FELIETONYniebieskie oczy

Zobaczyłam te niebieskie oczy w sklepie ogrodniczo-budowlanym i od razu pomyślałam, że mnie śledzą. 

W czasach pandemii to nie twarz, ale właśnie oczy stały się naszą wizytówką, jeszcze bardziej wnikliwym zwierciadłem duszy. Maski zasłaniają usta, nosy i kształty twarzy, ale nie robią tego oczom. Oczy nie mają taryfy ulgowo-maskowej. Cały czas muszą mieć się na baczności. Muszą kierować ciało, wysyłać nieustannie neuroinformacje do mózgu, który mówi naszym kończynom, w którą stronę mają podążać. Bo jak to tak bez oczu iść i nie widzieć, i wejść w słup, i jechać do szpitala ze wstrząsem mózgu?

No więc oczy. Niebieskie, pod kolor maski.

Poczułam je na sobie z drugiego końca alejki, ale zamiast się na nich skupiać, skręciłam w prawo. Po prawej był dział z ziemią i sadzonkami. Potrzebowałam worek ziemi, aby zasadzić zaszczepki, które sprezentowała mi koleżanka z pracy. Ziemia do róż, ziemia do hortensji, ziemia do sadzonek, ziemia kompostowa, ziemia do roślin doniczkowych. Chwyciłam dziesięciolitrowy worek tej ostatniej i cofnęłam się do punktu wyjścia. Do alejki z reprezentatywnymi palmami i fikusami, i wielką niewiadomą, czy nadal będą tak okazale wyglądać, jeśli się je kupi i postawi w kącie. Szłam dalej, mijając działy: śrubokrętowy, malarski… z zamaskowanymi klientami czasów pandemii, wśród których zza regału wychyliły się niebieskie oczy. 

– Cześć – powiedziały w przelocie, a ja skręciłam w prawo, kierując się z powrotem w stronę działu malarskiego. Potrzebowałam jeszcze turkusowej farby akrylowej.

Ale to „cześć” nie było przypadkowe. To był klarowny sygnał, wysłany do mnie przez niebieskie oczy pod kolor maski. Powędrował za mną, aż do działu malarskiego, w którym, jak się okazało, wszystkie tubki z turkusową farbą akrylową były na chwilę obecną wyprzedane.

Ruszyłam z powrotem, mijając alejki, klientów i kolejne działy, a za mną wciąż wędrowało tajemnicze, niebieskookie „cześć”.

Rozejrzałam się dookoła, ale niebieskich oczu nie było w zasięgu mojego wzroku. Umysł, mój wierny przyjaciel, zaczął monolog. Najpierw powiedział: „kurczę”, a potem już się rozlało: „Co to za typ? Będzie chciał zagadać? Będzie chciał numer? Zdesperowany? Czego będzie chciał?”.

Stanęłam na końcu kolejki do kasy, trzymając za uchwyt dziesięciolitrowy worek ziemi doniczkowej. Odwróciłam się, spoglądając na pandemicznych klientów, którzy niczym statyści przemykali między działami, ale wśród nich nie było pary głównych bohaterów – pary niebieskich oczu. Odwróciłam głowę w stronę kasy. Cały czas byłam ostatnia w kolejce. „Nie będę się już odwracać. Może zajdzie mnie od tyłu?” – pomyślałam, odwracając się po raz kolejny. 

Wyszłam ze sklepu, kierując się w stronę przystanku. Trudno, przepadło, nie dowiem się. Jakiś dziwny gość, może przegrał zakład i musi teraz obcym dziewczynom mówić cześć, a ja się tak przejmuję, nie ma czym.

– Przepraszam – usłyszałam za sobą głos, który w tym samym momencie zadźwięczał po mojej lewej stronie. Niebieskie oczy wyłoniły się jak spod ziemi, dorównując mi kroku. – Czy my się przypadkiem nie znamy?

Spojrzałam na niego pytająco i nic nie powiedziałam.

– Czy ty się kiedyś rekrutowałaś u nas? – niebieskie oczy nie dawały za wygraną.

Usłyszałam nazwę firmy i we wspomnieniach stanął mi czerwcowy poranek sprzed dwóch lat, siódma rano, ja po dwóch godzinach snu, jak przed większością rozmów kwalifikacyjnych.

Dwoje młodych mężczyzn: kierownik (ciemne oczy) i lider zespołu sprzedaży (niebieskie oczy). Rozmowa prowadzona bez masek, bo w tamtej rzeczywistości nikt jeszcze o maskach nie myślał. Dostałam tę pracę, ale zrezygnowałam, bo w międzyczasie otrzymałam w innym miejscu lepszą ofertę, a przynajmniej tak mi się wtedy wydawało i tyle mnie widzieli.

– Ojej przepraszam… – powiedziałam – przez te maski w ogóle nie poznaję ludzi. „Bez maski też bym cię już pewnie nie poznała” – pomyślałam.

– Nie szkodzi – odparły niebieskie oczy. – Co słychać?

– Wszystko dobrze. Ale nie jestem już w gastronomii. Inna branża… Sekretariat, administracja… A co u ciebie?

– Rozumiem. Tak jest bezpieczniej w dzisiejszych czasach. Ja dalej tam, gdzie byłem.

– Aha… – powiedziałam, w myślach przechodząc błyskawicznie przez wszystkie rozmowy kwalifikacyjne, lęki, niepewności i starania o pracę, które wydarzyły się jeszcze od czasu, kiedy spotkaliśmy się na tamtej rozmowie kwalifikacyjnej. Ucieszyłam się w duchu, że na ten moment moje życie zawodowe się ustabilizowało i że jestem z niego zadowolona. – Ale tak, pamiętam cię – dodałam – Giulio?

Kiwnął głową.

Życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego. I może nawet czegoś jeszcze, ale już nie pamiętam. – Karolina, tak? – powiedział mi na pożegnanie, a ja ze zdumienia przytaknęłam. Jak to możliwe, że po tak długim czasie wciąż pamiętamy nasze imiona?

Pisanie jest jak świadome śnienie.

W tej sekundzie jestem wszechmocna i mogłabym w tym tekście zrobić z Giuliem, co mi się podoba: pójść na randkę lub kolejną rozmowę kwalifikacyjną albo oskarżyć o szpiegostwo. Ale wtedy ruszyłam na przystanek, na tramwaj, który za chwilę miał pojechać w tę samą stronę, w którą właśnie odchodził Giulio. Przechodząc przez ulicę, patrzyłam, jak się oddala, patrzyłam, jak obraca się za siebie, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, jakby chciał o coś zapytać. Może o numer, a może o to, czy też mam dość tej deszczowej pogody. Naprawdę się obrócił. Ale to jakby i może, to już sama sobie wymyśliłam.

Imię bohatera zostało zmienione.

Karolina Duszka

5 6 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Sadeemka
4 miesięcy temu

Dawno nie czytałam tak przyjemnego stylowo tekstu!