Życie wiele ma smaków, te zagraniczne czasami wywracają żołądek do góry nogami, pieką, śmierdzą albo po prostu nie mieszczą się w głowie pośród naszych rodzimych przyzwyczajeń kulinarnych. Podobno rozwój ma miejsce tuż za miedzą komfortu. Dzisiaj na tapet bierzemy dziwolągi kulinarne, które na początku szokowały, były nie-do-zjedzenia, wydawały się po prostu nienormalne, a potem na stałe weszły do naszych jadłospisów, na tyle zakorzeniając się w naszej normalności, że z biegiem lat stały się jej częścią i dopiero w zderzeniu z kulinarną “polską racją stanu” okazują się znowu osobliwe.

W moim przypadku było tak z herbatą.

O ile czarna herbata w Polsce leje się nieprzerwanym strumieniem, to każde dziecko wie, że herbatę pijemy z cukrem, z cytryną, ewentualnie z sokiem malinowym w zimowe popołudnia. Na upartego można też dodać kilka liści świeżej mięty albo nonszalancko zamieszać napój laską cynamonu. Ale żeby mleko dodawać i jeszcze roślinne? “Przepraszam, ale pani nie zamawiała kawy, to ja może kawkę zrobię, coś się chyba przesłyszałem” – odpowiada mi kelner zapytany wcześniej o czarną herbatę z mlekiem sojowym. I ja to wszystko rozumiem, mnie też na pierwszy rzut oka odrzuciło.

W Malezji, ku mojemu zdziwieniu, jest na odwrót. Trzeba mówić, że “herbatę czarną, poproszę”, bo mleko i cukier dodawane są domyślnie, taki po prostu jest w tym kraju standard. I jak człowiek chce tę herbatę normalnie wypić, to kiper herbaciany kręci oczami i coś tam szepcze do siebie o dziwnych turystach… Na moje szczęście blondynce o skórze białej jak kość słoniowa wiele rzeczy uchodzi płazem w Azji Południowo-Wschodniej i to też przechodziło. Po jakimś czasie sama się do takiego sposobu picia herbaty przekonałam i spróbowałam. Było trochę jak w książce dr. Seussa “Green Eggs and Ham” – nie chciałam, a potem spróbowałam i pokochałam! Boss przestał patrzeć na mnie spode łba, od kiedy zaczęłam zamawiać normalną teh tarik, tylko w Polsce dochodziło do “nieporozumień”. 

W swojej osobliwości nie jestem bynajmniej wyjątkowa. Któregoś razu zapytałam koleżanki z klubu o ich smaki nabyte i komentarzom nie było końca. W tym felietonie postaram się przedstawić, co je gastronomicznie dziwiło i co stało się całkowicie normalne, bo pokochały to jak swoje. 

Nati Ishigaki, która swego czasu zamieniła Pyrlandię na Kraj Kwitnącej Wiśni, tak wspomina swoje przygody z ryżem: 

“Pamiętacie te potrawy, których jako dziecko nie chcieliście tknąć? Dla mnie jedną z nich był ryż, ten biały w saszetce, marki Uncle Ben’s. Moja babcia nieczęsto gotowała ryż na obiad, jesteśmy Poznaniakami, więc królowały ziemniaki, ewentualnie makaron. Ale jeśli już ryż pojawiał się na stole to plułam i wybrzydzałam.

Oczywiście wtedy nie miałam pojęcia, jak w ogóle smakuje dobry ryż. Przed przeprowadzką do Azji wiedziałam, że je się go tutaj trzy razy dziennie. Dla Japończyków ryż jest wręcz święty! Na szczęście okazało się, że japoński czy koreański ryż całkowicie różni się od tego polskiego dziwactwa w plastiku.

To bogactwo azjatyckiej kuchni myje się co najmniej trzy razy, a potem gotuje do perfekcji w ryżowarze. Ów smakołyk ląduje na stole podany solo, z przystawkami, zupą czy głównym daniem, na śniadanie, obiad i kolację. Miękki jak podusia, stał się niezbędnym elementem w mojej kuchni. I choć dotąd nie potrafię jeść ryżu na śniadanie, to podaję go do co najmniej jednego posiłku. Zresztą trudno tego nie robić, skoro mąż i dzieci nie chcą jeść niczego innego.” 

