 

Wszystko się zmieniło. Całe życie stanęło na głowie. W Polsce lubiłam mieć kontrolę,  wszystko zaplanowane, ciągle byłam zestresowana. 

W Islandii niemal niemożliwym było mieć kontrolę, nie wiedziałam nawet, kiedy mam chodzić do pracy i co w niej robić. Wszystkiego dowiadywałam się dzień po dniu.

Z Katowic wylądowałam w największym miasteczku nad jeziorem Mývatn, Reykjahlíð. Znajduje się w nim jeden sklep (najdroższy, jaki spotkałam na wyspie), jeden hotel – ten, w którym pracowaliśmy, kilka domów, szkoła, siłownia, mechanik samochodowy i lotnisko przeznaczone dla przelotów turystycznych (tam odbywały się czasami imprezy). 

Koniec.

Teraz po czasie widzę, że była to ogromna zmiana, a ja po prostu tam „wskoczyłam”. W tym miejscu przeżyłam osiem miesięcy, również zimę. Z czasem dostałam duży, czysty pokój z widokiem na wulkan.

Czasami warto jest odważyć się na zmianę. Należę do osób, które gdy coś postanowią, to realizują swoje plany. Zdarza się, że ociągam się z rozpoczęciem pewnych inicjatyw, ale w końcu dopinam swego. Zazwyczaj nie czuję strachu, jedynie ekscytację. Nie lubię monotonii.

Warto jest zmieniać otaczającą nas rzeczywistość.

Podsumujmy mój początek w Islandii: wieloletni związek, narzeczeństwo, małe miasteczko, nieprzychylni ludzie, rasizm w miejscu pracy, sprzątanie pokoi, minimalne wynagrodzenie, brak rozrywki. 

Obecnie siedem dni mieszkam w Reykjaviku, stolicy Islandii (w rzeczywistości jest to małe miasteczko), siedem w małej miejscowości nieopodal wodospadu Glymur, pracuję jako nocna recepcjonistka, mam dobre wynagrodzenie, cudownych ludzi dookoła, szanse aby się rozwijać, jestem singielką z wyboru i dobrze mi z tym.

Wszystko się zmienia, nic nie jest wieczne. Warto jest zaryzykować aby potem nie zastanawiać się “co by było, gdyby”.

Nie doszłam jeszcze do miejsca, w którym chcę być, ale zbliżam się do niego małymi krokami, wiem na pewno, że chcę podróżować, zobaczyć świat. Gdyby nie podróż na Islandię, możliwe że nigdy nie nauczyłabym się luźniejszego podejścia do życia, cieszenia się teraźniejszością, nie poznałabym ludzi podobnych do mnie, którzy mnie rozumieją i nie odcięła się od dostosowywania się do opinii innych. Możliwe, że teraz byłabym już po ślubie. Nieszczęśliwa, niespełniona…

Nie bój się wykonać pierwszego kroku.

Panna Sarna

Instagram: @pannasarna / Facebook: www.facebook.com/Panna-Sarna

5 2 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze