Felietonywyprzedaż

Są Walentynki, właśnie wybiła 5:30 rano, a ja, zamiast przewracać się w łóżku na drugi bok z błogą świadomością, że pierwszy budzik mojego męża zacznie dzwonić dopiero za godzinę (mój za trzy), zakutana w wielki puchowy płaszcz otwieram tylne drzwi naszego apartamentowca i kręcąc z niedowierzaniem głową, udaję się na stację metra.

Mówią, że Nowy Jork nigdy nie śpi, a jednak po drodze nie napotykam ani jednej choćby półżywej duszy. Nie licząc może kilku samochodów, które jakby same zdziwione swoją obecnością na West Side Highway zdają się poruszać bezszelestnie, jak widma z pogranicza snu i jawy. Już za chwilę to się zmieni, ulice wypełnią się nowojorczykami spieszącymi do pracy, ale jeszcze przez moment miasto będzie pogrążone w ciężkim, odrętwiałym półśnie. Pierwszy raz widzę takie jego oblicze, jeszcze chyba nigdy nie wychodziłam tu z domu tak wcześnie. W końcu kto normalny, nie będąc do tego zmuszonym przez poważne okoliczności, pcha się przed świtem w trzewia nowojorskiego systemu komunikacji miejskiej? 

Na pewno nie ja!

Tak sobie wmawiałam do momentu, w którym moja nowojorska przyjaciółka, zadeklarowana fashionistka wysłała mi informację o wyprzedaży sampli Alexandra McQueena i spytała, czy mam ochotę dołączyć do niej i jej męża. Najpierw przypomniałam sobie, jak z zazdrością zezowałam na jej łupy z poprzedniej takiej wyprzedaży, na którą po prostu nie chciało mi się iść. Te wielkie wyprzedaże nie są dla mnie. Mogę czasami zajrzeć na te mniej znanych lub mniej pożądanych projektantów, kiedy nie ma kolejek a atmosfera w środku nie przypomina współczesnej interpretacji dantejskiego piekła.

Ale wstawać w środku nocy, żeby od 7 rano stać w trzygodzinnej kolejce po ubrania za kilkaset dolarów? Przecież to paranoja! Z drugiej strony, to bardzo nowojorskie doświadczenie, a ja już jakiś czas postanowiłam zebrać ich jak najwięcej… Po krótkim zastanowieniu odpisałam entuzjastycznie: Dobra, idę! Pewnie nic nie kupię, ale za to będę mogła napisać artykuł… Wtedy dowiedziałam się, że żadna 7.00, o 7.00 to się można ustawiać “na Lanvina”, “na McQueena” trzeba przyjść najpóźniej o 6.00.

I tak oto, przeklinając własną głupotę, w nie taki mroźny, ale jednak lutowy poranek, wybrałam się na moją pierwszą, prawdziwą, wielką nowojorską wyprzedaż.

Kiedy dotarłam na 317 West 33rd Street, moja przyjaciółka właśnie rozkładała taborecik wędkarski, a jej mąż wracał z pobliskiego Starbucksa z kawą i ciastkami. Bynajmniej nie byli pierwsi w kolejce. Jak miałam się później przekonać po numerze na papierowej opasce, którą koordynatorzy tej bitwy pod gorsetami mieli przyczepić mi za niecałe trzy godziny na nadgarstku, byłam trzydziesta siódma w kolejce.

Przed nami, opatuleni kocami na składanych krzesłach (dużo efektowniejszych niż taborecik mojej towarzyszki) siedzieli między innymi profesjonalni kolejkowicze, którzy pojawili się tu pewnie na długo przed nami. Można ich wynająć za stawkę godzinową, żeby zajęli miejsce w kolejce – osoby, które im płacą, wciąż muszą pojawić się mniej więcej godzinę przed otwarciem, żeby dostać bransoletkę, ale nawet te parę dodatkowych godzin snu rano jest warte inwestycji. Zwłaszcza jeśli ktoś ma w planie naprawdę duże zakupy. Ja nie miałam, jak sobie powtarzałam w głowie, byłam tam głównie dla doświadczenia i towarzystwa, wątpiłam, czy cokolwiek kupię. 

Po jakimś czasie stojąc w bezruchu, zaczęłam marznąć i zastanawiać się, czy to naprawdę jest tego wszystkiego warte? Nie mogłam jednak się wycofać.

Już wstałam, już przyjechałam, już wytrzymałam pół godziny, godzinę, półtorej… Zresztą, jak tu narzekać, kiedy moja niezłomna przyjaciółka, prawdziwa modowa wojowniczka siedzi tu obok mnie, a raptem miesiąc temu urodziła córeczkę? Przyszła zresztą perfekcyjnie przygotowana i mniej więcej po godzinie czekania, udała się do toalety na pobliskim dworcu odpompować mleko. Kawałek za nami w kolejce stała mocno starsza para, pan o lasce. W modzie nie istnieje coś takiego, jak zbyt wielkie poświęcenie. Może ja z moimi słabościami jestem po prostu niegodna? Nawet jeśli, nie dałam tego po sobie poznać.

Trzęsąc się i szczękając zębami, cała odrętwiała z zimna, doczekałam otwarcia wyprzedaży. Mieliśmy szczęście, załapaliśmy się w pierwszej grupie, jako jedni z pierwszych zostaliśmy wpuszczeni do środka i ustawieni w kolejnej kolejce – do szatni. Przynajmniej było cieplej. W środku panował reżim autorytarny. Mieliśmy ustawić się idealnie pod ścianą i ani drgnąć. Kiedy lekko zachwiałam się na nogach (Ze zmęczenia? Z odrętwienia? Z głodu?) jeden z ochroniarzy natychmiast krzyknął “Don’t move!” (Nie ruszać się!). Przynajmniej nie strzelali i nie wywalili mnie z kolejki – nie wiem, co w tamtym momencie byłoby gorsze. Prawie płacząc, wydukałam przeprosiny. Więcej nie będę się ruszać, przepraszam. 

O 9:10 mogliśmy wejść na górę. Na zakupy mieliśmy mieć dokładnie 45 minut i ani sekundy więcej.

Z chwilą dotarcia na piętro sprzedażowe, kompletnie zapomniałam o postanowieniu niekupowania niczego a także o wszystkich otrzymanych wcześniej wskazówkach, układanych planach i strategii. Ruszyłam niczym dzik za truflami w stronę majaczących przede mną czerwonych falban z kolekcji S/S 2018. Zanim jakiś wróg mi je wyszarpie spod nosa! Jedyne, co mi jeszcze kołatało w głowie, to rada, żeby najpierw zebrać wszystko, co wpadnie w ręce, a dopiero później hurtowo mierzyć – w prowizorycznej, wspólnej przymierzalni, odgrodzonej od “sklepu” tylko parawanami.

I tak lepiej, niż na wyprzedaży Marchessy, gdzie w obliczu braku przymierzalni, zapytany o nie sprzedawca odparł: Nie martw się skarbie, wszyscy jesteśmy tu gejami. Zachowując żałosne resztki rozsądku, do mierzenia zabrałam ostatecznie tylko dwie sukienki, kupiłam jedną. Wcale nie tę czerwoną, którą zresztą jeszcze w przymierzalni przechwyciła ode mnie inna dziewczyna. Ekspedient zapakował mi mój nabytek w zwykłą szarą torbę, na której szybko machnął markerem logo McQueena i natychmiast kazał się wynosić. Nie mogłam nawet poczekać na resztę grupy. Stojąc już na zewnątrz, gdzie kolejka wydawała się jeszcze dłuższa niż wcześniej (godzinę później czekało już podobno dwieście osób), całkiem nieoczekiwanie poczułam przypływ endorfin.

Byłam głodna, niewyspana, uboższa o prawie 500$, traktowana jak karaluch, ale zaskakująco szczęśliwa.

Czy to o to chodzi w wielkich wyprzedażach? O satysfakcję z udanych łowów? Jak inaczej wytłumaczyć, że ludzie, których stać na wydanie kilkuset dolarów na jedną bluzkę, godzą się na takie męki? Podobno sytuacja jest jeszcze bardziej absurdalna w przypadku wyprzedaży Hermèsa – do tych trzeba ustawiać się wieczór wcześniej, a zapraszani są tylko ludzie z listy VIP, którzy aby na nią trafić, muszą wcześniej wydać w sklepie kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Czy to naprawdę sama okazja tak potrafi skusić? 

Oczywiście, część z kupujących na takich wyprzedażach osób robi to pod kątem zarobkowym. Natychmiast po zrobieniu zakupów za tysiące dolarów (mimo wprowadzanych przez organizatorów limitów – np. podczas wyprzedaży McQueena można było kupić maksymalnie dwa jedwabne szale), wystawiają swoje łupy w internecie za przynajmniej dwukrotność ceny wyprzedażowej, a chętnych nie brakuje. Wiem, że moją przyjaciółkę cechuje silny instynkt łowiecki. Co jednak z resztą? 

Według mnie duża część nowojorczyków po prostu uwielbia stać w kolejkach i nikt mi nie wmówi, że tak nie jest.

Jak inaczej uzasadnić wężyki ludzkie ustawiające się przed modnymi aktualnie restauracjami w mieście, w którym naprawdę nie brakuje miejsc z dobrym jedzeniem? Kiedy kilka lat temu miasto opanowała masowa histeria na punkcie cronutsów (połączenie amerykańskich pączków z croissantami), cukiernia Dominique’a Ansela w SoHo przez długi czas przeżywała prawdziwe oblężenie. Pewnego dnia trafiła nawet na pierwsze strony portali internetowych, a wszystko za sprawą niezłomnej kolejki, której determinacji nie osłabiła nawet obecność ludzkich zwłok na stojącej kilkanaście metrów dalej ławce. Jak relacjonują naoczni świadkowie, po dokonaniu makabrycznego odkrycia tylko jedna osoba opuściła kolejkę – zaledwie na chwilę, aby poinformować o tym fakcie właściciela cukierni. 

Nie wiem, czy to nowojorska cecha genetyczna czy nabyta. Czy kolejkowego entuzjazmu można się nauczyć? Ja raczej powtórki z rozrywki nie planuję, ale kto wie. Jeśli kiedyś będę miała możliwość spędzić noc na nowojorskiej ulicy tylko po to, żeby rano wrócić do domu z małym drobiazgiem od Hermèsa, może się skuszę. W imię mody. 

Maja Klemp

4.7 13 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
byla nowojorczanka
byla nowojorczanka
8 miesięcy temu

Nowojorczycy i Nowy Jork to obcy na innej planecie, swietna lektura!

Maja
8 miesięcy temu

I zawsze potrafią czymś zaskoczyć 😀

JestesModna
JestesModna
7 miesięcy temu

Świetny opis wyprawy na wyprzedaż! ?️ Wygląda na to, że to prawdziwe przeżycie. Po takiej nocnej przygodzie z zakupami, nie ma chyba rzeczy niemożliwych. Ale to musi być coś, co zostaje w pamięci na długo!

Maja
7 miesięcy temu
Odpowiedz  JestesModna

Na pewno jest to kolejne ciekawe wspomnienie do mojej nowojorskiej kolekcji xD