Mój amerykański mąż do tej pory nazywa Polskę krajem ziemniaka,

więc wydawałoby się, że do tego warzywa Polek i Polaków przekonywać nie trzeba. A jednak, Dominika Małyska udowadnia, że w Meksyku miłość do pyry osiągnęła jeszcze wyższy stopień zaawansowania! Dominika wspomina również o fasoli i limonce dodawanych do wszelakich potraw. Zdaniem tubylców jest świetnym połączeniem, ale sprawdźcie sami i oceńcie dziwolągi znad Zatoki Meksykańskiej. 

“Wbrew pozorom, meksykańska kuchnia to nie tylko tacos i pikantne jedzenie. Kiedy na początku pobytu na emigracji moja meksykańska teściowa zaprosiła mnie na obiad, zaskoczyły mnie trzy rzeczy. Po pierwsze: podawanie purée ziemniaczanego w towarzystwie ryżu albo makaronu z serem i mięsa. W Polsce przywykłam do jednego rodzaju dodatku, kotleta albo je się z ziemniakami, albo ryżem, albo makaronem, ale nie wszystkim na raz. Po drugie: dodawanie frijoles, czyli czarnej fasoli, do niemalże wszystkiego: zupy, jajecznicy, zestawów obiadowych… Podobnie ma się rzecz z limonką, a w niektórych przypadkach także z pikantnymi sosami. Po trzecie: dodawanie suszonych płatków chili do surowych owoców, takich jak np. mango. Dzisiaj sama się śmieję, że miarą mojej “meksykanizacji” jest sposób przyrządzania posiłków, do którego przywykłam na emigracji. Tacos czy rosół bez limonki nie smakują mi już tak dobrze, a makaron z purée ziemniaczanym uważam za naprawdę pyszny.”

Do cytrusów w kuchni musiała przekonać się również Magdalena Karhan,

kiedy jej stopy stanęły na tureckiej ziemi, a usta rozsmakowały się w tamtejszej kuchni. Z początku podchodziła do tego zwyczaju z rezerwą. Teraz sama czuje nierozerwalną więź z kwaśną nutą soku cytrynowego dodawanego po prostu do wszystkiego! 

“Cytrynę jeszcze kilka lat temu kupowałam raz na jakiś czas, na sztuki. W sezonie letnim dodana do zimnej wody pomagała gasić pragnienie. W zimowe wieczory wraz z gorąca herbatą z miodem doskonale chroniła przed przeziębieniem. Nie przychodziło mi do głowy, że cytryna może mieć dziesiątki innych zastosowań w kuchni! W Turcji, gdzie obecnie mieszkam, skrapia się nią nie tylko sałatki ze świeżych warzyw, ale również wyciska się ją do różnych zup (zarówno warzywnych jak i mięsnych). Polewa się nią wegańskie kotleciki z kaszy bulgur lub turecki rodzaj cienkiej pizzy z mięsem mielonym w sosie pomidorowym.

Można też zwyczajnie dodać ją do oliwy z oliwek w której macza się chleb. Choć na początku wydawało mi się to dziwne, cieszę się, że nie bałam się spróbować, bo dziś cytryna jest dla mnie produktem pierwszej potrzeby i nie wyobrażam sobie dnia bez niej. Dodatkowo cieszy mnie bardzo, że mogę się w nią zaopatrzyć prosto od uprawiających ją rolników.”

Jedna rzecz to przekonać się do osobliwego połączenia smaków, każdy z nas przecież kiedyś po raz pierwszy spróbował np. słonego karmelu, ale zajadać się czymś, co po prostu śmierdzi? Clou tkwi jednak w pytaniu, co komu śmierdzi. Nam, Polkom, apetycznie pachnie świeżo otwarty słoik kiszonej kapusty, we Francji zachwyca zapach dojrzałego sera pleśniowego.

Na Tajwanie intensywna woń sfermentowanego tofu zaprasza nas na kolacje.

