Felietony

„Co kraj, to obyczaj” – chyba każda z nas zna to przysłowie, które fenomenalnie oddaje różnorodność, a zarazem unikatowość kuchni świata.

Rzut beretem przez Morze Bałtyckie zagląda do nas Szwecja. Nie jest to kraj nam zupełnie nieznany, bo w końcu mimo odgradzającej nas wody, nasze dzieje się przeplatały na przestrzeni wieków. A jednak! Przeżyłam tam pierwszy szok jedzeniowy i to taki, który wykręcił mi grymas na twarzy.

Salmiakki. Jedno słowo, które w niektórych rozpala miłość i żądzę, a w innych strach i chęć ucieczki. Salmiakki to cukierki, chociaż ze słodyczą mają niewiele wspólnego, popularne w krajach fennoskandzkich.

Zazwyczaj są one czarne i twarde jak landrynki lub czarne i miękkie jak gumisie. Głównym składnikiem jest słodka i lekko mdła lukrecja oraz słony chlorek amonu. Połączenie tych dwóch elementów daje wybuchową mieszankę, która może „zszokować” nasze kubki smakowe. Słodko-słony smak wywołuje cały wachlarz doznań zmysłowych, jednak dla wielu osób będzie on nie do końca przyjemny. Powszechnie uważa się, że smak chlorku amonu jest na tyle specyficzny, że osoby, które nie były do niego przyzwyczajane przez lata dorastania, mogą go po prostu nie zaakceptować. 

Po kilku miesiącach spędzonych w Szwecji byłam pewna, że jeszcze wiele nietypowych potraw przede mną i się nie pomyliłam. W samym środku zimy przyjechałam do Armenii. Niewiele wiedziałam o tym kraju i z jednej strony wszystko wydawało mi się nowe, a z drugiej bardzo znajome ze względu na wspólną przeszłość w bloku wschodnim.

Mój nowo poznany ormiański znajomy – Aram – zaprosił mnie i kilka innych osób na degustację tradycyjnej, zimowej potrawy o nazwie khash (wymowa hash). W pierwszym momencie, kiedy zapytał, czy chcemy spróbować hasz (potoczna nazwa haszyszu) zgłupiałam – że tak tu i publicznie, no ale ponoć to tradycja i jeszcze lokalnie produkowany! Szybko jednak się okazało, że wcale nie chodzi o zakazaną substancję, a o… zupę.

Khash je się tylko w zimie i tylko w dzień wolny od pracy. Jest to mocno rozgrzewająca, rozleniwiająca i bardzo upajająca zupa. Głównym jej składnikiem jest krowa – mięso i kości, głowa i nogi oraz wnętrzności głównie z obszaru brzucha. Krowę może ewentualnie zastąpić owcą. Cały proces przygotowania trwa wiele godzin, czasem nawet całą noc. Części zwierzęcia są gotowane na wolnym ogniu, tak by otrzymać aromatyczny i tłusty wywar. Zupę podaje się rano razem z czosnkiem, ormiańskim chlebem w formie placka lawasz oraz… wódką.

Dla pogłębienia doznań, niektórzy zarzucają sobie wielkie płaty lawaszu na głowę tak, by przed spożyciem zasmakować mięsnych inhalacji. Łyżki zupy przepija się kieliszkami wódki. Po takim posiłku człowiek dosłownie się rozpływa, gotowy, by resztę dnia spędzić w łóżku. 

Kolejne lata mijały, a moje jedzeniowe horyzonty coraz bardziej się powiększały. W Iraku dodałam kolejną ciekawostkę do mojego kulinarnego zbioru. Irakijczycy są dumni ze swojego narodowego dania, którym jest masgouf (ryba grillowana na otwartym ogniu).

Przejeżdżając ulicami Bagdadu, widziałam całe akwaria wypełnione dziwnie znajomo wyglądającą rybą… karpiem! Jaki to był szok, kiedy dowiedziałam się, że Irakijczycy kochają i często jedzą karpia! Rybę, którą znajdziemy w Polsce na każdym tradycyjnym, wigilijnym stole i którą będziemy ze świecą szukać np. w Wielkiej Brytanii. W Iraku masgouf jest na tyle ważny, że w każdym tygodniu jest obchodzony „dzień masgouf”, kiedy wszyscy jedzą grillowanego karpia, pochodzącego z dwóch ogromnych rzek o historycznym znaczeniu – Eufratu i Tygrysu. Nawet pracownicze kantyny w „dzień masgouf” głównie serwują karpia. Sama ryba jest najpierw nacierana oliwą z przyprawami, następnie przykryta aromatycznym sosem z pomidorów, czosnku, cebuli i pietruszki i opiekana na ogniu. Danie jest podawane z ryżem.  

Kiedyś miałam przyjemność pojechać na warsztaty do Laosu. Wtedy jeszcze nie tak bardzo odwiedzanego przez turystów, którzy w tamtych rejonach przede wszystkim kierowali się do krainy uśmiechów, czyli Tajlandii, Wietnamu lub Angkor Wat w Kambodży.

W Vientiane, stolicy Laosu, spędziłam tydzień i w ciągu tego tygodnia zaobserwowałam, że Laotańczycy lubią nietypowe połączenia słodkiego ze słonym. W jednej z kawiarni zamówiłam degustację lodów – małe porcje lodów podawane na metalowej paletce. Jedna z porcji była w kompletnie czarnym kolorze, co sprawiło, że wróciłam do menu, by sprawdzić, jakie smaki są w tym zestawie. W lekkim osłupieniu odczytałam „czarna fasola”, lody z czarnej fasoli! Ich smak był dosyć słodki i tak naprawdę nic z fasoli w sobie nie miał.  

W ostatnich latach największy szok jedzeniowy doznałam bez wątpienia w Salwadorze. Ten niewielki kraj w Ameryce Centralnej ma bardzo bogatą kuchnię, która może zaskoczyć niejedną osobę. Dla mnie zarówno forma, jak i składniki były niecodzienne.

Już w pierwszym dniu skosztowałam chocobanana, czyli zamrożonego banana na patyku zamoczonego w gorącej czekoladzie z posypką. Podobnie wyglądający jest elote loco, czyli mogłoby się wydawać deser na patyku oblany kremem z czekoladowym i truskawkowym (może) sosem. Ku mojemu zaskoczeniu pod warstwą na pierwszy rzut oka wyglądających słodkości, wcale nie krył się pyszny deser, a… gotowana kukurydza. Była ona obtoczona w serze, polana keczupem i brązowym sosem.

Jednego dnia moi salwadorscy znajomi przynieśli do skosztowania owoc, który przypominał gigantyczny strąk fasoli. O dziwo nie pomyliłam się zbytnio, bo w środku faktycznie były niby małe fasolki, chociaż chyba ta roślina ma niewiele wspólnego z roślinami strączkowymi. Owoce paterny są zamknięte w ogromnym zielonym „strąku”, który po otwarciu ujawnia szereg „fasolek” otoczonych białym miąższem, który się je. Same „fasolki” składają się z dwóch równych połówek w kolorze zielonym, z których środka wyziera, niczym kosmita z brzucha obcego, różowy zalążek. Bez wątpienia była to jedna z najdziwniej wyglądających roślin, które kiedykolwiek widziałam. Sam miąższ jest słodziutki i niektórzy porównują jego konsystencję i kremowy smak do lodów. 

Indie, mimo że mogą kojarzyć się z eksplozją kolorów, smaków, woni, mnie nie zaskoczyły. Przed moim wyjazdem do Indii kilkakrotnie próbowałam różnych curry (mocno przyprawionych sosów podawanych z ryżem lub chlebami naan), lassi (mlecznego napoju) czy samos (rodzaju pierogów nadziewanych ziemniakami i warzywami).

Jednak to co w Indiach mnie zaskoczyło, to był sposób podania jedzenia. Piękne zastawy z miedzi (w ajurwedzie, tradycyjnej medycynie z Indii, miedź ma wiele prozdrowotnych i wzmacniających energię właściwości) można spotkać tylko w wykwintnych restauracjach, natomiast na ulicy spotykamy bardziej „dostępne” naczynia. Samosa, pakora (warzywa smażone na głębokim oleju) czy inne dania o stałej konsystencji są podawane na liściach. Z kolei płynne lassi jest serwowane w małym, glinianym kubeczku, którego się nie zwraca. Byłam pod wrażeniem wykorzystania tych roślinnych i glinianych opcji zamiast wszechobecnego plastiku.

Co ciekawe, nie tylko Indie stosują kreatywne zamienniki plastikowych, metalowych czy szklanych naczyń. Z podobnymi spotkałam się w Iraku, gdzie duże jogurty czy śmietanę kupuje się w glinianych naczyniach idealnie nadających się na miski do zupy czy bigos. Z kolei w Wenezueli uliczne jedzenie jest czasem serwowane na liściach lub w nie pakowane.

Oprócz smaków i sposobów podania jedzenia istnieją również różne sposoby konsumpcji. W trakcie moich studiów ze stosunków międzynarodowych wykładowca zapytał na jednych z zajęć, czy w perspektywie świata coś nas łączy jako ludzi. Jedna ze studentek podniosła rękę i powiedziała „to jak jemy”. Nic bardziej mylnego.

Kuchnia japońska weszła z impetem na polskie stoły kilkanaście lat temu i wszyscy w pośpiechu zaczęli się uczyć obsługi pałeczek. W końcu nikt nie chciał wyglądać na „nieobeznanego w świecie”. Jednak Japonia czy niektóre kuchnie azjatyckie używające pałeczek to nie wszystko. Oprócz sztućców w postaci wielu rozmiarów łyżek, łyżeczek, widelców i widelczyków oraz noży do masła, steku, ryby… powszechnie używanych np. w Europie, w innych rejonach świata używa się do jedzenia na przykład rąk. 

Ugali (popularna potrawa w wielu krajach afryki subsaharyjskiej z drobno mielonej mąki kukurydzianej, czasem z manioku czy sorgo o różnych nazwach w różnych krajach) je się właśnie rękami. Obecnie wiele restauracji podaje sztućce, jednak Afrykanie preferują spożywać ugali dłońmi, odrywając kawałek potrawy i maczając w sosie.

Samo ugali jest daniem o mało wyrazistym smaku, kochanym przez autochtonów i często omijanym przez obcokrajowców. Afryka subsaharyjska ma jednak oprócz ugali wiele innych ciekawych dań do zaoferowania. Są nimi np. bogate w białko insekty: soczyste termity, chrupiące świerszcze czy tłuste larwy ćmy gonimbrasia belina, popularnie zwane robakami mopane.

W niektórych krajach coraz częściej określa się owadzie składniki jako superfood, który uzupełnia i wzbogaca ludzką dietę w potrzebne tłuszcze, białko, błonnik, witaminy i minerały.

Mimo że w restauracjach odwiedzanych przez ekspatów nie często zdarzają się owadzie przekąski, to na ulicy, w lokalnych miejscach lub luksusowych lodge’ach z odważnymi kombinacjami potraw można znaleźć smażone owady z dodatkiem soli, cebuli i pomidorów, w gulaszu i jako sos do ugali, a także bardziej wykwintne potrawy na słono i słodko.

W Kenii czy Zambii z insektów przyrządza się śniadaniową „owsiankę”. Dodatkowo, w kenijskich sklepach można również kupić chrupiące przekąski ze świerszczy „Chirrups” w czterech różnych smakach: barbecue, naturalnym, karmelowo-cynamonowym oraz sól i ocet. Ja miałam okazję spróbować chrupiących świerszczy w Wietnamie, zanim moja dieta zmieniła się głównie na owocowo-warzywno-zbożowo-orzechową z dodatkiem nabiału w ostatnich latach. Nie wiem czy to głowa, czy smak, a może stosunkowo twarda tekstura, ale zastygniąte w ruchu owady mnie nie oszołomiły.

Z ciekawością dalej wyglądam nowych doznań kulinarnych, mimo że zawsze wracam do moich korzeni i comfort food w postaci rozgrzewających roślinnych zup i bulionów.  

Ola Zak

Instagram:@travel_yog

5 5 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Serdar
Serdar
18 dni temu

Güzel bir yazı bilgilendirici..