Emigracjaperson holding gray metal framed desk globe paper weight

Słowo emigracja nigdy nie przychodziło mi do głowy, gdy myślałam o moim stylu życia. Kocham poznawać świat i zawsze szukam możliwości, by gdzieś indziej mieszkać i pracować. Choć nie od początku był to mój status quo i nie od razu wiedziałam, czego chcę. 

Nawet mając ekstrawertyczną naturę, jako dziecko nigdzie nie lubiłam jeździć. Wydawało mi się, że szkoła i moi szkolni przyjaciele to cały świat i tak będzie zawsze (nie mogłam być w większym błędzie). 

Mimo że nie urodziłam się w Polsce i zamieszkałam w niej dopiero od siedemnastego roku życia, nigdy nie odbierałam Polski jako kraju, do którego wyemigrowałam.

Na ziemi pradziadków czułam swojskość, wolność i przynależność, choć początki były zabawne, czasami trudne. Polska to mój dom już od prawie dwudziestu lat, a przez ostatnich dwanaście żyję trochę jak pszczółka, co lata od kwiatka do kwiatka, wracając okazyjnie do tych kwiatuszków, które lubi najbardziej. 

Wszystko zaczęło się w roku, w którym ukończyłam studia magisterskie i podyplomowe. Zaproszono mnie do projektu pewnej organizacji non-profit w roli tłumaczki. Projekt odbywał się w Gruzji, a w związku z ograniczonym budżetem na miejsce jechaliśmy samochodem przez pół Europy z innymi członkami projektu (w tym moją mamą w roli fotografki). Droga trwała sześć dni, spaliśmy w namiotach najpierw na dziko na Węgrzech, później w Rumunii i dalej na wybrzeżu Morza Czarnego od strony tureckiej. To właśnie wtedy po raz pierwszy miałam okazję być w Turcji i zobaczyć Stambuł. Majestatyczność, ciągły ruch samochodów, ludzi, ciężarówek z arbuzami wywarły na mnie ogromne wrażenie, chociaż patrzyłam na miasto tylko przez okno samochodu. Pamiętam, jak przejeżdżając z Europy do Azji mostem nad Bosforem, pomyślałam sobie, że koniecznie muszę tu wrócić. Nic dziwnego, że po projekcie w Gruzji zaczęłam szukać stażu przez program AIESEC właśnie w Stambule. Przez kilka miesięcy dostawałam oferty z innych miejsc w Turcji: z Denizli, Izmiru, Bursy, Izmitu… Uparcie czekałam jednak na wymarzone miasto, dorabiając jako pilotka wycieczek. 

W końcu po pół roku szukania wylądowałam w Stambule po stronie azjatyckiej w roli nauczycielki języka angielskiego.

Nie pomyliłam się co do energii miasta, Stambuł porwał mnie całkowicie, od pierwszego dnia zaczęłam się uczyć języka, a simity i turecka herbatka szybko stały się moimi ulubieńcami. Przedłużyłam staż z pięciu miesięcy do roku i “oddałam się” Stambułowi. Tak się tam zadomowiłam, że po powrocie do Polski widziałam Bosfor w snach. Pracowałam jako pilotka wycieczek już z językiem tureckim, jednak szybko uciekłam z powrotem do Stambułu, gdzie kontynuowałam nauczanie języka angielskiego w jednej ze szkół. 

Po roku nabrałam ochoty na wypróbowanie siebie w nieco innej roli, marzyła mi się praca w biurze (nie wierzę, że to mówię). Po kilku miesiącach zostałam zatrudniona w firmie turecko-francuskiej. Najpierw pracowałam w dziale HR, a później w ramach projektu wysłano mnie do Moskwy w roli tłumaczki oraz by prowadzić sprzedaż b2b. Zawsze wolałam mniej znane mi tereny i serdeczniejszych ludzi, ale na szczęście trafiłam tam w lecie, kiedy było w miarę gorąco i dużo się działo.

To była jedna z najciekawszych prac, którą dane mi było wykonywać. Nie miałam kontroli nad wyborem miejsca projektu i sprzedawałam reklamy do rocznika poświęconego sektorowi ropy i gazu za dziesiątki tysięcy euro. Już po trzech miesiącach w Moskwie dostałam telefon, że muszę się pakować, bo mam lecieć do Kazachstanu. To nic, że już się przyzwyczaiłam do tego miasta, aktywnie korzystając z lata i życia kulturalnego (teatry i galerie dostępne były tu na każdym kroku).   

Kazachstan powitał mnie czterdziestoma stopniami i pustynnym krajobrazem miasta Aktau, znajdującego się na wybrzeżu Morza Kaspijskiego.

Wtedy, wyjeżdżając taksówką z lotniska, nie widziałam nic poza dwugarbnymi wielbłądami. Szybko poznałam swój trzyosobowy zespół, z którym spędziłam następne siedem miesięcy, a jednym z członków był bardzo charyzmatyczny, choć nieco poważny facet. W tamtym momencie jeszcze nie wiedziałam, że patrzę w oczy przyszłego męża. Ale, ale, po kolei. Po ukończeniu projektu w Kazachstanie oboje dostaliśmy awans w pracy i jako samodzielny zespół wyjechaliśmy do Omanu. Czy wspominałam już, że nie ma się kontroli nad miejscem, do którego cię wyślą? Na dodatek informacja o docelowej lokalizacji przychodzi zazwyczaj kilka dni przed wyjazdem, a jedyną pewną rzeczą jest komunikat, czy masz pakować zimowe czy letnie ubrania. 

Oman był cudowny pod względem ludzi, którzy są bardzo zrelaksowani, bezpieczeństwa, bo nawet nie zamykaliśmy domu na noc i przyrody, która była nietknięta i egzotyczna.

To tam zobaczyłam Wadi Shab, czyli suchą dolinę, która wypełnia się turkusową wodą z gór, a pod koniec kilkukilometrowej krętej trasy wśród gór i skał kryje się jaskinia z wodospadem, niesamowite! 

Po pół roku w Omanie, kiedy projekt zmierzał ku końcowi, byliśmy już dość zmęczeni takim życiem na walizkach i lokalizacyjnymi niespodziankami, więc przeprowadziliśmy się do pobliskiego Dubaju. Mój chłopak dostał tam pracę, a ja pojechałam z nim. Nigdy nie byłam fanką wieżowców, drogich sklepów czy samochodów, ale podziwiałam rozmach i zagospodarowanie tej, jeszcze stosunkowo niedawnej, pustyni. Po kilku miesiącach szukania pracy miałam okazję zatrudnić się w największej firmie z branży ubezpieczeń zdrowotnych. Nocne dyżury i praca po trzynaście godzin były dobrym doświadczeniem, ale nie zajęciem na lata. 

Po roku w Dubaju postanowiliśmy się przenieść razem do Turcji. Padło na Stambuł, który kochałam miłością bezgraniczną, a chłopakowi udało się tam znaleźć pracę. Przez chwilę przeszło mi nawet przez głowę, że może czas się ustatkować, bo oboje byliśmy w tym mieście szczęśliwi. Zdążyłam zrobić certyfikat z nauczania języka angielskiego i wrócić do tego zawodu, ale nie mogłam trafić do dobrej szkoły i mimo wielkiej pasji tureckie dzieci mnie męczyły, traciłam głos co tydzień, a dwugodzinna podróż do pracy stała się wycieńczająca. Praca mojego chłopaka też nie była w pełni satysfakcjonująca i wtedy wymyśliliśmy wyjazd do Wietnamu. Moje oczy iskrzyły z zachwytu: inny region, kultura, lato przez cały rok! Poza tym to dobry rynek dla nauczycieli angielskiego. Kilka miesięcy poszukiwań i wstępnych rozmów, ale Wietnam się nie poddawał. Trafiliśmy na ofertę z sąsiadującego kraju. Warunki były dobre, choć nie było to miejsce, do którego szczególnie chcieliśmy jechać. Chęć zmiany otoczenia wzięła jednak górę. Proces przygotowania dokumentów zajął kolejne pół roku i po upływie tego czasu szczęśliwie wylądowaliśmy na lotnisku w Szanghaju. 

