Szalone randki 

Szalone randki 

Dziś Walentynki. Jedni już rozpływają się na myśl o wymarzonej romantycznej randce. Drudzy natomiast woleliby pójść spać dzień przed i obudzić się, gdy róż i czerwień opuszczą wystawy sklepowe. Bywają też tacy, którzy po dziwnym rendez-vous stwierdzają, że obejrzenie serialu w towarzystwie kota było jednak lepszym pomysłem. A, właśnie! Mówiąc o randkach, czy przeżyliście podczas spotkania z potencjalną drugą połówką szaloną przygodę, na wspomnienie której serce bije wam szybciej… po czym macie ochotę zaparzyć sobie wiadro melisy? To właśnie przytrafiło się naszym Polkom na Obczyźnie! 

Na przykład, Natalia uświadomiła mnie, że twój potencjalny partner nie zawsze jest pierwszą osobą, którą poznajesz podczas randki. Brzmi niedorzecznie? No, to przeczytajcie jej historię.

Natalia Brede (Chiny) / Biały Mały Tajfun

Koleżanka notorycznie mnie swatała. W sumie przedstawiła mnie setce facetów. W końcu jeden z nich został moim mężem, ale zanim do tego doszło, zdarzały się niewypały.

Najdziwaczniejsza randka, na którą poszłam, przydarzyła się pewnego wtorkowego popołudnia. Mieliśmy się spotkać u tej mojej swatki. Przyszłam ładnie ubrana, umalowana, gotowa na wszystko. Podjechał samochód  i wysiadła z niego kobieta, która okazała się być… mamą delikwenta. Zaczęła uprzejmą pogawędkę, poznałyśmy się, pośmiałyśmy (sytuacja była tak absurdalna, że mogłam się tylko śmiać), po czym niewiasta zapakowała mnie do samochodu i zawiozła do domu rodzinnego. Czekali w nim wszyscy członkowie rodziny, z babcią i kuzynkami włącznie. Zjedliśmy wspaniały obiad, a na mnie przeprowadzono przesłuchanie dotyczące wszystkich ważnych (zdaniem rodziny) kwestii mojego życia. Wszyscy mnie polubili, zwłaszcza mama była zadowolona z dziewczyny dla syna.

I właśnie wtedy on wrócił z pracy, w sam raz, żeby mnie odwieźć do akademika. Ponieważ dom studencki był niedaleko, jazda nie trwała długo. Zdążylibyśmy nawet zamienić kilka słów… gdyby on się w ogóle do mnie odzywał. Powiedział dokładnie trzy zdania… 

Historia Agaty nauczyła mnie, że warto najważniejsze kwestie wspólnego życia obgadać z drugą połówką jak najszybiej – najlepiej już na pierwszym spotkaniu. 

Agata Wielgołaska (Turcja) / agatawielgolaska.pl 

I kiedy już wydaje się, że wszystko przebiegło normalnie: herbata została wypita, ciastko skonsumowane i wymieniono mniej lub bardziej istotne informacje na tematy mniej lub bardziej poważne, on rzuca na koniec: 

– To teraz ustalmy plan.

Następnego spotkania? – pytasz w myślach.

– Naszej przyszłości – szybko wyprowadza cię z błędu, jak się okazuje, prawie już mąż. – Proponuję, żebyśmy spotykali się przez trzy, do maksymalnie sześciu miesięcy, średnio trzy razy w tygodniu, minimum dwa… (w tym momencie zastanawiasz się nad wyjęciem z torebki zeszytu i sporządzeniu notatek, ale adrenalina powoduje, że zapamiętujesz z łatwością grafik) i po tym czasie zamieszkali razem na próbę, trzymając na wszelki wypadek dwa mieszkania.

Co było w jego ciastku? – zastanawiasz się, bo herbatę piliście przecież taką samą i zdejmujesz szalik. Mimo chłodnej aury robi ci się nagle gorąco.

Jakimś cudem udaje ci się wrócić do domu bez pierścionka zaręczynowego, a następnego dnia uznajesz, że jedynym logicznym wyjaśnieniem jest taktyka brutalnego odstraszenia – no nie spodobałaś się po prostu. Jak mylne jest to założenie przekonujesz się, gdy tylko bierzesz do ręki telefon: 

– Dzień dobry, to kiedy się widzimy?

Czasem zwariowane randki okazują się być szalenie romantyczne. Chłopakowi Justyny z lat studenckich można tylko pozazdrościć kreatywności.

Justyna Michniuk (Niemcy)

Miałam w swoim życiu kilka ciekawych randek, ale dwie naprawdę szalone. Byłam wtedy na studiach, a mój chłopak już pracował w rodzinnym, małym przedsiębiorstwie. Był on człowiekiem tysiąca pomysłów i zawsze zaskakiwał mnie czymś nowym, szalonym i niecodziennym. Pewnego sobotniego wieczora kazał mi się elegancko ubrać i umówił się ze mną przy ruinach zamku krzyżackiego w Toruniu. Spodziewałam się, że wybierzemy się do teatru lub eleganckiej restauracji. Nic takiego się jednak nie stało. Obok ruin była restauracja Zamkowa. Tamtego wieczora odbywało się tam huczne wesele, na które poszliśmy i bawiliśmy się do białego rana. Na pożegnanie zatańczyliśmy walca na murze miejskim. Pytacie, czy któreś z nas znało państwa młodych? Nie, ale przy takiej liczbie gości nikt się nie zorientował, że jesteśmy obcy.

Innym razem ten sam chłopak zaproponował mi śniadanie w kultowej kawiarni Róże i zen (na toruńskiej Starówce, ul. Szeroka). Była niedziela, godzina 10:00 rano, więc nie zdziwiły mnie ani puste ulice, ani pusta kawiarnia. Normalni ludzie w końcu spali. Kelnerki uśmiechały się do mnie tajemniczo i zaprowadziły mnie do ogrodu różanego przy kawiarni, mieszczącego się przy starej, ceglanej wieży. Był to sezon kwitnienia róż – ich zapach upajał zmysły, zaś widok kwiatów zwisających z każdego kawałka muru, okalającego kawiarnię, był wręcz magiczny. Tam przy stoliku, na którym stał już szampan, siedział mój chłopak. Wynajął dla nas całą kawiarnię, ot tak! Obsługa myślała, że dojdzie do oświadczyn, nic takiego jednak nie miało miejsca. On po prostu lubił mnie zaskakiwać i szokować, w pozytywnym znaczeniu tych słów. 

Czasami jednak co za dużo romantyzmu, to bardzo niezdrowo…

Sara Kosmowska (Kanada) / Clumsy and Stupid

To był zarówno początek mojej przygody z kanadyjską północą jak i znajomości z moim mężem. Zbliżało się przesilenie letnie i oboje chcieliśmy spędzić najdłuższą noc w roku w nietypowy sposób. Mieszkaliśmy wtedy sto kilometrów od koła podbiegunowego i zjawisko białych nocy było dla nas nowością. 20 czerwca wsiedliśmy do samochodu, wzięliśmy łódkę i ruszyliśmy w drogę. Kiedy dotarliśmy do celu, zwodowaliśmy łódkę i ruszyliśmy na poszukiwania bezludnej wyspy do całonocnego biwaku. Gdy w końcu znaleźliśmy dogodne miejsce, rozpakowaliśmy nasz majdan i rozpoczęliśmy przygodę.

Ugotowaliśmy kolację na kuchence turystycznej, wyjęliśmy gitarę i wszystko byłoby idealnie, gdyby nie jedno, małe nieudogodnienie… Im później się robiło, tym gęściej było od komarów. Wspomniałam już, że randka odbywała się w plenerze w samym środku podbiegunowej tajgi? A mówiłam wam, że aby w pełni doświadczyć zjawiska białej nocy, wpadłam na genialny pomysł, żeby nie brać namiotu? Później okazało się też, że zapomnieliśmy zabrać spreju na komary.

Najpierw ewakuowaliśmy się na najwyższy punkt wyspy, mając nadzieję na to, że wiatr będzie naszym sprzymierzeńcem. Potem J. przypomniał sobie, że ma coś na komary w samochodzie i popłynął z powrotem na parking. Kiedy tylko wrócił rzuciłam się na małą buteleczkę. Wylałam płyn na dłonie i szybko wsmarowałam w twarz, szyję i ramiona. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że strasznie się lepię. Okazało się, że to było mydło. Nie dość, że każda część ciała swędziała od ukąszeń komarów i czarnych muszek, to teraz doszło do tego nieprzyjemne uczucie lepkości od suchego mydła na skórze.

Koniec końców poddaliśmy się i opuściliśmy wyspę. Nie pamiętam już dlaczego, ale zamiast wsiąść do samochodu i odjechać, resztę nocy spędziliśmy, chowając się przed robactwem, skuleni na podłodze łódki. Pamiętam za to dobrze, że zarobiłam ukąszenie w prawą powiekę i że spuchła okropnie, więc białą noc widziałam z przymrużeniem oka (chociaż wcale nie musiałam go mrużyć).

Wielu mężczyzn wychodzi z założenia, że nie ma romantycznej randki bez odrobiny grozy – tak jak narzeczony Agnieszki. 

Agnieszka Ramian (Szkocja) / @agnieszka.ramian 

Po co iść do kina, kiedy można w ramach randki iść na cmentarz w środku nocy i poczuć klimat? Ów klimat – mocno gotycki, trochę jak z horroru i gwarantujący intensywne doznania – zdecydowanie poczułam podczas naszej drugiej randki z moim obecnym narzeczonym. Wybraliśmy się na spacer po zabytkowym celtyckim cmentarzu na obrzeżach Glasgow. Było już po północy. Cmentarz był ogromny. Niektóre jego sekcje przypominały raczej park z zarośniętymi alejkami przetykanymi to tu, to tam gotyckimi statuami aniołów i celtyckimi kamiennymi krzyżami. Scenerię można było uznać za romantyczną. Ciemność, światło księżyca, żywego (!) ducha wokół poza nami, odgłosy nocy, żarty o zombie przebijających zgniłą dłoń przez warstwę murawy, aby wydostać się na powierzchnię ziemi.. atmosfera działała na wyobraźnię!

I właśnie w tych okolicznościach przyrody nagle usłyszałam złowieszczy śmiech, jakby wiedźmy. Myślicie, że serce podskoczyło mi do gardła? Mało powiedziane! Krzyknęłam ze strachu, chwyciłam się mocno ręki mojego towarzysza, skanowałam okolicę w obawie, że coś się zaraz zmaterializuje w zasięgu mojego wzroku. Miałam przysłowiowe „pełno w gaciach”. A ten gamoń krztusił się ze śmiechu. Sytuacja go śmieszyła, ponieważ, w przeciwieństwie do mojego, jego mózg nie szukał gorączkowo odpowiedzi na pytanie, co wydało ten mrożący krew w żyłach dźwięk niczym z zaświatów. Odpowiedź brzmiała: technologia. On dostał sms-a, a ja prawie zawału serca.

Czy to był niecny plan uknuty, abym rzuciła się w jego ramiona? Nie mógł liczyć na taki efekt. Zamiast tego, miałam ochotę ubić dziada i zostawić go w jednej z tych cmentarnych alejek. Informacja dla smaczku: wiadomość była od jego eks! 

Nie trzeba jednak iść na cmentarz w nocy czy na horror do kina, by przeszły cię dreszcze. Kamila doświadczyła grozy aż w nadmiarze – na spacerze po kampusie. 

Kamila Janus (Hiszpania) / Americas on a Stroller 

Było to jeszcze w erze przedfejsbukowej. Koleżanka podesłała mi link do portalu społecznościowego, gdzie wszyscy z Erasmusa mieli konto i wrzucali zdjęcia. Nie wiedziałam, z jakiego powodu zupełnie obcy ludzie kontaktowali się ze mną. Mieszkałam wtedy w Irlandii i napisał do mnie pewien Irlandczyk. Nie zwykłam umawiać się z nieznajomymi, ale tym razem zgodziłam się. Umówiliśmy się przy bramie do Trinity College. Myślałam, że będzie to jedynie miejsce do spotkania i stamtąd pójdziemy gdzieś usiąść. Jednak on zaproponował, abyśmy weszli na dziedziniec uczelni. Było już grubo po 22:00, więc było ciemno. Oprócz nas było jeszcze kilka osób.

Chłopak zaproponował, abyśmy usiedli na trawie. Opowiadał, że zajmuje się reiki (alternatywna metoda leczenia) i że kiedyś może mi zrobić masaż. Ludzi powoli ubywało, a ja nie czułam się dobrze z nieznajomym na tyłach uniwersytetu w nocy. Kiedy zaproponowałam, abyśmy wyszli gdzieś na miasto do pubu, powiedział, że nie znosi hałasu. Wolał pochodzić po Trinity College. Ogarnął mnie paniczny strach i stanowczo poprosiłam, abyśmy wyszli z parku uczelni. Wyszliśmy. Zaproponował kawiarenkę, gdzie znowu nikogo nie było. Wypiłam szklankę soku, podziękowałam za spotkanie i wróciłam do domu. 

Kolejna randka (z innym Irlandczykiem) skończyła się tym, że musiałam mu pomóc wyjechać samochodem z miejsca, gdzie się zgubił w Dublinie. Miałam wrażenie, że pierwszy raz w życiu prowadził auto i pierwszy raz w życiu jechał przez irlandzką stolicę. Kilka razy o mało nie wjechał pod prąd. W końcu udało mi się go poprowadzić blisko mojego domu. Najlepsze było to, że jechaliśmy do restauracji na obiad, do której nigdy nie dotarliśmy. Szybko wysiadłam z samochodu głodna jak wilk i wpadłam do domu, pytając współlokatorów, czy nie zostało im coś do jedzenia.

Obiadowa randka z Holendrem przebiegła nieco lepiej. Przygotował przepyszny sos do makaronu ze śmietany z ziołami i z porem. Nieziemski smak i przepyszny obiad na randkę. Ja przyniosłam coś na deser i do picia. Rozmowa też była ciekawa. Po obiedzie pokazuje mi rachunek i mówi, ile mu jestem winna. Wyszło, że muszę mu oddać 4€.

***

Jak widać, dziewczyny mają co wspominać. A czy wy, drodzy Czytelnicy, macie za sobą równie nietypowe randki? Zapraszamy do podzielenia się swoimi doświadczeniami w komentarzach.

Zebrała: Ilona Güllü / Bibi on Board 

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
Powiadom o