CYKLEŚWIAT WG POLKI

ŚWIAT WG POLKI – URLOP W ALPACH

Zima rozpoczęła się na dobre, co z pewnością cieszy amatorów białego szaleństwa. Część naszych rodaków z pewnością spędzi zimowy urlop w którymś ze znanych austriackich ośrodków:  Sölden, Hintertux, Stubai czy modnym Ischgl.  Sama od lat wyjeżdżam w Alpy na narty, więc doskonale rozumiem co przyciąga turystów w tamte rejony. Celebracja pobytu w Alpach z perspektywy turysty jest super, ale z biegiem czasu zaczęło mnie ciekawić jak wygląda alpejskie życie „od kuchni”.  Jakiś czas temu w moim życiu wiele się pozmieniało i, koniec końców, miałam okazję zaspokoić swoją ciekawość i spędzić całą zimę w austriackim Tyrolu.

Wyobraź sobie zimę, ośnieżone szczyty Alp, krystalicznie czyste powietrze. Wokół tylko błękit i biel. Turyści szusują w białym puchu. Po całym dniu jazdy na nartach przesiadują w górskich gospodach i restauracyjkach, gdzie próbują dań lokalnej kuchni. Alpejskie jadło jest solidne i pożywne, trochę jak nasze polskie. Ale wyrafinowane gusta też potrafi zaspokoić, smakuje więc turystom. Poza tym, po całym dniu aktywności na świeżym powietrzu człowiek zjadłby konia z kopytami. Obsługa lokalu dobrze o tym wie, więc trakcie oczekiwania na posiłek kelnerka przynosi drobną przekąskę: boczek („Speck”) i lokalny ser wyprodukowany z mleka krów pasących się na alpejskich łąkach („Almkäse”).  W lokalu przygrywa tyrolska kapela, a po zapłaceniu rachunku kelnerka ubrana w regionalny strój serwuje sznapsa na koszt firmy. Jacy ci Tyrolczycy gościnni, myślą turyści.  Jeszcze tylko drobne zakupy na pamiątkę przed odjazdem do Polski: w jednym ze sklepów z odzieżą i sprzętem sportowym, albo w sklepie pamiątkarskim, w którym półki uginają się od towaru – breloczków z szarotką alpejską, pięknie haftowanych obrusów, czy innego rękodzieła, wypieranego powoli przez towar z Chin, nad czym Tyrolczycy niesamowicie ubolewają, bo dla nich jakość jest najważniejsza. Turyści być może zaopatrzą się w delikatesach, gdzie można kupić alpejski ser i wędlinę, albo wszechobecne praliny „Mozartkugeln” (cóż z tego, że Mozart był z Salzburga a nie z Tyrolu…?). Urlop był udany i wrażenia turystów jak najbardziej pozytywne, więc bez oporów dają się ponieść atmosferze i zostawiają „kilka” Euro w lokalnych sklepach.  Wyjeżdżają zadowoleni, urlop udał się w stu procentach. Po powrocie do domu będą długo wspominać pobyt w Alpach i gościnność Tyrolczyków.   

Zastanawialiście się kiedyś, jak to wygląda od drugiej strony? 

Zanim wyjechałam do Austrii sądziłam, że w krajach wysoko rozwiniętych gospodarczo ludzie nie pracują tak dużo jak my w Polsce. No, a przynajmniej nie w takich sielskich – alpejskich klimatach. Szczerze mówiąc bardzo się pomyliłam. Tyrolczycy ogólnie rzecz biorąc bardzo dużo pracują, i to mnie w Austrii chyba najbardziej zaskoczyło.  W Tyrolu nie spotkasz szefa hotelu czy pensjonatu, który siedzi za biurkiem ubrany w garnitur i popija kawę.  Wszyscy wykonują ogrom prac fizycznych i organizacyjnych. W prowadzenie rodzinnego biznesu zaangażowani są wszyscy członkowie rodziny, którzy nierzadko pracują od rana do nocy, nie mając prawie wcale czasu na życie prywatne. Ich celem jest „przetrwać” sezon. Bo w Alpach większość obiektów pracuje w systemie sezonowym. Jest sezon letni i zimowy, pomiędzy którymi jest miesiąc lub dwa przerwy, wtedy hotele są zamykane, a właściciele liczą ile w danym sezonie zarobili.  Przerwa międzysezonowa to również czas remontów, naprawiania drobnych usterek itd. Pamiętam zabawną sytuację w jednym z pensjonatów, w którym pracowałam. Szef, a jednocześnie główny kucharz, wybierał się do sanatorium. Przed wyjazdem okazało się, że musi praktycznie od podstaw skompletować odzież „na co dzień”, gdyż… po prostu jej nie miał –  przez ostatnie kilka lat wskakiwał co rano w swoją odzież roboczą, którą zdejmował dopiero wieczorem.  Warto też wspomnieć, że dzieci właścicieli niejednokrotnie już od maleńkości musiały pomagać w rodzinnym biznesie. Cóż się więc dziwić, że obsługę turystów mają w przysłowiowym małym palcu?

Sporo alpejskich pensjonatów i hoteli to rodzinne biznesy, przekazywane z pokolenia na pokolenie.  Założycielami są sędziwe już dziś osoby („Seniorchef”, „Seniorchefin”), które kiedyś przekazały dany hotel czy pensjonat w ręce dzieci, a dzieci w ręce wnuków. Tak właśnie było w obiektach, w których miałam okazję pracować: prowadzone były przez trzecie już pokolenie. W Tyrolu często podkreśla się, iż dana firma jest właśnie firmą rodzinną: do nazwy obiektu dodaje się zwykle jeszcze nazwisko rodziny, np. „Gasthof XYZ, Familie Gruber”. Poszczególne rodziny mają wyrobioną swoją markę i są bardzo szanowane w lokalnych społecznościach.

Prywatnie Tyrolczycy są dość hermetyczną grupą (jak to górale), z powodu czego narosło wokół nich wiele stereotypów. Jeden z nich to taki, że Tyrolczycy uważają swój region za elitarny, wyjątkowy i najlepszy, a sam Tyrol uchodzi za takie austriackie „pyszałkowo”. Tyrolczycy ponoć nie lubią nikogo i niczego, co pochodzi spoza Tyrolu; nie cierpią reszty Austriaków, w szczególności Wiedeńczyków, a także Niemców, których nazywa się tam „Piefke”. W latach 80-tych powstał nawet krótki serial telewizyjny, który obśmiewa te stereotypy („Die Piefke-Saga”), serial ten uchodzi dziś za kultowy (coś jak nasze „Alternatywy 4”).  Wracając zaś do Tyrolczyków, to nie ma co ukrywać, że przecież żyją z turystyki.  Nie musi to jednak oznaczać, że są uprzejmi i gościnni tylko dla tego, że turyści zostawiają tam „dutki”. A jeżeli tak jest, to w większości przykładają specjalną uwagę do tego, aby turyści nie mieli tego typu odczucia. Są w tym oczywiście mistrzami.

Mówi się też, że Tyrol to kraina mlekiem i sznapsem płynąca. Jeżeli chodzi o mleko, to sprawa jest oczywista: na tyrolskich pastwiskach pasie się około 110 tysięcy krów (dane z roku 2016), więc zarówno mleka, jak i jego przetworów jest tu pod dostatkiem. Co do popularnego sznapsa, czyli kieliszeczka „czegoś mocniejszego”, to jest on czymś normalnym, wręcz obowiązkowym w każdym tyrolskim domu. Jest nie tylko istotnym atrybutem tyrolskiej gościnności, ale też podstawowym środkiem zaradczym na pierwsze objawy grypy czy przeziębienia:)  Poza tym… w Austrii prawo nie zabrania prywatnym osobom wytwarzania sznapsa – mówił o tym kiedyś Robert Makłowicz w jednym z odcinków programu „Makłowicz w podróży”.

Tyrolczycy  pieczołowicie pielęgnują tradycję, ale też potrafią połączyć ją z nowoczesnością.  Przykład wykorzystania tradycji w marketingu? Proszę bardzo: tyrolski strój ludowy, a w szczególności charakterystyczna damska sukienka (taka sama jaką nosi się w Monachium podczas Oktoberfest), zwana Dirndl. W większości obiektów gastronomicznych i noclegowych goście obsługiwani są przez panie ubrane w tyrolskie suknie (rzadziej można spotkać mężczyzn w charakterystycznych skórzanych spodenkach, ale też się zdarza). Robi to na turystach zawsze wielkie wrażenie, a osoba nosząca regionalną odzież bynajmniej nie wygląda jakby właśnie wyszła ze skansenu. Wręcz przeciwnie, wygląda bardzo naturalnie. Każda kobieta pracująca przy obsłudze gości ma kilka własnych Dirndl, a niektóre hotele nawet same zapewniają taką odzież swoim pracownikom. Kobiety w tyrolskich sukniach można spotkać w środku dnia na ulicy, co jeszcze bardziej wzmaga zachwyt turystów („wow, oni tu naprawdę chodzą tak ubrani na co dzień!”). Są to zazwyczaj panie idące do pracy lub wracające z pracy. Tyrolczycy są tak naprawdę dumni ze swoich strojów regionalnych, i noszenie ich nie jest postrzegane jako przykry obowiązek, ale pewnego rodzaju prestiż.

Czego by nie mówić o Tyrolu, obsługa ruchu turystycznego doprowadzona jest tam do perfekcji. Do tego dochodzi wzorowo przygotowana infrastruktura oraz to, co najważniejsze – wspaniała atmosfera, którą Tyrolczycy potrafią stworzyć, nawet jeśli są tylko aktorami w perfekcyjnie przygotowanym show. I to właśnie ta atmosfera powoduje, że chce się tam wracać.

P.S. Ja już też nie umiałabym żyć bez Alp.

 Ania / Austria / Polka w Tyrolu

Share: