Ludzie bezdomni

Ludzie bezdomni

“Środkowoazjatycki nomada jest niewybredny i, jeżeli ma pastwiska dla swojej trzody oraz zabezpieczony spokój i pewność, że życiu jego i mieniu nie grozi niebezpieczeństwo, rozmnaża się szybko” Grąb. Podróże III, 93

 

W danym miejscu żyję tylko chwilę – dwa, trzy lata. Buduję swój dom, w znaczeniu przenośnym oczywiście, sadzę drzewo i tak dalej. I gdy to nowe miejsce wydaje mi się już zupełnie moje, oswojone, gdy obce twarze stają się bardziej przyjazne, pakuję swój tobołek, sprawdzam moje stado i zostawiam wszystko. Pastwisko, kraj, kontynent – semantyka nie ma tu znaczenia. Zaczynam od nowa. Ja i moja rodzina. Poznaję nowy kraj, jego zwyczaje, kulturę, tradycje. Na tyle, na ile czas pozwala. Śmieję się, gdy ktoś nazywa mnie podróżniczką. Nie pasują do mnie też słowa “mieszkaniec”, “rezydent”. Jestem w stanie zobaczyć więcej niż podróżnik z racji czasu, ale też dużo mniej niż ktoś mieszkający w danym miejscu na stałe.

 

Nic nie jest na stałe. Ludzie, praca, zdrowie, smutek nie są stałe. Dla mnie moje domy też nie są na stałe, choć za każdym razem, kiedy je wybieram i urządzam, kiedy znajduję lekarza, piekarnię i najbliższy sklep Ikea, udaję, że ten jest już na zawsze, że musi być bezpieczny, przytulny, że muszę zaprzyjaźnić się z sąsiadami, znaleźć pracę, oddać krew i w każdej politycznej sprzeczce stanąć po stronie mojego nowego domu. Ale inna część mnie wie, że to jest tylko na jakiś czas. Ta właśnie część jest cicha i przyczajona na początku każdej nowej przygody, lecz z czasem staje się coraz głośniejsza, niecierpliwi się, czekając na kolejną zmianę, jest podekscytowana, przebiera nogami. Czasem to nasz wybór, czasem nie, ale wszystko jedno, nie ma zmiłuj – czas się zbierać!

 

Wtedy życie zaczyna przypominać przejażdżkę na rollercoasterze. Niby wiem, na co się piszę, niby robię to z własnej woli, niby się cieszę, a jednak boję się jak jasna cholera, bo tak naprawdę nie da się przewidzieć, co mnie czeka. Serce przyspiesza, krew szybciej płynie w żyłach, bo wiem, że za chwilę – za miesiąc, dwa, a może pół roku będę gdzieś w zupełnie innej części świata. Będę zaczynać na nowo. Czy można się do tego przyzwyczaić? Nigdy! Za każdym razem jest tak samo trudno jak wtedy, kiedy lata temu została podjęta decyzja o wyjeździe z Polski i przekroczyłam po raz pierwszy punkt, z którego już nie ma odwrotu. Ja sama na lotnisku. Z jednym dzieckiem, jedną walizką i jednym plecakiem wypełnionym po brzegi zapasem polskiego chleba i kiełbasy, jakby w kraju Szekspira brakowało pożywienia. Jakby ta kiełbasa była gwarancją, że jednak nie zginę, z głodu nie umrę, że sobie poradzę. I zostawiam za sobą wszystko, co kocham, co dotychczas było moim domem, co znałam przez lata. I tak kilka razy. Anglia, Włochy, Tajlandia, Stany. Zmieniam kraje, kontynenty. Zmieniam znajomych, bo często o przyjaźni nie ma mowy, za mało jest czasu na zjedzenie przysłowiowej beczki soli. Zmieniam otoczenie. I siebie też. Doświadczenia, które zdobywam, są jak blizny na ciałach członków afrykańskiego plemienia Bodi. Noszę je z dumą, choć nie wszystkie przywołują dobre wspomnienia. Uczą pokory, dystansu, wytrwałości. Są częścią mnie. 

 

Każde miejsce, w którym mieszkam, zostawia kawałek siebie w mojej duszy. Wypełnia puste przestrzenie, które do tej pory bywały nietolerancyjne, niedopowiedziane, niedouczone. Każde nowe miejsce to potencjalny dom, obietnica zapuszczenia korzeni, podszepty, że może właśnie tutaj zostawię moje serce. I z czasem, z dnia na dzień, z codzienności na codzienność, z nowości na nowość, nowe miejsce karmi mnie wszystkim, co ma. I tym dobrym i tym złym. Czasem uczy miłości do natury, czasem budzi strach przed nieznanym, czasem uczy cierpliwości i pokory, czasem częstuje sukcesem w najmniej spodziewanym momencie, a czasem porażką i gorzkimi łzami. Każde nowe miejsce niesie z sobą ludzi i weryfikuje moje umiejętności budowania relacji. A ja od pierwszego spotkania, od pierwszego wejrzenia, zabieram się za budowanie relacji jak wielkiego domu, wielkiej willi. Kopię głębokie fundamenty, wypełniam piwnice dzielonymi tajemnicami, ściany pną się w górę, dodaję piętra, balkony, skrzydła i poddasza. Czasem buduję na oślep, jakbym wiedziała, że nie mam zbyt wiele czasu, że za moment nasze relacje będą rzadsze, bardziej wirtualne, usprawiedliwiane odległością i różnicą czasu. Zabieram te wszystkie zbudowane relacje, upycham je ciasno w moim sercu i obiecuję, że będę się o nie troszczyć i że nigdy nie zapomnę. 

 

Jadę tam, gdzie jest praca. Praca, która warunkuje życie całej naszej rodziny – męża, moje, naszych dzieci. Nie zawsze chcę wyjeżdżać. Czasami muszę jednak wybrać mniejsze zło, bo rachunki same się nie zapłacą, a micha sama się nie napełni. Wszelkie rady – “przecież nie musicie, zawsze możecie wrócić do Polski”, puszczam mimo uszu. Tak jak oceny – “ale przecież są dzieci, ciągniecie je za sobą na koniec świata, zmieniacie im dom”. Żyj i daj żyć innym. Jestem żoną dyplomaty. Zawsze mam wybór. Mogę nią nie być. Na całym świecie żyją tysiące takich jak my. Którzy opuścili swoją ojczyznę z wyboru, a w jakimś stopniu pozostają nadal jej nieodłączną częścią – dyplomaci, wojskowi, urzędnicy. I ich rodziny. Jestem tylko jedną z nich. 

 

Najbardziej komfortowo czuję się wśród ludzi takich jak ja. Takich, których odpowiedzią na “skąd jesteś?”, “kim jesteś?”, “kim się czujesz?” jest zazwyczaj – “to skomplikowane”. Nie muszę tłumaczyć, że moje dzieci mówią albo nie mówią w danym języku, nie znają pacierza czy nazwiska prezydenta kraju, w którym mieszkają od pół roku, że nie żal mi sprzedać kanapy, na której karmiłam syna piersią i pierwszej hulajnogi mojej córki. Dla takich ludzi jak ja, dom to kuchnia, gdzie gotuję zupę pomidorową, jadalnia, gdzie właśnie stawiam talerze z Bolesławca, sypialnia, gdzie wtulam się we flanelową pościel w bawarskie serca, łazienka, gdzie używam mojego ulubionego, amerykańskiego papieru toaletowego czy wreszcie mój ogród, balkon lub taras czy doniczka za oknem, w której pachnie bazylia. Trochę Bawarii na Krecie, trochę Polski w Stanach. Ale czy to prawdziwy dom? Taki ze wspomnieniami, z zakurzonymi tradycjami, ze znajomymi zakamarkami, z zapachem i skrzypiącą od lat klepką w parkiecie?

 

To, co zostało w Polsce już dawno nie jest moje, a to, co mam teraz nigdy moim nie było i nie będzie. Jestem bezdomna, choć domów mam przecież wiele.

 

“Kto się zatrzyma – skamienieje, kto przystanie, zostanie przyszpilony jak owad, jego serce przebije drewniana igła, jego ręce i stopy będą przedziurawione i przybite do progu i powały. (…) Ruszaj się, ruszaj. Błogosławiony, który idzie.” Olga Tokarczuk, “Bieguni”

 

Mariola Cyra

Mariola Cyra

Redaktor zarządzająca, SM manager

Matka, żona i blogerka.
Językoznawca z wykształcenia i zamiłowania.
Pisze, czyta, sprawdza, biega, fotografuje i wymyśla sobie ciągle nowe zajęcia,
bo życie jest krótkie.
Prowadzi blog o swoich doświadczeniach emigracyjnych,
a na emigracji jest od 2009.
Mieszka to tu, to tam.
W chwili obecnej w Nowym Jorku,
który chłonie każdą komórką ciała i obiektywem aparatu.

Ania O’Connor

Ania O’Connor

AUTORKA TEKSTÓW

Anglistka i instruktorka jogi. Pisze, bo lubi, bo potrzebuje, czasem nawet bo musi. Miłośniczka medytacji i zdrowego jedzenia. Weganka, oszukująca tylko wtedy, kiedy na stole pojawia się grecki ser Mizithra. Kocha góry, a uporczywie zamieszkuje wybrzeża mórz i oceanów. Na greckiej wyspie Krecie jest mamą pary wspaniałych nastolatków, właścicielką czarnego psa, białego kota oraz rozmnażających się w szalonym tempie kanarków.
Blog: Aniukowe pisadło

0 0 vote
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Anna
Anna
3 miesięcy temu

Czuję się, jakbym czytała o sobie. Świetny tekst.

Julita
Julita
3 miesięcy temu

Ja też miałam w życiu kilka miejsc, w których czułam się “u siebie”. Wszystkie je opuszczałam z żalem, choć było to moją decyzja.
Kawałek każdego z nich wyruszył ze mną dalej w świat: w postaci zabranych drobiazgów, nawiązanych przyjaźni i zebranych doświadczeń. Choć czasem myślę o tych miejscach ze łzą w oku, wiem że uśmiecham się do swoich wspomnień – bo dla wszystkiego na tym świecie czas płynie tak samo. Ani miejsca nie trwają niezmiennie takimi jakimi je zostawiłam, ani ja nie jestem już tą samą osobą, która je opuszczała. Tak więc – naprzód!

Kamila
Kamila
3 miesięcy temu

Jestes dzielna zmieniajac kraje tak czesto. Ja mieszkalam w 4 roznych krajach w swoim zyciu ale musze powiedziec ze im starsza jestem tym ciezej te zmiany przychodzily. Przeprowadzka z Londynu do Bristola (w UK) w wieku 32 byla dla mnie wyzwaniem i nie mam jeszcze swojej rodziny czyli tylko moje graty do spakowania … chapeau a vous Madame !

3
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x