Ekologia od kuchni, czyli doświadczenia z weganizmem na obczyźnie cz. II

Ekologia od kuchni, czyli doświadczenia z weganizmem na obczyźnie cz. II

Mam nadzieję, że spodobały wam się historie wegańskie naszych Klubowiczek z poprzedniej części i że macie ochotę na kolejne. 

Dzisiaj zaczniemy od opowieści Ani Ligęzy O’Connor z bloga Aniukowe Pisadło, dla której weganizm to sposób na życie.

Nie lubię określenia dieta wegetariańska lub wegańska. Brzmi to jak leczenie jakiejś, nieistniejącej przecież, jednostki chorobowej związanej z niejedzeniem mięsa czy nabiału. Weganizm czy wegetarianizm to dla mnie sposób życia, nie moda ani protest. Tak jak zamiast balsamu nawilżającego używam olejku pod prysznic, tak jak jeżdżę na nartach w kasku, zapinam pasy w samolocie i nie używam grzebienia, tak nie jem mięsa. Od dwudziestu dwóch lat. O tym, że jedzenie mięsa jest nieetyczne oraz bardzo źle wpływa na nasze środowisko, wiedział mój amerykański chłopak. Ja nie miałam takiej wiedzy ani świadomości, ale byłam zakochana w nim po uszy i cokolwiek powiedział było święte i nie podlegało dyskusji. I dobrze, bo miał rację i w kwestii etycznej i w kwestii ekologicznej. Z biegiem lat, kiedy to coraz więcej mówi się o wiszącym nad nami kataklizmie klimatycznym i ekologicznym, decyzja o niejedzeniu mięsa wydaje się jedyną logiczną i naturalną decyzją. Moje dzieci (w tej chwili dwudziesto- i szesnastoletnie) nigdy nie spróbowały mięsa i są z tego powodu bardzo dumne. Mają poczucie, że szczególnie teraz, kiedy tyle się mówi o ochronie środowiska, mają w tym swój udział. Oczywiście na początku nie było łatwo, szczególnie z dziećmi i polską rodziną, która nie wyobrażała sobie zdrowego odżywiania małych organizmów za pomocą warzyw. Ja przez całe życie wychowana na mięsie, przez wiele lat, raz w roku, w wakacje w Polsce, robiłam sobie kiełbasiany wieczór i zjadałam kawał śląskiej, potem pół kawałka, a potem już nie miałam na nią wcale ochoty. Kiedy przeprowadziliśmy się do Stanów, przestaliśmy jeść również nabiał i jajka. W Stanach było łatwo – ogromna dostępność ziaren i fasoli różnej maści, masła orzechowe, mleka roślinne, dziesiątki rodzajów tofu. Gotowanie było łatwe i bardzo urozmaicone. Teraz mieszkamy na Krecie i każdy pewnie powie – raj dla wegan i wegetarian. I tak, jest to raj, jeśli mówimy o jakości dostępnych warzyw. Takiego cudownego smaku pomidorów, ziemniaków czy ogórków nie znajdziemy nigdzie. Zioła mają niebiański wręcz smak i zapach! Własnoręczne zrobiony sok z soczystych i słodkich pomarańczy w środku zimy to dla mnie surrealistyczne wydarzenie, człowieka PRL-u. Często wychodzimy do tawerny na obiad czy kolację, ponieważ jest tanio i smacznie. W tawernach zazwyczaj gotuje się albo dla Greków, albo dla turystów, którzy przyjechali spróbować greckiego jedzenia, ale ja po dziesiątkach talerzy favy, spanakopity (i to jeszcze trzeba trafić na taką bez sera) i nadziewanych pomidorów mam już dość greckich pyszności (są jeszcze najlepsze na świecie frytki, ale nimi NIE można się znudzić). Tak więc brakuje mi różnorodności w wegańskich potrawach w restauracjach i tawernach. Brakuje mi również wegańskich “pomocników’. W sklepie ze zdrową żywnością mamy trzy rodzaje tofu, nie ma jogurtów z nerkowców czy migdałów, nie ma śmietany wegańskiej, jest mały wybór soczewicy, fasoli, ziaren. To trochę zniechęca i utrudnia gotowanie. Rozumiem oczywiście, że Kreta słynie z owoców morza, sera, jogurtu i ryb i nie narzekam, poleję pomidora oliwą z oliwek od sąsiada, posypię solą zebraną na plaży i jest dobrze. Czasem zdarza nam się zjeść grecki ser lub jogurt, które, muszę przyznać, smakują wyśmienicie. Z deserami wegańskimi też mi nie wychodzi z powodu braku produktów oraz talentu, ale staramy się żeby naszym sposobem życia zostawić jak najmniej negatywnych śladów w środowisku. Każdy sposób się liczy, każdy mały krok jest ważny. 

Przepis jakim się podzielę, to przepis wymyślony przez mojego amerykańskiego chłopaka, a od dwudziestu jeden lat – męża. Przygotował mi to danie, kiedy pierwszy raz odwiedziłam go w jego warszawskim mieszkaniu. Proste, łatwe, ale bardzo smaczne i nie ma tygodnia, żeby nie pojawiło się w jakiejś wersji na naszym stole. Potrzebujecie jedno opakowanie tofu (bez szaleństw, zwyczajne, nie za twarde, nie za miękkie), brokuły, puszkę pokrojonych pomidorów, dwa ząbki czosnku, kmin włoski (tego nie można ominąć!), sól, pieprz i ryż. 

Tofu pokroić w kostkę i podsmażyć na dość głębokiej patelni lub w dużym rondlu. Kiedy tofu nabierze złotego koloru, dodajemy pomidory z puszki i patrzymy jak pięknie łączą się z tofu i bulgoczą przez kilka minut (ja dodaję szczyptę cukru, mąż nie, tak więc róbcie tak, jak was kucharskie nosy prowadzą). Po kilku minutach bulgotania na wolnym ogniu dodajemy czosnek, sporą ilość kminu włoskiego (my dajemy płaską łyżkę), sól, pieprz do smaku. Gotujemy jeszcze chwilę i na koniec dodajemy podzielone na różyczki brokuły. Nie mieszamy. Przykrywamy pokrywką i zostawiamy na 2-3 minuty, żeby brokuły zmiękły nieco, ale żeby nie były zbyt miękkie. Podajemy z gotowanym ryżem. Smacznego!

 

Dla Alicji z bloga Asica – Srap główną motywacją do przejścia na dietę bezmięsną było zdrowie i dobre samopoczucie.

Moja droga do zdrowia była dosyć długa. Od siedmiu lat choruję na niedoczynność tarczycy i Hashimoto.

Ponieważ samo branie leków w moim przypadku nie wystarczało, postanowiłam wziąć sprawę w swoje ręce i zmienić dietę, by poczuć się lepiej. W pierwszej kolejności odstawiłam gluten. Jadłam mięso, dobrej jakości jajka, warzywa i unikałam cukru. Nie pomogło, nadal byłam słaba, zmęczona, z kiepskimi wynikami. Potem spróbowałam diety paleo. Po jakimś czasie przestała mi służyć i zaczęłam się czuć jeszcze gorzej. Odstawiłam prozapalny nabiał, mięso i w tym momencie zostałam pescowegetarianką – w mojej diecie pozostawiłam ryby i owoce morza. I chyba tylko z przekory i ciekawości, czy dam radę, trzy lata temu wyłączyłam z mojej diety całkowicie produkty odzwierzęce. Kiedy zaczęłam gotować wegańskie dania, to było jak olśnienie. Tyle smaków, kolorów, wszystko takie pyszne. Bawiłam się smakami, komponowaniem dań, a gotowanie stało się moim kolejnym, po scrapbookingu hobby. A co najważniejsze – zaczęło się dziać coś niesamowitego – zaczęłam się czuć coraz lepiej. Wyniki poprawiały się w szybkim tempie i po niecałym roku dokuczliwe objawy mojej choroby znikły całkowicie. Moja przygoda z weganizmem pozwoliła mi na znaczne zredukowanie dawki leku (ze 125mg na 37,5 mg letroxu). Zmiana sposobu odżywiania była najlepszą decyzją, jaką podjęłam. Owszem, wydajemy całkiem sporo na jedzenie, ponieważ dbam o to, by produkty, jakie kupujemy, były dobrej jakości. Unikamy żywności przetworzonej, na zakupach wędruje do koszyka mnóstwo świeżych warzyw i owoców. Rok temu mój młodszy syn zdecydował się na wegetarianizm. Starszy syn i mój partner jedzą mięso, ale na pewno rzadziej niż kiedyś. Plusy kuchni wegańskiej, oprócz korzyści zdrowotnych, to według mnie: prostota, szybki czas wykonania (stir fry z warzyw i tofu zrobicie w sześć minut sprawdzałam) oraz lekkostrawność.

Mieszkam w Irlandii i tu nie mam problemu, by zjeść coś w restauracji. Są miejsca, gdzie możemy oboje zjeść to, na co mamy ochotę. Ja danie wegańskie a mój partner mięsne. Ale zdarza się i tak, że jemy oboje wegańskie potrawy, bo one są po prostu pyszne! Jako anegdotkę podam wam przykład z wesela naszej znajomej – porcje wegańskie znikły szybciej niż inne.

Moja lista autorskich przepisów stale się powiększa, bo jestem uzależniona od gotowania. Dzisiaj chciałam się z wami podzielić przepisem na smaczny dhal z zielonej soczewicy ze szpinakiem w kremowym sosie kokosowym.

Na 2 łyżkach oleju kokosowego podsmażyć pokrojoną w kostkę cebulę, czosnek, starty imbir i przyprawy (1 łyżeczka kurkumy, 1 łyżeczka curry, pieprz, szczypta chilli). Dodać 1 łyżeczkę zielonej pasty curry. Wlać szklankę gęstego mleka kokosowego. Zmniejszyć płomień pod garnkiem, dodać 1 puszkę/szklankę ugotowanej zielonej soczewicy. Wszystko wymieszać. Na końcu wrzucić dwie garście świeżych liści szpinaku i dodać sok z cytryny. Całość gotować około 25 min. Jeśli trzeba, zagęścić łyżką mąki ryżowej.

 

Wiola Rehman z bloga Wiosway udowadnia, że dla chcącego nic trudnego i że znalezienie zastępstwa dla produktów odzwierzęcych w naszej diecie, nie jest wcale tak trudne.

Odkąd pamiętam, nie bardzo lubiłam produkty mięsne i przez długi okres byłam wegetarianką. Później trochę się zmieniło i czasami sięgałam po kotleta czy kebab. Moją słabością były i chyba już zostaną sery. Szkoda, a może nie szkoda, ale produkty mleczne niezbyt mnie „lubią”, dlatego postanowiłam zapoznać się bliżej z wegańską dietą. Zaczęłam więcej czytać, dokształcać się, szukać przepisów oraz nowych wegańskich produktów. Zaczęłam testować nowe przepisy, zamieniłam mleko do kawy na sojowe, znalazłam sery roślinne a masło zastąpiłam hummusem. Nauczyłam się czytać etykiety na różnych produktach i okazało się, że to wszystko nie jest takie trudne. Zdecydowanie lepiej się poczułam i dodatkowo ta świadomość, że mogę coś zrobić dla środowiska jest bardzo motywująca. Przyznam, że zjem czasem jajecznicę czy pizzę, ale zdarza się to zdecydowanie coraz rzadziej. Oto nasze muffinki, nowy wegański przepis przetestowany z dziećmi. Często razem pieczemy – to  taki nasz sposób na wspólne spędzanie czasu. Teraz ze względu na to, co się dzieje dookoła, mamy więcej czasu na próby i testowanie nowych przepisów.

https://www.mniammniam.com/weganskie-muffiny-bananowe-z-migdalami-i-czekolada

 

A teraz przeczytajcie o tym, jak Natalia Brede z bloga Biały Mały Tajfun zręcznie łączy swoją mięsną dietę z wegańskimi potrawami dla swoich gości. Da się? Da!

Uwielbiam jeść mięso. Tak, wiem, to nie jest dobry początek tekstu o weganizmie. Nie dyskutujmy jednak o moich prywatnych wyborach żywieniowych, tylko o tym, dlaczego w ogóle korzystam z wegańskich opcji. A korzystam często. Dlaczego? Główny powód to fakt, że wielu moich bliskich znajomych nie jada mięsa. Większość jest wegetarianami, ale kilku wegan też by się znalazło. Bywa, że zapraszam ich na obiad, kawę, deser. Nie robię im wtedy na złość, wystawiając na stół pasztet, pieczeń i budyń, tylko się staram, by mogli zjeść wszystko to, co podam. Podaję więc pizzę z tofu oraz „serem” z ziemniaków i płatków drożdżowych, do kawy jest mleko sojowe albo owsiane, a na deser są na przykład ryżowe ciasteczka albo czekoladowy mus z aquafaby. Da się. To jest ten wysiłek, który chętnie wkładam w to, by dobrze przyjąć swoich gości – nawet, jeśli nasze wybory żywieniowe bardzo drastycznie się różnią.

 

A na sam koniec nasz klubowy masterchef, czyli Anna Maślanka mieszkająca w Norwegii opowie wam trochę o weganiźmie z perspektywy kucharza.

Wielu kucharzy, zwłaszcza tych starszej daty obawia się zamówień z prośbą o dania wegetariańskie czy wegańskie, jeśli takowe nie są uwzględnione w menu. Nie wszyscy starają się iść z duchem czasu, rozwijać. Niektórzy zwyczajnie wolą pozostać przy swojej starej szkole i dlatego czasem takie prośby nie są zbyt chętnie przyjmowane. A potrawy są zwyczajnie nudne i wyglądają, jak zrobione “na odczep się”. Nie jest to związane z brakiem szacunku dla klienta, a właśnie z brakiem doświadczenia w kwestii kuchni wegańskiej.

Nie jestem weganką, ale staram się czerpać wiedzę z różnych źródeł, inspirować się tradycjami z wielu krajów i wychodzić naprzeciw wymaganiom. Bo przecież nie gotuję dla siebie, ale dla ludzi, którzy przychodzą do restauracji. Sprawia mi przyjemność, jeśli to oni są zadowoleni. Kiedy dostaję takie zamówienie, traktuję to jako urozmaicenie mojego dnia pracy i po prostu przygotowuję coś z aktualnie dostępnych produktów. Jeszcze nie zdarzyła mi się chociażby jedna krytyczna uwaga.

W jednej z restauracji w Finlandii miałam dowolność wyboru posiłków, które trafią do bufetu na lunch. Kiedy zamówiłam ciecierzycę, soczewicę i inne składniki, aby w zamyśle codziennie robić jedno danie wegańskie zarówno managerka restauracji jak i koleżanka z kuchni stwierdziły, że to nie ma szans się przyjąć, bo ludzie chcą jeść mięso. Spróbowałam, mimo wszystko. I wyszło to na dobre. Osoby jedzące mięso brały te wegańskie dania jako część posiłku, a wegetarianie i weganie (którzy jak się okazało istnieją!) w końcu mieli wybór czegoś innego niż sałatka i warzywa będące stale w repertuarze.

***

Jak sami widzicie każda z powyższych historii jest inna i wyjątkowa. Dla niektórych dziewczyn weganizm jest sposobem na życie i wszystkiemu, co związane z przemysłem zwierzęcym mówią stanowcze nie. Inne cały czas jedzą mięso, ale starają się robić to z umiarem i świadomością oraz wprowadzając do swojej diety produkty roślinne charakterystyczne dla kuchni wegańskiej. 

Trochę z premedytacją w tekście o weganizmie posłużyłam się przykładami osób, które jedzą mięso, bo przecież każdy musi gdzieś zacząć. Chciałam pokazać ludzi z krwi i kości, a nie joginów żyjących na pustelni i żywiących się korzonkami. Mam wrażenie, że wielu ludzi temat weganizmu onieśmiela i przerasta. Dużo osób nigdy nie gotowało bez mięsa i nie wie nawet, gdzie zacząć, a wielu idea pozbycia się głównego składnika każdego posiłku po prostu przeraża. Radykalne środki nie zawsze są najlepszym sposobem na zaszczepianie nowych koncepcji i czasami metoda małych kroków jest tym, czego nam potrzeba. Można zacząć od ograniczenia spożycia mięsa, spróbowania paru przepisów wegańskich i na ich bazie budować nowe menu albo od wypróbowania produktów takich jak mleko roślinne czy olej kokosowy do pieczenia.

Mam nadzieję, że ten tekst zainspiruje i ośmieli was do działania. Możliwe, że świadomy wybór tego, co jemy, jest jednym z najbardziej dostępnych nam sposobów na zadbanie o nasze środowisko.

Zebrała i opracowała Sara Kosmowska z bloga Clumsy and Stupid 

5 1 vote
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
()
x