Emigracjawoman raising her hands while standing near glass wall

Odbudowanie kariery zawodowej na emigracji było jednym z największych wyzwań, z jakim przyszło mi się zmierzyć po przeprowadzce do Singapuru. Znalezienie szkoły, mieszkania, lekarza, fryzjera, pieczywa czy też pietruszki (która za granicą jest produktem niszowym) okazało się banalnie proste w porównaniu z poszukiwaniem pracy. 

Jak to się wszystko zaczęło?

Do Singapuru przeprowadziliśmy się za pracą męża, a także (żeby nie powiedzieć głównie) w pogoni za wieloletnim marzeniem o życiu w tropikach. Zdawaliśmy sobie sprawę, że ta decyzja pociągnie za sobą wiele konsekwencji, a nasze dotychczasowe, poukładane życie zostanie (przynajmniej na jakiś czas) zaburzone. Świadomie zdecydowałam się zrezygnować ze swojej kariery zawodowej i pomóc naszej rodzinie odnaleźć się w nowym miejscu. 

Emigracyjny miesiąc miodowy

Przez pierwsze miesiące życia na emigracji czułam się jak na wakacjach – ekscytowało mnie dosłownie wszystko. Wyjście na spacer wśród zielonej, tropikalnej roślinności, strojenie sali na Halloween w międzynarodowej szkole syna, nowe smaki, zapachy i kolejne plany podróżnicze. Kiedy skończył się przysłowiowy emigracyjny honeymoon przyszły myśli, co dalej ze mną. Wiedziałam, że podjęcie pracy zawodowej, wiązałoby się z wielką rewolucją rodzinną, bo nie chcieliśmy zatrudniać helper, a standardowe godziny pracy w Singapurze to 9-18. 

Złota klatka

Syn szybko zaadoptował się w nowej kulturze, szkole i zawiązał pierwsze międzynarodowe przyjaźnie. Mąż po początkowych stresach, przyzwyczaił się do nowego środowiska pracy, a ja nagle poczułam się jak uwięziona w „złotej klatce”. Bo choć z pozoru miałam wszystko, to wciąż jednak czegoś mi brakowało.

Przez pewien czas próbowałam poskromić swoje myśli i zrekompensować swoją chęć robienia czegoś „dla siebie” różnymi zajęciami dodatkowymi. W Singapurze żon/mężów, którzy wylądowali tutaj z uwagi na karierę drugiej połówki jest cała masa, to też wybór wolontariatów jest dość szeroki. Na chwilę to działało, aż przestałam się oszukiwać i przyznałam się przed sobą i rodziną, że chcę wrócić do pracy. Wtedy jednak nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że wypowiedzenie na głos, czego pragnę, a osiągnięcie tego, to dwie różne rzeczy.

Początki mojej walki o niezależność

Z pewną dozą ekscytacji wysyłałam dziesiątki, a może nawet setki CV, wypełniałam formularze rekrutacyjne i odpowiadałam na pytania o moją narodowość i wizę. Ta ostatnia okazała się moim największym przeciwnikiem w szukaniu pracy. Wtedy dopiero zrozumiałam, jak bardzo mój pobyt w tym kraju związany jest z pracą męża i że w oczach przyszłych pracodawców jestem tutaj na 2-3 letnim kontrakcie (bo to standard w przypadku wielu ekspatów), więc nie warto we mnie inwestować ani czasu, ani pieniędzy. Panuje również przeświadczenie, że żona/mąż ekspaty pracować nie musi, więc nie warto ich zatrudniać, bo motywacja do pracy będzie niewielka.

Ja wam wszystkim pokażę – powrót do nauki

Po kilku tygodniach bezskutecznych aplikacji o pracę, postanowiłam, że moje CV musi wyróżnić się „wśród tłumu”, bo inaczej telefon nigdy nie zadzwoni. W pierwszej kolejności podjęłam się międzynarodowej certyfikacji w dziedzinie, w której pracuję od ponad dziesięciu lat, a która kompletnie nie jest związana z moim wykształceniem. Certyfikat ten dość często pojawiał się w wymaganiach na stanowiska, na które aplikowałam, więc uznałam, że to jest coś, co może zaprocentować w przyszłości. 

Po kilku miesiącach intensywnej nauki, podszkoleniu słownictwa branżowego, podeszłam do czterogodzinnego egzaminu, który zdałam za pierwszym razem. To osiągnięcie niesamowicie podbudowało moją mocno już nadszarpniętą pewność siebie, wypełniło powiększającą się „dziurę” w CV i przygotowało do dalszej walki.

Podejście numer dwa – zmiana taktyki

Tym razem do tematu szukania pracy podeszłam trochę inaczej. „Lekko poprawiłam” swój profil na LinkedIn, skupiając się na osiągnięciach, a nie brakach w karierze zawodowej, w zrozumieniu czego pomógł mi career coach (nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi korzystać z takich usług). Z jego wsparciem poukładałam sobie w głowie, jakich umiejętności nabyłam w trakcie emigracji, a których nigdy bym nie zdobyła, mieszkając dalej w Polsce i zaczęłam budowanie swojego „networkingu” w Singapurze. To chyba najlepszy, żeby nie powiedzieć jedyny, sposób na szukanie pracy w tym mieście. 

Powoli zza chmur zaczyna wychodzić słońce 

Nie wiem czy to certyfikat, większa wiara w siebie, nowy plan działania, odrobina szczęścia czy też mieszanka tego wszystkiego, ale w końcu telefon zaczął dzwonić. Cały czas była to nie więcej niż jedna rozmowa kwalifikacyjna w tygodniu, ale zaczynałam widzieć jakikolwiek odzew, a to dawało wiarę, że może kiedyś się uda. I tak też się stało! Po kilku rozmowach dostałam ofertę pracy na ciekawym stanowisku, zaczynając oczywiście od terminowego kontraktu i wizy cały czas „podpiętej” pod wizę mojego męża.

Covid dał nam wszystkim w kość

Po niecałym miesiącu pracy w biurze, próbie poznania nowych kolegów, zrozumienia singapurskiego akcentu i zwyczajów wychodzenia na półtoragodzinne luncze na świecie wybuchła pandemia. Nakazano nam pracować z domu, wszystko odbywało się online, a moja „kariera” tak szybko jak się zaczęła, mogła też się skończyć. Oczywiście korporacyjne cięcie kosztów w firmie dotknęło i mnie, ale po kilkutygodniowej  niepewności zostałam przywrócona do pracy. W międzyczasie znalazłam pracę w Polsce i prawie pakowałam walizki. Wiedziałam, że drugi raz nie podejmę się szukania pracy na równiku.

Zawodowy rollercoaster  

W trakcie swojej czteroletniej „kariery na równiku” przeszłam przez cztery różne stanowiska, za każdym razem zarządzając inną częścią Azji Południowo-Wschodniej. Międzynarodowe kontakty, inna kultura pracy, nowe umiejętności i budowanie „siebie na nowo” dawały mi niesamowitą satysfakcję, ale były też okupione niemałym stresem. Firma trzykrotnie przedłużała mój kontrakt (choć większość osób od razu była zatrudniana na stałe). Wraz ze zmieniającym się prawem zatrudniania obcokrajowców, ewoluowała też moja wiza pracownicza, a każdej zmianie/przedłużeniu towarzyszył stres, czy zostanie ona w ogóle zaakceptowana. Po Covidzie limity zatrudniania obcokrajowców zostały jeszcze bardziej zacieśnione.

Na wszystko potrzeba czasu 

Ten ogrom wysiłku i wyboista droga, jaką przeszłam, została zauważona i w tym roku dostałam awans na stanowisko managerskie. Zarządzam czteroosobowym zespołem, a mój region obejmuje sporą część Azji i Pacyfiku. Tym samym doczekałam się „niezależnej od męża wizy” i porządnej umowy o pracę. Przez ten czas nauczyłam się pokory, cierpliwości i zrozumiałam, że w życiu nie ma rzeczy niemożliwych. Pytanie tylko ile wysiłku chcemy włożyć w ich osiągniecie i dlaczego w ogóle nam na tym zależy. Mam też świadomość, że bez wsparcia rodziny nie byłabym dzisiaj tu, gdzie jestem. To oni wielokrotnie dodawali otuchy, kiedy ja już traciłam wiarę w swoje możliwości.

Emigracja to wyboista droga

Życie na emigracji nie jest dla wszystkich – to trudna droga, która wymaga wielu wyrzeczeń. Większości z nich sama nie byłam świadoma, podejmując decyzję o wyjeździe. I choć czasem naprawdę bywało ciężko, to decyzji o przeprowadzce nigdy nie żałowaliśmy. To, czego nauczyliśmy się czy osiągnęliśmy w Singapurze jest niewspółmierne do tego, ile wysiłku nas to kosztowało.

Zdjęcia z podróży czy informacja o awansie na sociach mediach, to tylko “wisienka na torcie” wyboistej drogi, jakiej wielu z nas doświadcza na emigracji.

Ilona Smółka

5 6 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Urszula
Urszula
22 dni temu

Gratuluję Kochana Córko

Ilona
Ilona
21 dni temu
Odpowiedz  Urszula

Dziękuję, Mamo!
Nawet na taką odległość (dzieli nas 10tys. km) zawsze mogę liczyć na wsparcie swoich rodziców 😘

Magda
Magda
21 dni temu

Brawo za wytrwałość i za szczerość! Bardzo inspirująca historia.

Ilona
Ilona
21 dni temu
Odpowiedz  Magda

Dziękuję 🤩

Trochę czekałam na zdobycie się na tą szczerość, ale myślę że takie historie jak moja mogą podnieść kogoś na duchu!
A jeśli tym artykułem pomogę choć jednej osobie, to znak że było warto 🙂

Ilona