Ekologia od kuchni, czyli doświadczenia z weganizmem na obczyźnie cz. I

Ekologia od kuchni, czyli doświadczenia z weganizmem na obczyźnie cz. I

Dla nikogo już chyba nie jest zaskoczeniem, że nowoczesna produkcja mięsa na skalę przemysłową jest jednym z największych trucicieli środowiska naturalnego. Wycinki lasów deszczowych pod uprawę paszy, wysoka emisja gazów cieplarnianych czy też zanieczyszczenie powietrza i wody – to tylko niektóre problemy ekologiczne związane z hodowlą zwierząt. Wraz z coraz większą świadomością ludzi odnośnie tego, jak powstaje mięso i produkty pochodzenia zwierzęcego (takie jak jajka czy mleko) od kilku lat na całym świecie wzrasta zainteresowanie dietą wegańską. Dzisiaj Polki na Obczyźnie z różnych zakątków naszego globu opowiedzą wam o swoich doświadczeniach w tym temacie.

Historia Anastazji Cariuk z bloga BelishTravel zaczyna się od podróży do Turcji.

Moja historia z dietą bezmięsną, a może raczej z jakimkolwiek szerszym podejściem do odżywiania się, jest związana z moim pierwszym wyjazdem na stałe za granicę. Dawne czasy AIESEC’u i mój pobyt w Turcji ukształtował u mnie wiele nawyków, przede wszystkim jedzeniowych.  

Nigdy nie fascynował mnie zestaw ziemniaków z mięsem, zawsze uwielbiałam zupy, sałatki i wszystko, co dotyczy warzyw i owoców. Okazało się, że Turcja, która tak bardzo słynie ze swoich potraw z mięsa i oczywiście kebabów (choć jest to dużo bardziej skomplikowany temat niż mięso w bułce), ma całą masę dań wegetariańskich. Właśnie w Turcji miałam przyjemność skosztować potraw kuchni egejskiej, zawierającej mnóstwo zieleniny – rukolę, szpinak, portulakę, a wszystko skropione cytryną i polanę oliwą z oliwek, co jest dobrym i pożywnym dopełnieniem do dań głównych. Dania te z kolei są bardzo często bezmięsne – na bazie pieczarek, szpinaku, papryki, bakłażanów. A do tego w całej Turcji (i nie tylko) są serwowane meze, czyli małe dania-przystawki podawane przed daniem głównym, które dla mnie okazały się prawdziwym odkryciem! Fasolka w sosie pomidorowym, marchewka czy portulaka w jogurcie, bakłażan z pomidorami, pasta z ostrych papryczek i można by wymieniać jeszcze długo, bo rodzajów meze jest dużo (może być ich w menu nawet  czterdzieści) w zależności od restauracji i regionu kraju. Nie muszę chyba wspominać, że wszystkie te przystawki są obłędnie smaczne jak i większość dań kuchni tureckiej. Poza tym, w samym Stambule, gdzie mieszkałam, było jeszcze sporo różnych opcji – salatalık pilav, czyli ryż ze świeżymi ogórkami i pomidorami, ciğ köfte, czyli potrawa z drobnej kaszy bulgur oraz przyprawami i zieleniną, soki owocowe, wyroby mączne (Stambuł bez simity (tutejszy obwarzanek) to nie Stambuł!). A kiedy już zwiedziłam Bursę i jako obowiązkowy punkt programu zjadłam najbardziej popularne danie tej miejscowości, czyli kebab İskender, zrozumiałam, że moja mięsna „kariera” dobiegła końca, bo co lepszego mogę jeszcze w tej kwestii spróbować? Od dziecka nie byłam fanką mięsa i kiedyś ten moment musiał nastąpić. Czułam, że nie potrzebuje w swoim życiu mięsa, dziwiło mnie, że wciąż postrzegamy mięso jako niezbędny składnik diety, kiedy istnieje tyle alternatyw.   

