Jestem Karolina i mieszkam w Bordeaux. A właściwie to coraz częściej myślę, że już nie mieszkam, a raczej stałam się jego częścią. Bordeaux mnie usidliło.

To ten typ miasta, gdzie nowoczesność spotyka się z klasyką, gdzie podczas parady równości do drag queens machają balkonowe babcie, gdzie dziadek na elektrycznej hulajnodze nie jest niczym dziwnym, gdzie stylizowane na retro bary i knajpki przyciągają głównie młodych. Moje Bordeaux pachnie pieczonymi kasztanami sprzedawanymi pod Porte Dijeaux i grzanym winem z pomarańczą. To miasto, gdzie libańskie falafele sąsiadują z kuchnią japońską, typowo francuskimi coffee shopami i brytyjskim pubem. I wszystkie te elementy idealnie się łączą.

Moje Bordeaux to każdy pomnik, każdy historyczny monument, każda restauracja, która oferuje niezwykłe smaki. To też la bise – potarcie się policzkiem o policzek i wydanie z siebie dźwięku całusopodobnego. Od prawego policzka zaczynając oczywiście, a ten rytuał powitania zakłada jedynie dwa “cmoknięcia”. To bordoskie cannelés, do których długo nie mogłam się przekonać, ale i one podbiły moje serce. To bordoski dialekt i ta świadomość, że w Paryżu moja chocolatine wywoła zdziwienie. Bordeaux to miasto, gdzie nikt się nie spieszy. Dosłownie. Rzeka ludzi przepływających przez ulicę Sainte Catherine w tygodniach wyprzedaży płynie spokojnie, bez pośpiechu; czekanie godzinę w kolejce, żeby dostać się do restauracji Entrecôte i zjeść obiad, jest czymś normalnym. Umawiając się z kimś, weź pod uwagę le quart d’heure bordelais – piętnaście minut dopuszczalnego spóźnienia.

Moje Bordeaux to miasto ciągle się rozwijające, które dostosowuje się do potrzeb ludzi. Nowe koncepty takie jak bar à champagne, czyli lokal, gdzie jedynym trunkiem, jaki serwują jest właśnie wino musujące, restauracje wegańskie, co-working spaces, VR roomy, specjalistyczne restauracje i miejsca wyrastają tu jak grzyby po deszczu. Kiedy nie wiesz, co robić i nudzisz się – jedziesz do centrum i atrakcje znajdują cię same. W moim Bordeaux nuda nie istnieje. Regularne spotkania Instagramerów z okolic, konferencje na najróżniejsze tematy – od zmian klimatycznych aż po chemię w piwie i cappuccino w kociej kawiarni – niecodzienne oczywistości, w które człowiek po prostu wsiąka. I jakże ciężko byłoby mi się teraz od tego wszystkiego oderwać, odmówić sobie piwa w ulubionym barze, nie pójść na coroczny targ staroci, czy nie pojechać po raz kolejny do Arcachon i wdrapać się po raz setny na największą wydmę w Europie.

Moje Bordeaux to przyrestauracyjne tarasy, zawsze pełne ludzi. Nieważne jak zimno i deszczowo jest na zewnątrz – na papierosa zawsze znajdzie się kilku chętnych. Bordeaux to też biegacze, ci nocni i ci poranni, pokonujący deptak wzdłuż rzeki samotnie lub w większych grupach. To smak kebaba niedaleko kina Utopia, najlepszy kebab w mieście! To styl à la Voldemort, szare, ciemne kolory tak bardzo kontrastujące z klasyczną architekturą. I jednocześnie tak dziwnie pasujące do niej! To brytyjska ryba z frytkami i cydrem, amerykański fast food, japoński ramen i czerwone wino.

W moim Bordeaux nie ma miejsca na konflikty, a jeśli idziesz przez miasto z uśmiechem na ustach bądź pewien, że wywołasz wiele innych, serdecznych uśmiechów! To ludzie, którzy chętnie opowiedzą o swoim dniu, o tym, co wiedzą o okolicy i naprowadzą na dobrą drogę, jeśli gdzieś zbłądziłeś. Łamanym angielskim, ale zawsze coś!

Moje Bordeaux to miasto jak każde inne. Żeby dostrzec magię trzeba je pokochać całym sercem i pozwolić tej magii działać.

Karolina Śliwa / Francuskie Życie

0 0 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Marzena
Marzena
5 lat temu

Po takim opisie, przeprowadziła um się w jednej chwili ❤️ Zebym jeszcze francuski znała. Chyba zacznę się intensywnie uczyć. 😁

Gosia
Gosia
4 lat temu

Niesamowite miasto !!! Tez bym Tak chciala !!! Dzieki tobie wpisyje to miejsce na liste Must See in my lifetime !!!! Powidzebia !