Byłam przekonana, że znając kilka języków, mając doświadczenie mieszkania w wielu krajach i obcowania z wieloma kulturami, poradzę sobie w Chinach bez problemu. Ku mojemu zdziwieniu, nie było to takie proste.

Szkoła, w której uczyłam i na terenie której mieszkałam, była oddalona o pięć kilometrów od najbliższego sklepu. Bariera językowa była tak silna, że nawet po wyuczeniu kilku kluczowych wyrazów (np. nie jem mięsa – wo bujau rou), nikt mnie nie rozumiał. Moja ekstrawertyczność, nadmierna gestykulacja nie pomagały w komunikacji, a wręcz ją utrudniały. Był to zupełnie inny świat, czytano tam inne wiadomości, inaczej patrzono na globalne problemy, nie sposób było nic przeczytać ani z budynków, ani w menu. Chociaż zawodowo się spełniałam, gdyż nie było tu mowy o nierespektowaniu nauczyciela, jak to miało miejsce w Turcji, atmosfera mi nie do końca pasowała.

Jednak to dzięki pobytowi w Chinach mieliśmy możliwość zobaczenia innych krajów w regionie i mimo iż nie mieliśmy wielu dni urlopowych, przekonaliśmy się o bogactwie i różnorodności tej części świata i wciąż myślimy nad porządną eksploracją Azji południowo-wschodniej. 

Po roku pożegnaliśmy kraj niebiańskiego smoka i tym razem udaliśmy się z powrotem do Europy. Po poszukiwaniu pracy, rozmowach kwalifikacyjnych jeszcze z Chin czekała na nas zielona wyspa, z jej wiatrem i deszczem. Piękna Irlandia. Dzięki znajomości tureckiego dostałam pracę w jednym z cyfrowych gigantów.. Po chińskim szaleństwie czułam się tam jak w domu, żadnej bariery językowej, mnóstwo rodaków, twaróg i jogurt pitny na półkach praktycznie każdego sklepu. 

Pewnie nie uwierzycie, ale spędziliśmy w Irlandii aż dwa lata, a nie rok (lub mniej), jak we wszystkim pozostałych miejscach! To był szósty kraj, w którym zamieszkaliśmy razem. Zostalibyśmy na wyspie pewnie jeszcze jakiś czas, lecz zaczęła się… pandemia. Chłopak pracował wtedy nocami, ja dniami, z łóżka korzystaliśmy rotacyjnie, z powodu lockdownu nie można było wychodzić na zewnątrz. Zaczęliśmy kwestionować układ, w którym się znaleźliśmy: pracowaliśmy przy komputerach, a byliśmy zamknięci w czterech ścianach, a tak w ogóle dlaczego spłacaliśmy komuś kredyt na mieszkanie? 

Wtedy przyszło pożegnać stabilność w kraju klifów i Guinnessa na rzecz, surprise, surprise, Turcji. Zanim to uczyniliśmy, zdążyliśmy jeszcze zalegalizować nasz związek w jeden z deszczowych, ale bardzo szczęśliwych dni w Dublinie.

Wyjechaliśmy do tureckiej miejscowości na wybrzeżu Morza Egejskiego, gdzie rodzina męża miała mieszkanie i tam spędziliśmy kilka dobrych miesięcy, planując rodzinę i dalsze kroki. Mąż otworzył firmę, później udało się nawet kupić mieszkanie w Stambule i szczerze, czuję, że właśnie tam jest moje miejsce na ziemi. Historia zatoczyła koło. 

Mimo to, kilka miesięcy temu w związku z pracą męża zmieniliśmy miejsce zamieszkania po raz kolejny! Tylko teraz za daleko się nie wybraliśmy, bo zamieszkaliśmy w Warszawie! Ale projekt się skończył i już niedługo wracamy znów do, chyba mogę tak powiedzieć, domu, czyli do Turcji. A zanim to się stanie, zdecydowaliśmy się na małą, jak na digitalnych nomadów przystało, przygodę. Bo w końcu, czemu nie?

 Anastazja Cariuk

5 4 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze