Felietony

Tacy byliśmy głodni po tym badmintonie, że od razu poszliśmy do restauracji na spóźniony lunch. Ponieważ gramy w godzinach 12.00-14.00, przegapiamy „porę karmienia”, jak to nazywam. W bardzo wielu chińskich restauracjach po godzinie trzynastej kucharz ma już fajrant aż do, powiedzmy, piątej po południu, gdy zaczyna się kolejna pora karmienia. Więc znaleźć w chińskim dużym mieście (trzy razy większym od Warszawy) otwartą restaurację po czternastej może wcale nie być takie łatwe. No, ale my jesteśmy uprzywilejowani – idziemy do restauracji prowadzonej przez koleżankę z kortu, a ona o każdej porze może powiedzieć kucharzowi i kuchcikom, że muszą przygotować jeszcze kilka potraw. 

Zasiadamy przy stole w ósemkę. Zgodnie z chińskim savoir-vivrem należy więc podać osiem potraw i zupę. Ryż liczymy osobno, a poza tym podaje się go już po tym, jak wszyscy się najedzą potrawami głównymi. Dla każdego znajdzie się coś smakowitego.

Tym razem daniami głównymi był kurczak w chilli, marynowane kacze języczki, rosół na boczku gotowany z nasionami miłorzębu, a także przepyszna ryba na parze po kantońsku. Oprócz tego niewielkie dodatki: jajecznica smażona z zielonym chilli, bakłażan smażony ze wspięgą wężowatą, plastry ziemniaka na ostro na gorącym półmisku, wołowina z tofu w pikantnej zupie, kozi ser smażony w głębokim tłuszczu. Kiedy wszyscy już wszystkiego spróbowali, podano smażony ryż i dwie kiszonki, zrobione własnoręcznie przez szefową. Dania były godne zachwytu, więc skupiałam się na przebieraniu pałeczkami, nie przestając wszakże pilnie strzyc uszami.

„Chińska kultura kulinarna jest jednak najlepsza na świecie. Cóż za bogactwo składników, smaków i konsystencji! Ileż sposobów przygotowania jedzenia! Nic dziwnego, że gdy obcokrajowcy przyjeżdżają do Chin, nie chcą już stąd wyjeżdżać.

Do czego mieliby wracać? Do chleba i spaghetti?” – pięćdziesięcioletnia bizneswoman, wykształcona, świetnie ubrana i – wydawałoby się – pełna ogłady rozpoczyna dyskusję. Puszczam mimo uszu. Sama piekę chleby, które są lepsze od całej kuchni chińskiej świata, ale oni tego nie zrozumieją. 

„Ci z Zachodu to jeszcze nic! Oni przynajmniej zdają sobie sprawę ze swojego kulinarnego ubóstwa” – odpowiada czterdziestopięciolatek, który tak bardzo szanuje kulturę kulinarną swego kraju, że każdy kęs przepija wysokoprocentową wódą.

„Naprawdę śmieszą mnie Koreańczycy – tacy dumni ze swojego dziedzictwa kulturowego, które w całości pochodzi z Chin! Wzięli te najprymitywniejsze sposoby gotowania i próbują innym wmówić, że to tradycja i kultura. Chociażby ryż z kamiennego garnka – wrzucają do środka co popadnie, z ryżem i SUROWYM jajkiem, ohyda, mieszają, aż wygląda, jakby to już ktoś zjadł i się zachwycają!”. 

Chodzi oczywiście o bibimbap – danie, które przed rozpoczęciem jedzenia wygląda dużo lepiej niż większość jadanych przeze mnie w Chinach potraw: paseczki rozmaitych produktów mięsnych i warzywnych układane są tu na gorącym ryżu w kamiennej misie; ponieważ misa jest gorąca, ryż się  spieka, a gdy wszystko mieszamy, również jajko przestaje być surowe (rozgrzewa się od ryżu i miski); pycha! Często chadzam na to danie do koreańskich knajpek, bo ładne, pożywne i zdrowe. No ale dyskusja toczy się dalej.

„Z Japonią to samo. Eksportują swoje kulinarne pomysły na cały świat, a potrafią tylko zawijać rybę w nieświeży ryż z wodorostami” – twierdzi pięćdziesięciopięcioletni wiolonczelista, profesor uniwersytetu.

Cóż, faktycznie większość świata uważa sushi za synonim japońskiej kuchni, jednak po pierwsze samo sushi jest tak wewnętrznie zróżnicowane, że aby spróbować wszystkich możliwych rodzajów tego dania, trzeba bardzo długo żyć, a po drugie oczywiście Japończycy mają do zaoferowania dużo więcej.

Nawet jeśli większość ich pomysłów kulinarnych nie jest oryginalna, to znaleźli własną drogę i na swój sposób osiągnęli mistrzostwo zarówno pod względem samego przygotowywania smacznego jedzenia jak i jego prezentacji. A ryż był nieświeży tysiąc lat temu. Od pięciuset lat ryż nie służy już temu, żeby zapobiegać zepsuciu ryby… Mniejsza z tym. Dyskusja toczy się dalej.

„Ja to już tę Japonię jakoś przełknę, choć ceny zwykłych klusek są dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Za to kuchnia indyjska! Przecież tam nie ma nic poza curry!” – twierdzi sześćdziesięcioletnia menedżerka filii dużej firmy międzynarodowej.

No tak. W umysłach większości Chińczyków wszystkie indyjskie przyprawy, mieszanki przypraw i tak dalej – WSZYSTKIE wsadza się do jednego wora curry. Oczywiście jest to błędne. Oczywiście można zaprowadzić Chińczyka do indyjskiej restauracji i mu pokazać czarne na białym, że sos pomidorowy nie jest curry, że sos szpinakowy nie jest curry, że curry to tylko maleńka część ogromnie bogatej i zróżnicowanej kultury kulinarnej Indii, ale on, zjadłszy te potrawy w różnych sosach albo bez sosów, ale przyprawione po indyjsku, nadal będzie twierdził, że to było curry. Na jego języku po prostu się to od siebie nawzajem za mało różni. 

„W dodatku jak oni jedzą! Wszystko utopione w sosie i jeszcze trzeba nabierać ręką, bue!” – otrząsa się zdegustowana żona milionera, od lat jeżdżąca po świecie w każde wakacje. Nie na wycieczki zorganizowane, tanimi lotami, a kilkumiesięczne wyprawy na inne kontynenty. Jak widać, podróże nie przyniosły jej obycia, a tylko obrzydzenie do kultur kulinarnych, które są mniej wyrafinowane od chińskiej. Przynajmniej w jej odczuciu.

Uśmiecham się pod nosem. Z punktu widzenia większości znanych mi nie Chińczyków, indyjskie jedzenie, nawet spożywane przy pomocy rąk, jest zdecydowanie mniej obrzydliwe niż chińskie przysmaki – nawet te jedzone pałeczkami. Świńskie móżdżki, robaki, pęcherze pławne, wołowe penisy, psina czy choćby wspomniane wcześniej kacze języczki – nawet najpiękniej podane nie zdobywają jakoś szturmem serc ani żołądków obcokrajowców. I mówię to ja, jedna z tych nielicznych osób, które wzięły kulturę kulinarną Chin na klatę i nauczyły się kochać znakomitą jej część. 

Wiem, że Chińczycy kochają swoją kulturę, w tym kulinarną i bronią jej zębami i pazurami. Mieszkam tu od tylu lat, że już nie walczę o uznanie bogactwa kulturowego innych nacji. Gdy słyszę, jak wykształceni ludzie, podobno na poziomie, deprecjonują wszystko, co obce, jest mi ich zwyczajnie żal. Oni nigdy nie będą mieli nawet szansy odkryć czegoś nowego i ciekawego. Są tak ciasno zamknięci we własnym światopoglądzie, że to żadna różnica, czy spróbują czegoś nowego, czy nie – i tak to odrzucą jako niewarte uwagi. 

Istnieje chińskie przysłowie o żabie, która siedząc na dnie studni wypowiada się autorytatywnie o świecie. Gdybym ich jednak porównała do tej żaby, podniosłyby się głosy oburzenia: przecież ja mówię na podstawie własnych doświadczeń! Próbowałem, dlatego mówię! Widziałam cały świat, ale Chiny są po prostu najlepsze! 

Nie muszą siedzieć w studni; wydaje im się nawet, że z niej wyszli. Co najlepiej dowodzi, że prawdziwa wolność to nie wolność słowa, czynu czy nawet myśli, ale uwolnienie własnego umysłu od utartych ścieżek i przyzwyczajeń – a tego niestety nigdy się nie nauczą. 

Natalia Brede

FB: www.facebook.com/bialymalytajfun

4.7 6 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Awatar użytkownika
20 dni temu

Wydaje mi się, że opisani tu Chińczycy to symbol pewnego typu ludzi, bo z takim podejściem spotkałam się też wśród przedstawicieli innych państw, żyjących gardząc wszystkim co inne, bo “nasze jest najlepsze”. Niektórzy z nich nawet na samą myśl spróbowania dania innego kraju mają odruch niemal wymiotny. Smutny typ człowieka, nie ukrywam.

Awatar użytkownika
19 dni temu
Odpowiedz  Sadeemka

Oczywiście, zapewne w każdym kraju się tacy zdarzają. Ale… w chińskiej telewizji nie ma chyba ani jednego programu kulinarnego ukazującego kulturę kulinarną innych krajów. Za to są setki prezentujące rozmaite kultury kulinarne samych Chin. Wspomniani Chińczycy chętnie sięgają po inne wynalazki szeroko pojętego Zachodu i chętnie korzystają z globalizacji – ale nie jeśli chodzi o stół.

Grazyna1
Grazyna1
17 dni temu

Świetnie napisane .

Julita
Julita
4 dni temu

Swietny artykul. Pozdrawiam!