FELIETONY

Kończą się kolejne zajęcia. Uczestnicy wysypują się z sal, a korytarz wypełnia się podekscytowanymi rozmowami w różnych językach. Dzisiaj wyjątkowo uważniej obserwuję kolegów i koleżanki z grupy. Może dlatego, że podczas zajęć zamiast słuchać prowadzącej, słuchałam wykładu z LinkedIn o sieci znajomości i jak ważne jest rozważne jej budowanie ze względu na możliwości późniejszego zatrudnienia.

W mojej grupie jest tyle ciekawych osób! Oj, bardzo ciekawych. Przyjechali z najróżniejszych zakątków świata, nie jedno przeżyli. Gdy przedstawialiśmy się podczas pierwszych zajęć, słuchałam ich uważnie, a szczękę z wrażenia zbierałam z podłogi nie raz. Tyle osób, tyle ciekawych osób… a ja przemykam między nimi, starając się być niezauważoną. W drodze z klasy do samochodu myślę w kółko: „Byle nikt nie zagadał. Byle nikt do mnie nie zagadał.” Głowa w dół i przyspieszonym krokiem zbiegam z drugiego piętra. 

Myślę, że gdybym została w Polsce, byłoby inaczej. W Polsce miałam już zbudowaną sieć: tę profesjonalną, jak i po prostu osób, które znałam i lubiłam z nimi spędzać czas. W Polsce miałam znajomych. Nawiązałam te znajomości albo zanim straciłam umiejętność nawiązywania nowych, albo dzięki osobom, które poznałam wcześniej. Ale nie jestem w Polsce.

To ciekawe i przerażajace, jak jedno zdarzenie potrafi nas zmienić.

Kiedyś lubiłam być zauważana. Uwielbiałam zawierać nowe znajomości. Uśmiechałam się do ludzi na ulicy, rozmawiałam z nieznajomymi, wszystko było łatwiejsze. Teraz tylko Instagram to miejsce, w którym pokazuję więcej. Tylko tam i też tylko do momentu, gdy czuję, że za dużo nie zdradzam, bo co jeśli on widzi? Co jeśli wróci, tak jak mówił?

Teraz unikam ludzi, patrzę pod nogi lub jestem skupiona na celu, gdy dokądś idę. Staram się mieć zmienny grafik, by nie być przewidywalną. Nie lubię, gdy ludzie na mnie patrzą, gdy mam coś powiedzieć publicznie. Czuję się, jakby ich spojrzenia były fizycznym dotykiem, a raczej szturchnięciem. To boli. Tak bardzo boli. Nie chcę, żeby bolało. Chcę czuć szczęście bez strachu. Chcę, wracając z zajęć, przystanąć wśród osób, z którymi się uczę. Chcę stanąć pod nocnym niebem i wypatrywać spadających gwiazd. Chcę nocą lub chociaż w dzień spacerować sama bez sprawdzania, czy ktoś za mną nie idzie, czy klucze mam pod ręką, czy jestem bezpieczna… chcę nie bać się być sama, nie bać się podróżować, wyjść do sklepu, przejść z samochodu do domu.

To już prawie siedem lat. Przez prawie sześć bałam się poprosić o pomoc.

Poprosiłam, gdy poczułam, że nie mam już siły. Byłam zmęczona tą ciągłą, codzienną walką. Psychicznie wymęczona nie miałam sił na nic. Strach, niepewność, złość, bezradność… wszystko się we mnie mieszało. Nawet czuły dotyk bliskich zaczął boleć. Gdy poczułam, że chcę umrzeć, gdy napisałam pożegnalny list, przyszła chwila przebłysku, że moi bliscy nie zasługują, by poczuć się winni. Przyszła myśl, że jeśli to zrobię, fala zła tamtej nocy będzie rosła, że tego zła będzie coraz więcej, bo to, że skrzywdzono mnie, a ja od tego nieudolnie uciekam, skrzywdzi tych, których kocham, a przecież ich winy w tym nie było, nie ma i nigdy nie będzie. Nawet mojej winy w tym nie było.

Przecież ja nic złego nie zrobiłam. Miałam wtedy na sobie jeansy i koszulkę, normalnie rozmawiałam, z nikim nie flirtowałam, a nawet jeśli, to i tak nie miał prawa. Nie miał prawa mi wtedy czegoś dosypać, to był mój drink. Nie miał prawa mnie wtedy dotknąć. Wiedział, że jestem zauroczona jego przyjacielem. Nie miał prawa mi zrobić tego, co wtedy zrobił. Jednak zrobił. A ja nie pamiętam dokładnie, co się wydarzyło. Aż boję się myśleć w jakim byłabym stanie, gdybym pamiętała każdy dotyk, oddech, ruch… boję się o tym myśleć. Przez wiele dni, tygodni i miesięcy po tym mnie zastraszał. To siedzi wciąż w mojej głowie…

Dlatego poprosiłam o pomoc.

Od ręki zapisano mi lekarstwa na sen i jeszcze garść innych. Okropnie bolało, gdy musiałam powiedzieć mężowi, że nie chcę żyć, ale wciąż go kocham. Musiałam mu powiedzieć… Wspólnie płakaliśmy. Chociaż wiedział, co się stało wiele lat temu i jak trudno mi w niektórych sytuacjach, nie podejrzewał, że mogę być szczęśliwa i nieszczęśliwa równocześnie. Zapisałam się też na terapię. I to pomogło. Bardzo. Ale praca wciąż trwa. To długa droga. Nie jestem już dla siebie zagrożeniem, ale wciąż nie odzywam się do innych, nie szukam znajomych, wręcz boję się nowych znajomości. I martwi mnie, że pracę dostaje się głównie dzięki poleceniu, bo kto ma mnie polecić w nowym kraju, skoro nikt mnie nie zna?

I to nieprawda, że co cię nie zabije, to cię wzmocni.

4.5 4 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Anna
Anna
13 dni temu

Droga Polko, jesteś silna, bo o tym powiedziałaś i walczysz o siebie. Brawo! I jesteśmy z tobą – pamiętaj, że zawsze masz wsparcie innych Polek. ❤️