Azja po dwóch latach

Azja po dwóch latach

Tekst ten powstał po dwóch latach od mojej przeprowadzki do Azji, po pół roku spędzonym w Tajlandii i półtora roku w Wietnamie.

Odczucia dotyczące tych krajów i zmiany zachodzące w moim podejściu do otaczającego świata mocno się zazębiają. Przenosiny z Niemiec do szalonej Azji Południowo-Wschodniej nieźle mi zakręciły w głowie. I stopniowo wywróciły wszystko w moim życiu do góry nogami.

Tajlandia jawiła mi się na początku jako jeden wielki chaos.

Dziki szał na ulicach. Pięciosobowe rodziny na motorynkach, do tego z psem lub kozą. Ruch lewostronny nie do pojęcia. Chmary robactwa latającego, biegającego i chyba nawet teleportującego się, bo pojawiały się znikąd. Dżungla. Brak ciepłej wody, awarie prądu i internetu. Brak pralki w mieszkaniu. Kucane kibelki. Porażająco ostre jedzenie, w którym nic nie było czuć prócz chilli. Dezorganizacja. Chodzenie bez butów. Ludzie nie potrafiący czytać i pisać. Ulepione stoliki w knajpach, miniaturowe plastikowe stołeczki i szczury zerkające z kącika na moje jadło. Gekony na suficie. Węże. Słomki do każdego napoju w 7Eleven. Upał, nieziemski gorąc, skwar. Pot i wieczna lepkość.

Tak, początek był trudny. Ale potem wszystko się zmieniło. Dżungla stała się moim miejscem na świecie. Kucane kibelki, szczególnie w miejscach publicznych, nie są takie złe. Wodę ciepłą jakoś dało się zorganizować. A podczas awarii prądu nocą mogłam się położyć na ziemi i obserwować rozgwieżdżone niebo. Internet? Po co komu, zawsze można było pójść do jedynego baru we wsi i siedzieć przy świeczkach i browarze. Do jazdy się przyzwyczaiłam, wiele pomógł mi w tym van, którym podróżowałam służbowo – w myśl zasady “większy ma pierwszeństwo”. Nauczyłam się nawet przewozić po trzy osoby na skuterze czy też ciągnąć za sobą walizkę, jadąc. Gekony i węże spowszedniały. Robactwo nigdy. I tak się chyba nigdy nie stanie. Wzdrygam się (a i krzyknąć się zdarzy) na ich widok niezmiennie. Na upaćkane stoły i szczurzych towarzyszy można przymykać oko, bo przecież jedzenie takie dobre. A upał… Cóż, przyjemne ciepełko.

Przenosząc się do Wietnamu, nie spodziewałam się większego szoku, czułam się zaprawiona w bojach.

Ale jak się okazuje, był szok i tym razem. Chaos i zbyt wiele bodźców dookoła. Wszędzie sierpy i młoty. Życie wręcz pędziło przed siebie w kakofonii dźwięków i oparach smogu. Próżno szukać tajskiego spokoju i pogody ducha. Na drodze zupełna dzicz, coś nie do opisania. Jazda po tajskich drogach nagle okazała się bułką z masłem. Ludzie jacyś tacy bardziej gburowaci. Nie dało doszukać się ni cienia uśmiechu w odpowiedzi na nieśmiałe próby wypowiadania pierwszych wietnamskich słówek. Prędzej spotykało mnie odwrócenie głowy i ignorowanie. Próby oszustwa na czym popadnie. Jedzenie cosik nijakie w porównaniu z tajskim. Gdzie to chilli? I stoły bardziej ulepione, szczurów więcej, a w dodatku łatwo się struć. Wszystko przesiąknięte odorem obrzydliwej kolendry. I ogólnie śmieciami. Śmieci wszędzie… nawet w knajpach – rzucane wprost pod stoliki. No i gdzie nóż i widelec?! Jedzenie makaronu z zupy pałeczkami? Krojenie mięsa łyżką? Kto to widział? Na całe szczęście robactwa jakoś zdecydowanie mniej. I komarów. Chyba to wszystko czeźnie przez smogowe wyziewy. I wisienka na torcie – plucie, charkanie, smarkanie. Żołądek podłazi do gardła! Gdzie ci kulturalni Tajowie, a nawet Birmańczycy żujący betel i plujący nim na czerwono, ale za to bezdźwięcznie?!

Serce mi pękało z tęsknoty za Tajlandią. Za dżunglą. Za świętym spokojem. Ale stopniowo, z czasem jakoś to wszystko poszło. Ze smogiem można sobie poradzić – wzorem Wietnamczyków: maseczka na pół twarzy i plastikowe okulary na drugie pół. Ruch drogowy – no cóż, z tym się nie da nic zrobić. Trzeba walczyć o przetrwanie. Na hałas pomagają jedynie stopery do uszu i muzyka w słuchawkach. Oszukać się już nie pozwalam, dobitnie informuję, że wykryłam złe zamiary. Delikwent traci wtedy twarz. Jedzenie – nagle mnie olśniło! Owoce morza takie pyszne. A ludzie umieją czytać, więc przecież można im pokazać na karteczce “bez kolendry”. I wtedy nie ma w żarełku paskudztwa. Jak to prosto, kiedy każdy umie czytać! A można w ogóle jeść zupę inaczej, niż wybierając co lepsze kąski i makaron pałeczkami? Człowiek by się samą łyżką na śmierć zamachał. Śmieci, charkanie, plucie, smarkanie… Cóż, trzeba było nauczyć się z tym żyć. Udaję ślepą i głuchą. Czasem wymaga to niemalże medytacji, ale żołądek przynajmniej nie wywija już salta.

Wietnam jeszcze nie jest moim rajem, jak Tajlandia.

Jeszcze go oswajam. Ale mam niejasne przeczucie, że kiedy będę już wyjeżdżać do kolejnego miejsca, to wtedy poczuję to wszystko, co teraz jeszcze drzemie gdzieś głęboko…

W Tajlandii i Wietnamie nic znacznego się nie zmieniło przez te dwa lata. Za to te kraje zmieniły mnie. Moje spojrzenie na świat, na siebie, na ludzi. Na Europę i Polskę. To dopiero dziwne przeżycie, stanąć na polskiej ziemi po niemal dwóch latach nieobecności. To wtedy zorientowałam się, że to ja się aż tak zmieniłam. Nie Tajlandia, nie Wietnam, nie Polska. To tylko coś w głowie już nigdy nie będzie takie samo.

Anna Maślanka

Anna Maślanka

AUTORKA TEKSTÓW

Ponad wszelką miarę ubóstwiający koty niespokojny duch, któremu trudno gdzieś zagrzać miejsca na dłużej. W Europie mieszkała w Finlandii, Szwajcarii i w Niemczech. Spędziła także 2,5 roku w Azji Południowo-Wschodniej, gdzie domem były jej Tajlandia i Wietnam. Kolejnym emigracyjnym przystankiem jest Norwegia.
Uwielbia podróżować i poznawać świat, przy okazji fotografując i próbując egzotycznych potraw, które jako miłośniczka kulinariów próbuje samodzielnie odtwarzać. Kocha góry i wspinaczkę. A gdy już zdarzy sie jej na chwilę gdzieś przystanąć na chwilę zaczytuje się w książkach, od których nie może się oderwać.

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
Powiadom o