EMIGRACJAFELIETONYna własnych warunkach

Wyjechałam z Polski za miłością. Banalna historia, którą przeżywa średnio co druga z nas. Związek z cudzoziemcem stał się po prostu modny. Rzuciłam dobrze prosperujący biznes, spakowałam swoje życie w trzy walizki i poleciałam do Francji. Do narzeczonego, który po pół roku został moim mężem i do nowego, zawrotnego życia, które miało być tym lepszym. Nikt mnie nie namawiał. Bez namysłu i większych analiz co dalej padła decyzja, że się przeprowadzam. 

Rozczarowanie

Z emigracją nie polubiłyśmy się od razu. Czułam złość, rozczarowanie i frustrację. Nie tak to sobie wyobrażałam. Miało być lepiej i wygodniej. Miałam siedzieć w domu i wreszcie mieć czas na rozwijanie swoich pasji. Miałam tylko robić to, co lubię. Najgorszy był pierwszy rok. Za nic w świecie nie potrafiłam znaleźć swojego miejsca. Francja mnie wkurzała, Francuzi irytowali, a język francuski nie wchodził do głowy. Jedyną ostoją był mąż. Wspierał, pomagał, pocieszał i godził się na wszystko, byle bym tylko choć na chwilę poczuła się szczęśliwa. Mówił, że możemy wrócić do Polski, ale ja nigdy nie chciałam. Uważałam to za porażkę. 

Pojednanie

Negatywne nastawienie zwolniło, gdy na świecie pojawiły się dzieci. Wtedy już musiałam wyjść do ludzi i zaakceptować niewygodną dla mnie rzeczywistość. Nie mogłam dłużej uciekać od tego, co samo mnie dogoniło. Pozornie żyło mi się lepiej. Pustkę w środku wypełniały dziecięce uśmiechy i nudne mamowe obowiązki. Kiedy mały człowiek pojawia się w życiu, znika czas na narzekanie i łatwo zapomnieć o własnych potrzebach. Ale i one przecież potrafią dogonić. Po drugim porodzie zapukała depresja. Czyhała na mnie już wcześnie, ale wygodniej było udawać, że po prostu jej nie ma. 

Poszłam do psychologa. Zaczęłam nad sobą pracować. Przypomniało mi się, że dziewczyna, którą byłam przed emigracją miała zawsze uśmiech na twarzy i wierzyła, że wszystko jest możliwe. Ona ciągle we mnie była, a ja mocno czułam, że muszę ją odnaleźć. Wymyśliłam sobie, że pójdę do prawdziwej pracy. Nowi ludzie i otoczenie pomogą mi wyjść na prostą. Zdezorientowana, co chcę robić w życiu, z listą pełną pomysłów na biznes poszłam na coaching, by odkryć swoją misję w świecie. To nie była łatwa droga. Wyciągnęła ze mnie stare śmieci upychane przez lata po kątach i odblokowała na wielu płaszczyznach. Uwięziona we własnych schematach nieszczęśliwa i pogubiona, zaczęłam czuć, kim tak naprawdę jestem i czego pragnę od życia. Krok po kroku zaczęłam zgłębiać rozwój osobisty i uczyć się świadomej akceptacji siebie, innych oraz świata. 

Na własnych warunkach

Choć coaching nie przyniósł odpowiedzi na to, co mam robić w życiu, to dał coś o wiele cenniejszego. Wolność. Od kiedy tylko pamiętam, zawsze marzyłam o rzeczach, które mieli i robili inni. Ślepo kopiowałam społeczne wzorce, przyjmując je za swoje. Myślałam, że postępując tak jak wszyscy, będę miała fajne i ciekawe życie, które przyniesie mi spełnienie. Dziś wiem, że to nie działa w ten sposób. Dziś wiem, że tylko będąc sobą, bez naśladowania i upodobniania się do masy, w pełnej akceptacji tego kim jestem mogę czuć bezwarunkowe szczęście, które poniesie mnie dalej. 

Ale przygoda z coachingiem to coś jeszcze. Cały ten proces pchnął mnie do działań, o których kiedyś tylko skrycie marzyłam i zawsze odkładałam na później. To był początek naszej rodzinnej rewolucji życiowej. Mój mąż wypalony swoją pracą na etacie odszedł z firmy, a ja rzuciłam internetowe lekcje włoskiego, których udzielałam na ¼ etatu. Sprzedaliśmy wszystko, co przez lata nagromadziło się w naszym życiu i wyjechaliśmy w nieznane. Wygodę i rutynę zamieniliśmy na przygodę oraz czas razem, a materializm na minimalizm i celebrowanie zwykłej codzienności. Nasz nowy dom to maleńki, zielony punkt na Oceanie Indyjskim. Reunion. Jeden z pięciu departamentów zamorskich Francji. Dzika, magiczna wyspa, na której rządzą żywioły, życie wydarza się tu i teraz, a ludzie uśmiechają się do ciebie bezinteresownie. 

Chyba nigdy bym nie pomyślała, że moja historia tak się potoczy, a trudne wydarzenia będą wyrzutnią do świadomego życia, o istnieniu którego wcześniej nie miałam pojęcia. Emigracja, choć z początku bardzo trudna, stała się moją piękną droga do spokoju oraz ulgi, by nareszcie żyć po swojemu, a nie tak jak inni tego ode mnie oczekują. 

Eliza Giussani, Reunion / FB: Dolce Cartolina


5 9 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

7 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Magda w RPA
4 miesięcy temu

Gratuluję odważnej decyzji! Tylko jeden komentarz – najpierw mówisz o psychologu, a potem o coachingu. Nie wiem czy robiłaś i jedno i drugie, ale tekst sugeruje, jakbyś używała tych słów jako synonimów, a jednak warto podkreślić, że sa one tylko powiazane 🙂

Eliza
4 miesięcy temu
Odpowiedz  Magda w RPA

Dzięki Magda. ❤️ Nie, to było i jedno i drugie. Nie używam tego jako synonimów. Do psychologa chodziłam przez kilka miesięcy po porodzie drugiej córki, ale nie trafił do mnie nurt i grzebanie w starych śmieciach w ten właśnie sposób. Poszłam na coaching i tam sesje były skierowane na przyszłość oraz na cele. Ten czas nie był łatwy, bo próbując zdefiniować swoje życie marzeń odwoływałam się i wracałam do przeszłości, która mnie nie blokowała (tak jak u psychologa), tylko była drogowskazem, by przyjrzeć się jak wpływ na moje myśli mają dawne doświadczenia. To tak w wielkim skrócie.

Magda w RPA
4 miesięcy temu
Odpowiedz  Eliza

Myślę, że łaczenie tych dwóch metod do dobry pomysł! Cieszę się, że Ci to pomogło w znalezieniu odpowiedzi, które szukałaś… lub jak nie odpowiedzi to wskazówek 🙂

Eliza
4 miesięcy temu
Odpowiedz  Magda w RPA

Teraz jest tyle różnych możliwości oraz metod, by sobie pomóc, że każdy znajdzie coś dla siebie. Warto próbować nowego. 🤗 PS. Odpowiedzi nie, ale drogowskaz w dobrym kierunku już tak. To wystarczy. Poradzę sobie. ❤️

Magda w RPA
4 miesięcy temu
Odpowiedz  Eliza

Nie umiem tu serduszek wstawić, ale wysyłam serduszko 🙂

Nika Vigo
Nika Vigo
4 miesięcy temu

Moja droga do oswojenia Francji była zupełnie inna, choć pierwszy rok był podobnie jak i ciebie, bardzo trudny. Ale potem było już tylko lepiej choć na niespokojna dusza sprawiła , ze ciagle krążę i od 12 lat dziele me życie między Francję i Belgię. Jakby jednej Obczyzny myło mi mało!
Na Reunion nigdy nie byłam, ale wyobrażam je sobie jako raki Raj na Ziemi…
Pozdrawiam z drogi między Brukselą a Paryżem i do zobaczenia w Rozmowach na Obczyźnie 🙂

Eliza
4 miesięcy temu
Odpowiedz  Nika Vigo

Nika cieszę się, że u Ciebie było łatwiej. 🤗 Emigracja choć daje ogromne możliwości, nie jest zawsze taka łatwa. Hehe, dobrze, że z Francji do Belgi nie ma tak daleko. 🤗 Miłej drogi Ci życzę i do usłyszenia. ❤️