Od tego momentu minęło już siedem lat, a los rzucał mnie do różnych zakątków ziemi. Im więcej jeździłam, tym bardziej się upewniałam, jak ważną dla siebie decyzje podjęłam i jak niejedzenie mięsa uczula na inne tematy. Bardziej świadomie podchodzę do tego, co jem, interesuje się genezą produktów oraz ich faktyczną wartością dla organizmu; jestem bardziej kreatywna w kuchni, choć dalej najchętniej gotuję według przepisów, niż wymyślam nowe potrawy; zwracam uwagę nie tylko na brak mięsa w diecie, ale również na tematykę związaną z ekologią i odpadami, gdyż to wszystko się przeplata i uzupełnia. Minusem na pewno jest to, że czasami mam trudności z wytłumaczeniem i kupieniem czegoś bezmięsnego w niektórych częściach świata. Największym wyzwaniem były Iran oraz Chiny, gdzie potrawę nie zawierającą produktów pochodzenia zwierzęcego było raczej ciężko znaleźć. 

Z czasem coraz bardziej zaczęły mnie interesować tematy roślinnej diety, a zwłaszcza wegańskie desery. Ilość cukru, mąki, mleka w tradycyjnych słodyczach przewyższa zdrową normę, a w związku z tym, że nie mogłam wyobrazić sobie życia bez słodyczy, zaczęłam szukać odpowiedników słodkości z mniej „szkodliwym” składem.  

Tak oto natknęłam się na kanał Savory or Sweet Karoliny Gawrońskiej. Autorka wymyśla wegańskie odpowiedniki ulubieńców wśród słodyczy, takich jak kinder bueno, ferrero rocher i wiele innych nie tylko słodkich smakołyków. 

Ja ze swojej strony polecam do spróbowania moim zdaniem najprostszy i najszybszy krem, który można dodawać do swoich ulubionych deserów. A wystarczy tylko umieścić puszkę mleka kokosowego w lodówce na noc, żeby biała część stwardniała. Następnie umieścić białą, twardszą część w misce, dodać kilka kropli stewii (miodu, syropu z agaru czy klonowego) i ubić mikserem na jednolitą masę. Koniec! Pyszny, rozpływający się w ustach krem idealnie nadaje się do naleśników, babeczek czy na wierzch ciepłego chlebka bananowego. 

 

Początki Martyny Niedzielskiej z bloga Życie w rytmie slow przypominają historie tych, którzy przechodzili na wegetarianizm/weganizm w domu rodzinnym, pod czujnym okiem rodziców i dziadków.

Byłam wtedy nastolatką, dwadzieścia lat temu. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie, co skłoniło mnie do podjęcia tej decyzji ani gdzie usłyszałam, że w ogóle zjawisko wegetarianizmu istnieje. Ale pewnego dnia powiedziałam – koniec, nie jem mięsa. I od tamtej pory już więcej go nie tknęłam. Nie miałam pojęcia o bezmięsnej diecie, nie mieli go moi rodzice. Nie było wegetariańskich/wegańskich ebooków, z Instagrama nie wylewały się wegańskie dania (kiedyś istniał świat bez Insta!), półki w księgarni nie uginały się pod książkami pełnymi bezmięsnych przepisów. 

Rodzina nie była najszczęśliwsza, ale uparłam się i nie było innej opcji. Czy jakoś szczególnie wzbogaciłam swoją dietę w inne produkty? Jadłam więcej warzyw i owoców? Absolutnie nie. Na obiad dostawałam w zamian kotlet sojowy czy jajko sadzone albo jadłam same ziemniaki z surówką. Kiedy siadałam do stołu w większej grupie zawsze byłam pod ostrzałem. A dlaczego? A po co? A czy nie chorujesz? Jak możesz żyć bez mięsa? Do tej pory zdarza nam się odbywać te dyskusje, choć wydawałoby się, że w dzisiejszym świecie już wszyscy przyzwyczaili się do najróżniejszych diet. 

Mój dziadek był myśliwym. Myśliwym jest też mój teść. Mój mąż wychowany na dziczyźnie nigdy nie miał problemu z jedzeniem czy sporządzaniem mięsa. Przez pierwsze lata naszego wspólnego życia jadał to, co przygotowałam, a kiedy miał ochotę na mięso szykował je sobie sam. Mówił, że nigdy nie przejdzie na wegetarianizm. Ale pojechał do Chin, zaadoptował psa, a następnie przeczytał książkę o przemyśle produkcji mięsa. I dołączył do mnie. 

Kilka lat temu zdecydowaliśmy się oboje pójść o krok dalej i przejść na dietę wegańską. Początki nie były tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. Musieliśmy się wiele nauczyć. Życie bez mięsa to jedno, ale kuchnia bez nabiału to zupełnie nowa historia. Na razie nasza dieta nie jest stuprocentowa. Kiedy podróżujemy, często zdarza nam się wracać do wegetarianizmu (co i tak bywa trudnym zadaniem). To ciągle mięso króluje w restauracyjnych menu. Nie chcemy też całkowicie zamykać się na nowe smaki. Lubimy, bowiem kulinarne podróże. 

W domu jednak nie używamy produktów zwierzęcych. Na marne szukać u nas w lodówce sera czy jajek. Gościom serwujemy wegańskie dania, a na deser wegańskie ciasta. Najczęściej zadziwia ich, że bez wykorzystania mięsa, masła i śmietany na stół mogą wjechać same pyszności. Lubię to. Sprawia mi frajdę pokazywanie ludziom innego świata i udowadnianie, że można inaczej i że to inaczej nie oznacza gorzej czy niesmacznie. 

Naszymi przepisami dzielę się też na moim blogu Życie w rytmie slow. Jeśli więc szukasz pomysłów na łatwe wegańskie dania, zapraszam do siebie. 

 

Monika Sokół-Rudowska z bloga Antropolożka na gigancie pisze o tym, że do bycia wege każdy musi dojrzeć sam.

Nie wiem, jak długo jestem wege. Po prostu pewnego dnia o tym zdecydowałam i konsekwentnie się tego trzymam, ale czy to było pięć czy siedem lat temu zwyczajnie nie pamiętam, bo nie jest to dla mnie szczególnie istotne. Pamiętam za to, że mój mąż dołączył do mnie po pół roku i od tamtej pory nie tknął mięsa. Co prawda zdarzy mu się zjeść ser, jajka czy śmietanę, ale robi to dosyć rzadko. W przejściu męża na wegetarianizm nie było mojego czynnego udziału – nie przekonywałam go ani nie naciskałam w żaden inny sposób, ponieważ uważam, że tak ważna decyzja musi być podjęta świadomie i dojrzale – musisz wiedzieć, dlaczego chcesz to zrobić i to pozwoli ci wytrwać w tym przedsięwzięciu. Mąż po cichu mnie obserwował, myślał, zastanawiał się i pewnego dnia oznajmił: „Wiesz, ja też już nie będę jadł mięsa”.

Na początku nie było nam łatwo, bo Norwegia to kraj ubogi we własne uprawy, a produktów dla wegetarian, a tym bardziej dla wegan było jak na lekarstwo. Na szczęście stosunkowo niedawno Norwegia dogoniła w tym temacie resztę Europy i obecnie w sklepach możemy przebierać w tego rodzaju produktach.

 

Justyna Michniuk z Niemiec pisze o swojej słabości do coraz bardziej popularnego w świecie falafela.

Jestem wielką fanką kuchni izraelskiej, która podobnie jak wiele kuchni regionalnych na Dalekim Wschodzie i w Azji bazuje w większości na produktach pochodzenia roślinnego. Nie mogłabym być wegetarianką, ani tym bardziej weganką, bo za bardzo kocham mięso, które jednak jem z umiarem tzn. maksymalnie dwa razy w tygodniu. Nie wyobrażam sobie również życia bez tureckiego ayranu, szwajcarskiego sera z dziurami oraz polskiego kwaśnego mleka. Jednym z moich ulubionych dań wegetariańskich jest falafel, który zrobił się ostatnio modny również w Polsce. Niektórzy twierdzą, że historia tej potrawy jest tak długa jak historia ludzkości. Wielu wywodzi jej pochodzenie z Egiptu, inni wspominają o Libanie, Libii lub terenach współczesnego Izraela. Ze względu na łatwy sposób przygotowania oraz ogólnie dostępne i tanie składniki, początkowo miała być pożywieniem najuboższych. Warianty tego dania, przyrządzanego obecnie wszędzie od Warszawy, przez Jerozolimę, po Birobidżan różnią się między sobą tak bardzo jak społeczności, z których się wywodzą. Analizując przepisy na falafel, które znam z kuchni własnej oraz od licznych znajomych, muszę stwierdzić, że jedynym wspólnym mianownikiem dla wszystkich znanych mi receptur są: cebula, czosnek i przyprawy, takie jak kmin rzymski. Dużą rolę odgrywa świeżość składników, których użyjemy do przygotowania tych wybornych wegetariańskich kulek, a także czas podania. Falafel bowiem najlepiej smakuje zaraz po usmażeniu, zaś wiele jego rodzajów jest już po kilku godzinach po prostu niejadalne i twarde jak kamień. Falafel może być podawany zarówno samodzielnie np. z dipem z jogurtu i świeżej mięty, jak i z najróżniejszymi wariacjami świeżej sałatki, a także w bułce, w chlebku pita lub na żytnim chlebie. Sposób jedzenia ogranicza jedynie nasza fantazja! Surową masę, z której formowane są kulki można w wielu przypadkach przechowywać w zamrażarce nawet do sześciu miesięcy. Falafel może więc również stanowić potrawę przygotowywaną na szybko w przypadku nieplanowanych odwiedzin znajomych, kiedy nasza lodówka świeci pustkami czy też kiedy po prostu nie mamy czasu i pomysłu na szybki obiad.

Tutaj moja ulubiona wersja falafela z Izraela:

300 gram ciecierzycy musi postać w naczyniu z zimną wodą co najmniej 12 godzin – najlepiej zamoczyć ją wieczorem i przygotować następnego dnia po południu. Odsączyć ciecierzycę, dodać pokrojoną drobno cebulę i 1 ząbek czosnku oraz 1 łyżeczkę kminu rzymskiego, natkę pietruszki i trochę chili. Przepuścić przez maszynkę do mielenia mięsa lub dokładnie rozdrobnić przy pomocy blendera, tak żeby wszystkie składniki dokładnie się wymieszały i utworzyły jednolitą masę. Uformować z masy kulki i smażyć w głębokim tłuszczu, aż przybiorą brązowy kolor. Tak przygotowany falafel podaje się często w chlebie pita z mieszaną sałatką (sałata zielona z rzymską oliwą z oliwek), bądź z sałatką z pomidorów i sera feta.

 

To już wszystko na dzisiaj. Śledźcie nasz profil na Facebooku, żeby nie przegapić kolejnych historii o Polkach na obczyźnie i ich doświadczeniach z kuchnią wegańską.

 

Zebrała i opracowała Sara Kosmowska z bloga Clumsy and Stupid

0 0 vote
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Joanna
Joanna
1 miesiąc temu

super artykul 🙂

trackback

[…] Dzisiaj na portalu Polki na Obczyźnie pojawił się wpis o weganiźmie. Dołożyłam też do niego swoją historię, ktorą możesz przeczytać TUTAJ. […]

maadziak
29 dni temu

Odkąd pamiętam mięso mi najzwyczajniej w świecie nie smakowało. Nie jestem wegetarianką, czasami zdarzy się, że zjem pierś kurczaka (jedyne akceptowalne przeze mnie mięso), ale to czasami wypada najczęściej w podróży. Jednak sama struktura mięsa jest dla mnie nie do przejścia. Szczęśliwie w dzieciństwie nikt mnie do tego nie zmuszał 🙂

3
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x