FelietonyLondyn

1 maja 2004 Polska dołącza do Unii Europejskiej. Nareszcie. Koniec z granicami, przeszkodami.

Za dwa lata kończę studia.

Będę chciała wyjechać. Wiem to doskonale. Erasmus jeszcze raczkuje, można się ubiegać o jedno miejsce na cały rocznik, a konkurencja jest ogromna. Nie udaje mi się dostać tego miejsca. Pracuję w niepełnym wymiarze godzin w korpo, brakuje mi studenckiej wolności. Znam osoby, które już wyjeżdżały, wracały po dwóch-trzech latach pełne niezapomnianych doświadczeń i wspomnień.

Znam płynnie francuski, bardzo dobrze angielski. Kończę anglistykę. Marzę o Francji, ale to Wielka Brytania otwiera dla Polaków granice. Francja zapowiada dostęp do swojego rynku dopiero od 2008 roku. Zatem wybór pada na Londyn. Mityczny Londyn ze swoją królową i wiecznym (to się jeszcze okaże) deszczem. 

Wyjeżdżam do Londynu dwukrotnie.

Najpierw miało być na dwa-trzy lata. Pracuję jako project manager w niewielkiej firmie informatycznej. Kosztuje mnie to zdrowie. Nie jestem odporna na stres. Zupełnie. Po trzech latach kompletnie wyczerpana, z pokaźnymi oszczędnościami na koncie, wracam do Polski. Przez rok leżę na kanapie i czytam niemal wszystko, co ma do zaoferowania lokalna biblioteka. Na własnej kanapie, bo dzięki pracy w Londynie kupiłam sobie w Warszawie (na kredyt na 30 lat) kawalerkę.

Otwieram działalność gospodarczą. Tłumaczenia, prowadzę zajęcia językowe. Ale nie potrafię się odnaleźć w polskiej rzeczywistości. W Londynie każdy urzędnik, każda pani na poczcie są przyjaźni i uprzejmi. Jasne, to podobno nie jest szczere, ale jednak tego rodzaju pozory sprawiają, że życie jest sympatyczne i przyjemne. Po roku w Polsce, gdy trzeba zapłacić ZUS (chociaż najpierw były obniżone stawki), podatki od wystawionych faktur (a nie zapłaconych) – mam dość. 

Wyjeżdżam do Londynu po raz kolejny.

Ale Londyn jest już nieco inny. W międzyczasie przeszedł kryzys (ten z upadkiem Lehman Brothers) i pracy jest sporo mniej. Udaje mi się w ciągu pięciu tygodni otrzymać dwie oferty pracy. W knajpie do “zawijania sushi” i w studiach fotograficznych we wschodnim Londynie. Wybieram to drugie. Dostaję najniższą dozwoloną krajową stawkę, dzięki temu już za 900 funtów miesięcznie mogę wynająć pokój w czteropokojowym mieszkaniu.

Mieszkam na początku z Irlandczykiem, parą Hiszpanów, Australijką, która wkrótce zostanie zastąpiona przez moją znajomą Polkę. Uczę się oszczędzać; komponować posiłki i funkcjonować za maksymalnie dziesięć funtów dziennie. Rezygnuję z biletu miesięcznego na metro na rzecz starego holenderskiego roweru. Dojeżdżam codziennie do pracy jedenaście mil (ok. czternaście km) w jedną stronę.

Czego się uczę? Wreszcie poznaję topografię miasta. Skleja mi się obraz Londynu, którego właściwie nie znałam, podróżując wyłącznie metrem. Czas dojazdu metrem czy rowerem wynosi tyle samo. Czy w Londynie zawsze leje? Otóż nie. Podczas osiemnastu miesięcy codziennego dojeżdżania do pracy zmokłam dwa razy. Owszem, w międzyczasie była mżawka czy przelotne deszcze w ciągu dnia. Ale jakoś tak wypadało, że w momencie mojego dojazdu do domu czy do pracy nie padało.

Pokochałam Londyn. 

W pracy we wschodnim Londynie po około sześciu miesiącach zaczynam powoli rozumieć ten arcytrudny lokalny akcent (cockney). Ale i tak, jak koledzy nie chcą, by ich rozumieć, to nie zrozumiem! Poznaję Brick Lane. Magiczne miejsce, gentryfikowane jeszcze wtedy dość powoli. Zapisuję się na warsztaty literackie w lokalnej księgarni, na których jestem jedyną osobą, której pierwszym językiem nie jest angielski. Jest tam Irlandczyk, Amerykanin, Walijka i kilkoro Anglików.