Chociaż dla mnie to tofu jest bardziej fuu, podobno smakuje niebiańsko! Więcej opowiada o nim Dorota Chen-Wernik.

“Co to za smród – zastanawiałam się, idąc małą uliczką w stolicy Tajwanu, Tajpej, i przyspieszyłam kroku, zakrywając nos i usta. Na następnej uliczce to samo – smród mokrych brudnych skarpetek był nie do zniesienia. Czy to tajwański zwyczaj, by rozrzucać na ulicy śmierdzące skarpetki? Moja znajoma Tajwanka wyprowadziła mnie z błędu. To tylko śmierdzące tofu – powiedziała. To się je?! Nie mogłam uwierzyć, że ktoś z własnej, nieprzymuszonej woli będzie jeść coś, co tak cuchnie.

Jednak znajoma miała dar przekonywania i już po chwili siedziałyśmy na plastikowych stołeczkach z pudełkiem śmierdzącego tofu przed nami. W pudełeczku, poza jasnobrązowymi kawałkami tofu, była też biała kapusta wyglądająca na kiszoną i to od niej zaczęłam próbować tego dania. Kapusta okazała się pyszna, więc może tofu też nie będzie takie złe, pomyślałam, kiedy mój nos przyzwyczaił się już do smrodu. Sięgnęłam pałeczkami po mały kawałeczek tofu i zakrywając nos– spróbowałam. Co za pyszności! Raj w gębie! Dlaczego wcześniej nikt mi nie powiedział, że śmierdzące tofu jest tak dobre?

Od tego dnia minęło prawie trzydzieści lat, śmierdzące tofu na stałe weszło do mojego jadłospisu. Nie przyrządzam go w domu, bo sąsiedzi chyba nie byliby zadowoleni, ale jak tylko jestem na targu czy też nocnym bazarze, to zamawiam dla siebie dużą porcję.”

Im dalej od domu, tym bardziej odległa i kultura i kuchnia, chociaż nawet kraje stosunkowo bliskie mogą nas bardzo kulinarnie zaskoczyć! Dlatego na koniec przybliżę wam refleksje Honoraty z flamandzkiej części Belgii i jej powolnego przekonywania się do małży.

“Moja miłość rozpoczęła się nieśmiało, jednym kęsem z czyjegoś talerza… a właściwie garnka.

Mowa tutaj o miłości do małży, fachowo znanych w języku polskim jako omułki jadalne. Małże (po niderlandzku mosselen) w Belgii podaje się w specjalnych garnkach, w których wcześniej były gotowane. Ich spożywanie z czasem stało się dla mnie ogromną przyjemnością, jak i doświadczeniem. W Belgii małże podawane są z frytkami oczywiście i czasami dodatkowo z surówką. Najlepiej smakują w sympatycznym towarzystwie. Mieszkając w Polsce, nigdy nie miałam możliwości spróbowania tego specjału. Zresztą wiele lat temu w mojej małej miejscowości nie było nawet do nich dostępu. A tutaj, w kraju leżącym nad Morzem Północnym, mam dostęp w sezonie do świeżych małży zarówno w supermarkecie, jak i na lokalnym bazarze.”

W ogromnej większości za nasze upodobania odpowiada środowisko, w którym się wychowałyśmy, i tak jednym coś pachnie, a innym śmierdzi i co jednemu chwastem, innemu rarytasem. Doświadczając kultury nowego miejsca, często możemy się zdziwić, kiedy weryfikujemy nasze przyzwyczajenia i przesiąkamy nowymi smakami, dlatego bardzo zachęcam do poznawania nowych miejsc dosłownie od kuchni!

Od kilku lat mieszkamy w Polsce i mój amerykański mąż już prawie się ty zaaklimatyzował. Pisząc ten felieton, zapytałam go, jakie z pozoru dziwne smaki pokochał w Polsce. Bez chwili zastanowienia odparował: śledzie na słodko albo w śmietanie. 

Zebrała i opracowała: Ola Sawicka

Autorki:

Nati Ishigaki, Japonia

Dominika Małyska, Meksyk

Magdalena Karhan, Turcja

Dorota Chen-Wernik, Tajwan

Honorata Demczuk, Belgia

5 2 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze