Felietonynie wrócę

Od kilku lat mieszkam na północy Francji, w Boulogne-sur-Mer. Od domu mojego najlepszego przyjaciela na południu brytyjskiej stolicy dzieli mnie dwieście kilometrów. Co roku wpadam do niego z wizytą, by poplotkować, napić się wina, poodkrywać na nowo to wielkie miasto oraz udać się do polskiego sklepu po zagęszczone słodkie mleczko i chrupki (tu, gdzie mieszkam ciężko o polskie produkty). 

W czasie jednej z naszych dyskusji, zwierzyłam się wspomnianemu wcześniej przyjacielowi, że szukam pomysłu na felieton. Zagadnął:

– Powinnaś napisać o tym, co Ci się zdarzyło na Jamajce!

W 2016 roku, gdy pracowałam parę tygodni w Kingston, pierwszy raz w życiu zostałam ofiarą rabunku. Wydarzyło się to w centrum stolicy, w stojącym na światłach samochodzie, którym tylko i wyłącznie poruszałam się po mieście właśnie ze względu na moje bezpieczeństwo. O ironio! Na szczęście nie byłam sama. Po wydarzeniu, roztrzęsiona towarzysząca mi koleżanka stwierdziła, że na Jamajkę już raczej nigdy nie wróci. A ja?

Zdałam sobie sprawę, że opisując moje doświadczenia z Jamajki, nagminnie przywołuję to niefortunne zdarzenie. A jednak, pomimo ogólnie ciężkiej, niebezpiecznej atmosfery nigdy nie zdarzyło mi się pomyśleć, że będzie to mój ostatni pobyt w stolicy reggae. Piękne zielone wzgórza Blue Mountains unoszące się nad Kingston, którego panorama w nocy przypomina rozgwieżdżone niebo, dobra muzyka i smak jerk chicken po imprezie zdecydowanie przyćmiewają to złe wspomnienie. A ostatnio obejrzana filmowa biografia Boba Marleya wzmogła ochotę na powrót.

To skłoniło mnie do dalszej refleksji.

Czy pośród wszystkich miejsc, które miałam okazję odwiedzić i w których dane mi było zamieszkać, są jakieś, do których nie chciałabym wrócić?

Pomyślałam o leżącym na Pacyfiku pięknym Vanuatu, gdzie w nocy, gdy smacznie spałam, lokalni mieszkańcy ukradli mi trochę gotówki, okulary przeciwsłoneczne i plastikowy sprzęt do snorkelingu. Przypomniało mi się również Maroko, w którym dorobiłam się zapalenia żołądka po zjedzeniu ślimaków. A co z Amsterdamem, gdzie mieszkańcy wydają się robić wszystko, co w ich mocy, by odstraszyć nadciągających tłumnie turystów? Albo z Bergen, w Norwegii, gdzie mimo ciekawych widoków, ciągle pada i wszystko jest horrendalnie drogie?

– Ja już nigdy nie wróciłbym do Bukaresztu –

przerwał moje myśli partner mojego przyjaciela, z pochodzenia Brytyjczyk. – To miasto jest takie nieatrakcyjne. 

To ciekawe, mnie się akurat bardzo podobało – pomyślałam. To pewnie kwestia pochodzenia. Stolica Rumunii, odwiedzona w 2019 roku, przypominała mi trochę Polskę przed wejściem do Unii Europejskiej. Wiszące wszędzie kable, starsze panie sprzedające jeżyny na ulicy i te pociągi… wyglądały i nawet pachniały dokładnie tak samo jak te nasze z lat 90.

– Chociaż nasz hotel miał ciekawą historię, a w knajpach było całkiem dobre jedzenie… – kontynuował swoje wspominki znajomy. – W sumie, jak tak o tym głębiej pomyślę, to nie było tak źle!

W tym rzecz. Im dłużej się zastanawiam, tym bardziej uzmysławiam sobie, że nie ma takiego miejsca, którego nie odwiedziłabym jeszcze raz.

Podobnie reagują moi bliscy, którym zadałam pytanie o miejsce, do którego nie chcieliby wrócić. Wiele czynników składa się na zmianę naszego podejścia. Istotna jest oczywiście nasza osobowość i nasza wrażliwość, ale kluczowe wydaje się przemijanie i dystans. Z biegiem czasu nawet najgorsze podróżnicze wspomnienie często zostaje przyćmione. Przez pejzaże, momenty przeżyte w ciekawym towarzystwie, dobre jedzenie czy interesujące lokalne odkrycie.

Mój coroczny weekend w Londynie dobiegł końca, z żalem wyruszam w stronę kanału La Manche. A pamiętam jak dziś dzień, gdy w 2009 roku . Po pierwszym pobycie nad Tamizą stwierdziłam: Nie, to nie to samo co Paryż. Architektonicznie nic mi się tam nie podoba. I ta pogoda! Już tam raczej nie wrócę.

Puenta? Nigdy nie mów nigdy! 

Darianna Myszka-Blanchet

5 3 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze