Felietonysafari

W środowisku safari zdominowanym przez męskie ego nie jest łatwo przebić się kobiecie. W całej Tanzanii zaledwie kilkanaście kobiet pracuje jako pełnoprawne przewodniczki na najwyższym poziomie. A przecież kobiety są bardziej spostrzegawcze, lepiej rozwiązują konflikty, sprawniej znajdują rozwiązania problemów, mają więcej empatii wobec zwierząt i ludzi.

Na razie kobiety na safari to wyjątki od reguły.

Jak Angel Namshali, która urodziła się i wychowała u podnóża góry Kilimandżaro. Początkowo Angel zaczynała od sprzątania w obozie Dunia należącego do Asillii, jednego z wiodących touroperatorów w Tanzanii, ale wkrótce dostrzeżono jej talent i zapał, a jej kariera poszybowała w górę, od recepcjonistki do menadżerki. To drugie stanowisko piastuje od pięciu lat i przeciera szlaki dla koleżanek przewodniczek. 

Lub jak Aziza Mbwana. Jej imię oznacza w arabskimi i suahili „potężna i ukochana”. Obecnie jako prawa ręka głównego strażnika w &BEYOND Ngorongoro Crater Lodge jest pieszczotliwie nazywana „Mama Tembo” (tembo – słoń) nie tylko ze względu na jej imponującą wiedzę na temat tych zwierząt, ale także dlatego, że jest jedną z najbardziej szanowanych matriarchiń na czele światowej sławy stada przewodników &BEYOND.

W 2004 Aziza została pierwszą w historii kobietą przewodniczką zatrudnioną przez &BEYOND w Afryce Wschodniej i drugą przewodniczką w całej Tanzanii. W 2020 roku, po 19 latach pracy, została uznana za najlepszą przewodniczkę safari w konkursie Tanzania Tour Guide Awards, co było niesłychanie zasłużonym wyróżnieniem.

Historia Azizy działa na moją wyobraźnię.

Być może dlatego, że dorastała w doskonale mi znanej Tandze – regionie, w którym mieszkam. Gdy myślę o małej dziewczynce, która marzyła o dzikich zwierzętach, siedząc nad Oceanem Indyjskim, wiem, że gdy tylko pasja idzie w parze z ciężką pracą, można osiągnąć naprawdę wiele. 

Gdy pierwszy raz pojechałam na safari w Tanzanii w 2019 roku, do mojego ukochanego parku narodowego Mkomazi, który od tego czasu stał się dla mnie niemal drugim domem, miałam męskiego przewodnika. Pamiętam potworny zawód, gdy tenże przewodnik bał się grupy prawie osiemdziesięciu słoni, którą mieliśmy rzadkie szczęście spotkać. Nie chciał też wjeżdżać na mało przetarte szlaki z uwagi na dobro opon samochodowych. Nie widziałam pasji. Ale wiedziałam, że ja już nigdy nie będę taka sama. Że zawsze będzie mnie ciągnąć na sawannę. I że już nigdy nie chcę jechać na safari z chłopczykiem, który boi się własnego cienia.

Zaczęłam jeździć sama.

Na początku swoją niziutką, niepozorną Toyotą Harrier. W zeszłym roku w końcu dorobiłam się Land Cruiser’a. Krok po kroczku zaczęłam rozpoznawać ptaki, odgłosy. Moje oczy przyzwyczajały się do maskujących kolorów buszu i powolutku pozwalały mi na wyłapywanie kształtów i ruchu wśród surowej roślinności. Zaczęłam wyczuwać słonie węchem wcześniej, niż pozwalały je wypatrzeć oczy. Zaprzyjaźniłam się z parkowymi rangersami, którzy opowiadali historie i anegdotki. Ten dziwny świat natury stawał mi się coraz bliższy. Nadal gdy mówię, że jadę sama na safari, że sama prowadzę i szukam zwierząt, wiele osób ze zdziwieniem pyta: „Nie boisz się?”.

Szanuję naturę, mam przed nią respekt, ale strachu ani za grosz. Strach nie przynosi w życiu niczego wartościowego. Zwłaszcza kobietom. Zwłaszcza w zawodzie, w kraju, w którym kobiecie zawsze jest trudniej. Więc zamiast się bać, wsiadam w samochód i jadę się ze strachem zmierzyć. 

Organizuję i prowadzę safari tak, aby pokazać sawannę jako miejsce kojące i tulące, a nie straszne.

Natura powinna nas uspokajać, nie przerażać. Dlatego kocham Mkomazi National Park. Bo jestem tam zazwyczaj sama. Jest przestrzeń, cisza do zmierzenia się z własnymi emocjami, wątpliwościami, ograniczeniami. Busz może być wspaniałym terapeutą. 

Dagmara Ikiert

5 4 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Awatar użytkownika
Sadeemka
6 miesięcy temu

Piękna praca i pasja!