W każdą środę wieczorem po naszych spotkaniach idziemy razem do pubu. Piwo jest zaskakująco tanie, a pogoda niemal zawsze umożliwia stanie na zewnątrz i gadanie do momentu zamknięcia pubu (czyli do godziny 23). Wyczuwam dystans, ale towarzystwo jest przyjazne, a ja nigdy nie poczułam niechęci czy nietolerancji wobec mnie (w końcu jestem z Polski i niby im zabieram pracę – tak głosiły tabloidy tuż po otwarciu granic).

Zaczynam powoli uczyć się, jak klasowe jest społeczeństwo brytyjskie. Jak trudno, czy wręcz niemożliwe jest przeskoczyć od poziomu moich kolegów z pracy (w Wielkiej Brytanii można edukację zakończyć w wieku lat szesnastu i od razu pracować), do moich znajomych z Brick Lane, którzy kończyli szkoły typu Eton, najlepsze uniwersytety jak Oxford czy Cambridge. 

Francja

Raz z moją grupą z Brick Lane wyjeżdżamy na dziesięciodniowe wakacje do Francji pomagać w remoncie starego domu, który jeden z nich kupił. Jak ja się czuję? Jakbym wróciła do siebie. Chociaż wiele lat nie byłam we Francji, czuję się jak w domu. Poraża mnie mój poziom francuskiego. Lokalsi postrzegają mnie za Angielkę. Mój akcent po francusku jest angielski!

Znowu wracam do Polski, ale tęsknię i wiercę się myśląc o Francji i rozmyślam. Co kocham w życiu na emigracji? Pogodę! Okazuje się, że uwielbiam łagodny wyspiarski klimat. A pogoda w Polsce jest dla mnie zbyt ekstremalna. Łatwo jest odzwyczaić się od skrajnych upałów i mrozów, gdy nie ma się z nimi do czynienia przez sześć kolejnych sezonów. 

Chcę wyjechać do Francji.

Najchętniej do Lyonu, który odkryłam podczas jednego urokliwego pobytu, gdy poznałam miasto od podszewki. Od jego muzeów, poprzez nocne kluby grające jazz na żywo sześć dni w tygodniu, po wybrzeża Saony, Stare Miasto i arcyciekawą bazylikę „Słoń” górującą nad miastem. Chcę zmienić kraj i okoliczności. Zaczynam się zatem do tego szykować psychicznie.

Polskie kosmetyki, których używam na co dzień, wymieniam na takie, które są dostępne we Francji. Szukam podcastów (jestem słuchowcem, YouTube dla mnie może nie istnieć) o tematyce życia we Francji. O tym, jak wyglądają kwestie formalne, bo jednak Francja to kraj biurokracji. Szukam “na miękko”, ale z nastawieniem na życie tam. W pracy na bieżąco funkcjonuję po angielsku i francusku, więc to też pomaga.

A potem… otrzymuję od losu kilka prezentów.

Po pierwsze, poznaję w Warszawie Francuza, który do Polski przyjeżdża regularnie w związku ze swoją pracą. A po drugie, korporacja zaczyna zwalniać po kolei różne osoby. Czuję, jakby ziemia mi się paliła pod nogami.

Hop. Przeskakuję do Francji.

Jestem tu prawie od roku. Nadal czuję, jakby to było dopiero co. Pierwszą pracę podejmuję na roli – zbierając szparagi. Szparagi to dziesięć tygodni. Umożliwia mi to pozałatwianie większości niezbędnych formalności, o których wiedziałam dzięki mojemu covidowemu przygotowaniu z podcastów i różnego rodzaju blogów i informacji online. Po szparagach przychodzi kolej na ziemniaki, a po ziemniakach czas na dorosłość i określenie się, czym chcę się zajmować dalej. Najoczywistszym wyborem jest własna działalność. Trzeba znaleźć swoją niszę (anglistka we Francji bez uprawnień nauczycielskich albo tłumaczeniowych to nie jest dobry zawód), wymyślić dobry biznes plan i wizję siebie. 

We Francji czuję się jak w domu.

Kocham pogodę, architekturę, jedzenie. Oczywiście po mieszkaniu w dwóch ogromnych miastach jak Londyn i Warszawa życie na francuskiej prowincji jest skrajnie inne. Ale to było mi potrzebne. Spokój, cisza, przyroda. Własne pomidory i truskawki w ogrodzie. Próbowaliśmy posiać ogórki na kiszenie, ale się nie udały. Spróbujemy znowu w tym roku.

Bo jeżeli czegoś naprawdę mi brakowało zawsze na emigracji to ogórków kiszonych. W Londynie potrafiłam przejechać pół miasta, żeby je kupić. Na francuskiej wsi jest to nieco trudniejsze. Za Londynem bardzo tęsknię. Ale to Francja jest moim miejscem. Za Polską nie tęsknię wcale. Oprócz oczywiście ludzi. 

P.S. w Paryżu zawsze leje. Ale to będzie temat na osobną historię. 

Julia Blondoner

5 3 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze