Jakiś czas temu na jednym z forów internetowych na pytanie: Co lubisz w Brukseli najbardziej? odpowiedziałam zgodnie z prawdą: Nic, nie lubię tu niczego… Tak, muszę przyznać, że naprawdę szczerze nie lubię Brukseli. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że przyjeżdżając tutaj, miałam bardzo duże oczekiwania co do tego miasta. Wcześniej znałam Brukselę jedynie z delegacji służbowych – samolot, hotel, Komisja Europejska, Parlament Europejski lub belgijska instytucja rządowa. Do tego nie pracuję w żadnej instytucji unijnej czy organizacji międzynarodowej (prawie 50% podatku dochodowego wpływa jednak na poziom frustracji) i nie mówię po francusku (ale się go uczę). Zatem sama jestem sobie winna

Niemniej jednak jeśli już przyznałam, że moja niechęć wynika w dużej mierze z własnego nastawienia, to postanowiłam dać sobie i Brukseli szansę na przyjaźń (nawet szorstką) i dlatego każdego dnia staram się znajdować coś, co mi się w tym mieście podoba. Zamiast podkreślać, co mi się znowu nie udało, co przydarzyło mi się złego czy nieprzyjemnego, skupiam się na miłych chwilach i cieszę się z moich małych sukcesów. 

Tak właśnie odkryłam pocztę…

Muszę szczerze przyznać, że poczta w Brukseli działa wyjątkowo sprawnie. Zwłaszcza na tle innych organów administracji. Pracownicy są bardzo mili, mówią płynnie w języku angielskim i chętnie pomagają. 

Wysyłając paczkę, nie trzeba mieć swojego pudełka. W placówce można dobrać sobie odpowiedni rozmiar i zapakować swoją przesyłkę. Do tego jest dostępna za darmo profesjonalna taśma klejąca i oczywiście długopisy. 

Nadając paczkę, można wybrać opcję z jej śledzeniem, a pracownik w okienku wprowadza dane nadawcy i odbiorcy z ręcznie zapisanych do komputera. Jeśli czegoś nie może odczytać, prosi o przeliterowanie itd. Dzięki temu możemy mieć pewność, że nasza przesyłka trafi do nadawcy. 

Co ciekawe, za drobną opłatą można ubezpieczyć paczkę. Warto o tym pamiętać, bo kupując takie dodatkowe ubezpieczenie, możemy liczyć na rekompensatę w wysokości około 500 EUR w przypadku uszkodzenia przesyłki. 

Przesyłka w Europie jest dostarczana bardzo sprawnie. Nawet mój partner, który mieszka w Szwecji, stwierdził, że wyjątkowo szybko otrzymał ode mnie paczkę. Podobno w Szwecji jedynym sektorem, który nie funkcjonuje sprawnie, jest właśnie poczta, więc oboje byliśmy pod wrażeniem, gdy paczka dotarła w ciągu tygodnia z Brukseli do Sztokholmu. 

Muszę przyznać, że również jako odbiorczyni jestem zadowolona z pracy tutejszej poczty.

Awizo z informacją, że czeka na mnie na poczcie zaproszenie na ślub mojej przyjaciółki w Polsce, otrzymałam po około tygodniu od wysłania listu poleconego. Musiałam się pofatygować do placówki pocztowej oddalonej około 10 minut od mojego mieszkania. Dla mnie jest to bardzo blisko. Moja koleżanka, która również mieszka w Brukseli,  zaproszenie na ten sam ślub odbierała w punkcie pocztowym w jednym z marketów. Tam również dostarczyli jej zamówioną uprzednio stojącą suszarkę do ubrań (swoją drogą strasznie ciężko jest w Brukseli znaleźć suszarkę do ubrań, ale to tak na marginesie). 

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła czegoś, co mi się na poczcie nie podoba.

Nie jestem w stanie jednak stwierdzić, czy to wina poczty, czy firm kurierskich (albo kurierów), ale z mojego doświadczenia wynika, że kurier nigdy nie przynosi w Brukseli paczki pod drzwi mieszkania. W moim bloku np. dzwoni domofonem i zostawia przesyłkę w korytarzu przed drzwiami do windy. Po odebraniu domofonu należy zejść po swoją paczkę. Tak pozostawioną przesyłkę uznaje się za dostarczoną. Nawet jeśli adres nie jest poprawny, to przesyłka leży i czeka na właściciela. U mnie w bloku na przykład czekają na odbiorcę dwie paczki od ponad trzech tygodni. Nikt się po nie zgłosił do tej pory.

Mojej koleżance nawet ważne dokumenty dostarczono raz w ten sposób – wracając do domu, prawie potknęła się o własny paszport na korytarzu w głównym holu budynku. Co prawda wtedy jeszcze nie mieliśmy w Unii Europejskiej RODO, ale i tak dobrze, że akurat go znalazła. Ja na samym początku zamówiłam sobie dietę pudełkową, ale niestety kurier zostawił ją przed głównymi drzwiami wejściowymi do budynku i zanim zdążyłam ją odebrać, została już przez kogoś zjedzona. 

Niemniej jednak powoli uczę się śmiać z powyższych negatywnych aspektów życia w Brukseli.

W końcu to ja jestem tutaj gościem i Brukseli nie zmienię. Mogę zmienić siebie i swoje nastawienie albo zwyczajnie wyjechać. Jedno jest pewne – Bruksela uczy mnie dystansu i cokolwiek postanowię dalej, jest to nauka na całe życie. 

Na koniec dodam, że w Brukseli lubię jeszcze piwa smakowe, dostępność marakui w przystępnych cenach, owoce mrożone, soki oraz mnóstwo sklepów z kuchnią z całego świata! Powoli napełniam mój koszyczek pozytywnych aspektów życia w tym mieście. 

Anna Biernacka-Rygiel

5 3 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze