Dawać czy nie dawać

Dawać czy nie dawać

Niedawno odbył się kolejny finał Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Mnóstwo moich przyjaciół i znajomych brało udział w zbieraniu pieniędzy zarówno w Polsce, jak na świecie, ale słyszałam, że wiele osób miało i ciągle ma wątpliwości, czy jest sens dawać pieniądze, bo nie wierzą fundacjom dobroczynnym. Dlatego zdecydowałam się napisać o tym, jak to wygląda w Anglii, gdzie mieszkam i jaki wpływ takie organizacje miały na moje prywatne życie.

Miałam kiedyś synka, był taki kruchutki, malutki i niestety nie dane mu było dorosnąć.

Przez cały miesiąc patrzyłam jak cierpi i zanika przypięty do różnych maszyn i rurek. Dlatego dobrze rozumiem rodziców, których dzieci urodziły się za wcześnie lub są chore i spędzają czas w odstraszających inkubatorach. Mój synek nie urodził się w Polsce, nie korzystał z urządzeń zakupionych przez WOŚP, ale inna charytatywna organizacja – Ronald McDonald’s House – przyniosła nam dużo wsparcia i pomocy. Dzięki niej mogliśmy być blisko naszego dziecka 24 godziny na dobę, mieliśmy zapewniony nocleg i wyżywienie, mieliśmy pomoc tłumacza, bo wtedy nasz angielski był bardzo słaby, mieliśmy wsparcie psychologa, opłacony transport, a gdy już stało się najgorsze, to właśnie ta agencja zorganizowała i opłaciła pogrzeb. 

Anglia jest bogatszym krajem niż Polska

W zasadzie nie brakuje tu pieniędzy na zakup sprzętu medycznego, jednak i tutaj są instytucje charytatywne pomagające szpitalom i klinikom medycznym. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że prawie każdy mieszkaniec tego kraju w mniejszym lub większym stopniu na jakimś etapie swojego życia był zaangażowany w akcję o charakterze dobroczynnym. Od dziecka bierze się udział w festynach zbierających pieniądze na szkoły. Ludzie uczestniczą  w różnego rodzaju wyścigach sportowych, np. moja serdeczna koleżanka co tydzień biega dla Macmillan Cancer Support, a druga dla Cancer Research – to dwie fundacje zbierające fundusze na badania nad rakiem. Ludzie z podobnych pobudek biorą udział przebrani w różne stroje w Maratonie Londyńskim lub biorą udział w rajdzie rowerowym z Brighton do Londynu na rzecz British Heart Foundation albo wspinają się na wysokie góry. W niektóre imprezy zaangażowane jest całe państwo, np. w organizowaną przez telewizję państwową imprezę Children in Need (Dzieci w potrzebie). Słynny, niestety nieżyjący już celebryta brytyjski Terry Wogan poświęcił tej imprezie całe swoje życie i przez 35 lat był jej prezenterem. Maskotką wydarzenia jest żółty miś Pudsey z opatrunkiem na oku, a piosenki znanych na świecie artystów stają się danego roku hymnami, np. Katie Melua “Fields of Gold”, Jessiego Glunne “Take me home” itd. 

Anglia zbiera pieniądze nie tylko na potrzebujących we własnym kraju.

Gdy panował głód w Etiopii w 1985 roku, scenarzysta Richard Curtis i komik Lenny Henry założyli organizację Comic Relief, która od tamtego czasu co roku zbiera i wysyła do Afryki kilkadziesiąt milionów funtów. W 2011 póki co zebrano najwięcej bo aż 108 436 277 funtów. Najsłynniejszą ich imprezą jest organizowany zawsze w marcu Red Nose Day (dzień czerwonego nosa). Śmieszne czerwone nosy można kupić w każdym sklepie już z miesięcznym wyprzedzeniem. Dzięki tym ludziom w Afryce powstają szkoły, szpitale, a coraz mniej głodnych dzieci chodzi po ulicach. Na pewno wszyscy kojarzą piosenkę świąteczną graną co roku, przez każdą stację radiową: “Do they know it’s Christmas”. Nagrano ją z inicjatywy Boba Geldofa, któremu udało się namówić do napisania muzyki Midge’a Ure z grupy Ultravox. Geldof zgromadził w jednym studiu największe gwiazdy sceny brytyjskiej. Band Aid tworzyli: Bono, Phil Collins, Bananarama, Boy George, Sting, Duran Duran i wielu wielu innych. Bob obiecał, że każdy pens pójdzie na cele dobroczynne i wezwał ówczesną premier Margaret Thatcher do zwolnienia sprzedanych płyt od podatku vat. Widząc jakim poparciem społecznym cieszy się cały projekt, rząd brytyjski zgodził się na te warunki. To nagranie rozpoczęło nową erę w działalności dobroczynnej. Zdano sobie sprawę, jaką siłę stanowią celebryci. W ślad za nimi poszli kolejni. Sam Bob powtórzył to przedsięwzięcie kilkakrotnie.

Pisząc o organizacjach charytatywnych w Wielkiej Brytanii, muszę wspomnieć o dwóch niesamowitych instytucjach, które już od ponad wieku ratują od upadku dziedzictwo narodowe, np. zabytkowe dworki, zamki, ruiny, opactwa, pałace ogrody, cmentarze, pomniki, muzea, domy słynnych, nieżyjących już osób. Są to National Trust i English Heritage. Wielu magnatów zapisało im swoje posiadłości w spadku, wiedząc, że nikt inny nie zajmie się lepiej ich domami i dobytkiem. Do National Trust należą domy m.in Churchilla, Kiplinga, Agaty Christie, Beatrix Potter, która nota bene była jedną z fundatorek przedsięwzięcia. Dzięki tym organizacjom możemy odwiedzać te miejsca i je podziwiać.

Zaczęłam ten tekst prywatnym wspomnieniem o moim synku.

Zrobiłam to dlatego, by pokazać jak ważna jest działalność organizacji dobroczynnych dla każdego człowieka, ale także dlatego byśmy zrozumieli, że nie wiemy, co może się w naszym życiu wydarzyć, nie wiemy, czy sami któregoś dnia nie będziemy potrzebowali pomocy. Wtedy takie organizacje mogą być dla nas jedyną deską ratunku. Oczywiście nie życzę nikomu, by kiedykolwiek potrzebował ich wsparcia, ale mam nadzieję, że nawet bez osobistych złych doświadczeń pomyślimy o innych i od czasu do czasu wspomożemy przysłowiową złotówką.
Na zakończenie muszę jeszcze wspomnieć o nadużyciach. Zdarzają się takie i na angielskiej ziemi, co zdecydowanie podważa wiarygodność tych, którzy naprawdę pomagają. Ale chcę wierzyć, że dobrych ludzi na świecie jest jednak więcej.

Dee Łukasik

Dee Łukasik

Autorka tekstów

Dee, gdy przyjechała do Anglii w 1998 r., była Dorotą, a teraz prawie nikt jej już tak nie nazywa.  Przez pierwsze 4 lata odkrywała Londyn. Później przeniosła się na angielską prowincję, a obecnie mieszka w stolicy hrabstwa Kent, Maidstone, gdzie jej ulubionym zajęciem jest włóczenie się po okolicy z aparatem i psem. Uwielbia odkrywać małe miasteczka, a później opisywać je na swoim blogu. Przez 12 lat pracowała jako managerka restauracji, więc o jedzeniu wie bardzo dużo. Podróże, fotografia, kawa i książki to są jej największe pasje, które często łączy w jedno,, choćby podążając po świecie śladami Hemingwaya. Maluje meble, zgłębia historię Słowian i Celtów oraz ogląda europejskie kino. Ma dwójkę lekko zwariowanych nastolatków, kochającego męża, który jest również jej najlepszym przyjacielem i golden retrievera o usposobieniu kota. Razem z nimi zwiedza świat, odwiedzili już ponad 40 krajów (pies trochę mniej), a w planach mają kolejne podbicia. Marzy, by kiedyś napisać książkę, jej głowa jest zawsze pełna pomysłów.
Blog: Małe miasteczko Dee

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
Powiadom o