FelietonyByć czy mieć

To pytanie przewijało się w moim życiu kilkukrotnie. Zapytana o to bez wahania zawsze odpowiadałam, że oczywiście być, po czym dalej wiodłam życie oparte na konsumpcjonizmie. Bez żadnej głębszej refleksji, wracałam do tego, co znane.

Podświadomość, a może instynkt, podpowiada nam, by skupiać się na być, podczas gdy robimy wszystko by mieć.

Nigdy nie miałam w zwyczaju robić noworocznych postanowień. Nie uważam też, że aby zmienić coś w życiu, należy czekać na specjalną datę. Kiedy więc rok temu przyszło mi do głowy moje postanowienie noworoczne, nie wyobrażałam sobie nawet, jak bardzo odmieni to moje życie. Nie byłam nawet pewna, czy uda mi się w nim wytrwać, mimo wszystko spróbowałam.

Na pohybel komercjalizacji

Na początku zeszłego roku, nie, to nie był pierwszy stycznia, w mojej głowie zrodził się pomysł, by podczas zakupów unikać wielkich koncernów, znanych sieciówek i tych wszystkich molochów, które zgarniają miliony. Bo czyż nie lepiej kupić roti z domowym curry niż burgera z amerykańskiej sieci? Czy nie lepiej, by zarobiła mała rodzinna firma niż wielka korporacja? Kto i kiedy zdecydował, że torebka z logo znanej marki jest wartościowa i luksusowa, a tej zrobionej przez kaletnika nie należy się podziw?

Dzięki tej niewielkiej zmianie poznałam miejsca i ludzi, do których normalnie nigdy bym nie trafiła. Mała rodzinna kawiarnia oferująca wypieki bez cukru? Gospodarstwo rolne z własnymi przetworami? Ludzie, którzy przygotowują potrawy we własnej kuchni, aby później sprzedawać je na ulicach? To tylko kilka z moich odkryć, wszystkie pyszne i autentyczne. Ale to, co uważam za największą zaletę, to życie w społeczności. Nie ma takiego warzywniaka w okolicy, w którym nie znałabym imienia sprzedawcy. Teraz czuję, że jestem. Jestem mieszkanką mojego miasteczka, jestem bywalczynią lokalnych sklepów, jestem wsparciem dla małych przedsiębiorców.

Już nie jestem jedyna

Choć początki były trudne, bo znalezienie odpowiednich towarów trochę trwało, cieszę się że się nie poddałam. Ku memu wielkiemu zdziwieniu, eksperyment ten okazał się wyjątkowo dobrze działać na moją psychikę. Uwolniona od promocji, reklam a co za tym idzie chęci posiadania, stałam się szczęśliwsza, wolna. Moje życie płynie powoli, a ja już nie zauważam, gdy ktoś ma więcej ode mnie. 

Kilka tygodni temu, w odpowiedzi na sytuację między Izraelem a Palestyną, na świecie rozpoczął się bojkot wielu produktów, głównie produkowanych przez firmy, które ten konflikt sponsorują. W moim otoczeniu do akcji przyłączył się prawie każdy. Nie jestem więc już jedyna i co więcej, występuję w roli przewodniczki, która już doskonale zna wszystkie zamienniki i każdy mały sklep warty odwiedzenia. Sytuacja ta pozwoliła wielu osobom zauważyć, jak bardzo nasz świat jest zdominowany przez koncerny. 

Za dużo tego wszystkiego

Kiedy rozglądam się po domu i widzę to, co posiadam, oczywistym wydaje się fakt, że mam już wszystko. Owszem, czasem korci, by coś kupić, widzę coś pięknego na witrynie sklepowej i wtedy w mojej głowie powraca to pytanie: być czy mieć. I właśnie ono jest otrzeźwieniem: niczego więcej nie muszę posiadać. Bo jestem szczęśliwa, jestem w zgodzie z samą sobą.

Paula Raheem

5 2 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze