Znasz li ten kraj

Znasz li ten kraj

Mówili, że nie będę pamiętać lat, kiedy mnie tu nie było.

Że szybko przypomni mi się, dlaczego wyjechałam z kraju. Że tam wszyscy tylko narzekają. Że nie da się żyć. Że Polska to ciemnogród. A drogo jak cholera. Kto to widział płatne toalety. Obsługa klienta dalej jak za komuny. Wszyscy tylko czekają na pieniądze i prezenty z zagranicy, a potem nie zostawią na tobie suchej nitki. Że raz pojadę i będę miała dość.

Mówili… ci, co może rzadko, ale za to regularnie od chwili emigracji wpadali i wypadali z ojczyzny. Z mniejszym lub większym zainteresowaniem, ale na bieżąco śledzili jej rozwój, przeobrażenia, upływ czasu. Oswajali się ze zmianami – partii rządzących, prezydentów, centrów miast i miasteczek, starych pokojów, dróg do szkoły, placów zabaw z dzieciństwa. Nie zabrakło ich na wszystkich ważnych wydarzeniach rodzinnych. Od czasu do czasu wpadali do domu na święta. Ślub siostry lub brata, może własny, okrągłe urodziny rodziców, jubileusze, chrzty, komunie, wesela i pogrzeb co jakiś czas.

Każda z nas wyjechała z kraju z jakiegoś powodu. Każda też z jakiegoś powodu tam wraca. Po paru dniach, tygodniach, a może miesiącach, dostatecznie nafaszerowane już schabowym z ziemniakami, po zaliczonych obowiązkowych wizytach u ciotek, wujków i kuzynostwa, po piwie ze znajomymi, plotkach z przyjaciółką, gdy zaczynacie mieć lekko dość rozmów przy stole o polityce i Kościele, a baba w sklepie, urzędzie czy autobusie skutecznie odświeży wam polskie cechy narodowe…, wdzięczne, nasycone i może ciut zniecierpliwione lecicie, z nie wiadomo iloma przesiadkami, do swoich domów, wracacie do niepolskich mężów, dwujęzycznych dzieci, pracy i wyzwań, które znają tylko żyjący na emigracji.

Inaczej wraca się do Polski, kiedy nie było się tam 5984 dni. Albo 854 tygodnie. Albo 196 miesięcy. Na lata nie przeliczę, bo nie uwierzycie. Ja sama nie wierzę.

Lecę. Lecę całym sercem, duszą i ciałem. Odliczam dni, godziny, minuty. Ścisk czuję już, gdy samolot obniża się nad falującymi polami w różnych odcieniach zieleni. To już polskie niebo, polskie chmury – myślę sobie. Ronię łzę. Nie mogło być inaczej. Emocje są tak silne, że żałuję bardzo, że w ostatnim etapie podróży, krótkim locie do Krakowa, nie są serwowane drinki.

Jest już ciemno, gdy dojeżdżam do rodzinnej miejscowości. Pierwsze kroki kieruję na cmentarz. “Tatusiu, wróciłam”. “Resztę opowiem ci później. Jutro przyjdę”. Teraz do domu. Nie wypatruje mnie już z kuchennego okna tata z talerzem pełnym naleśników, ale jest mama, rodzeństwo, nowi domownicy; dużo osób tam na mnie czeka. W drzwiach komitet powitalny wita mnie – chlebem i solą (tak, tak, to nie żart). Wszyscy płaczą i śmieją się. Młodsi może nie rozumieją, ale czują doniosłość chwili, wymalowaną na ich twarzach. “Tu masz kapcie” – mówi mama, a słowa te w moich uszach brzmią jakoś surrealistycznie. Po niekończących się uściskach siadamy do stołu nakrytego jak na Boże Narodzenie. Jemy zamówioną przeze mnie wcześniej zupę pomidorową z ryżem. Jest też tort z fajerwerkami na moją cześć. Tyle lat w kraju mlekiem i miodem płynącym, a nigdy nie widziałam takiego cuda!

Emocji, które towarzyszyły temu pierwszemu powrotowi, nie jestem w stanie do dziś opisać. Być może nigdy nie zdołam. Wracam teraz tak często, jak mogę, lecz nigdy na wystarczająco długo. Za każdym razem, każdą komórką chłonę mój ojczysty kraj i nigdy nie mam go dość. Zamykam oczy i wdycham powietrze pachnące dzieciństwem. Spaceruję po ścieżkach, gdzie spotykam wspomnienia, odpowiedzi, znajome twarze i samą siebie. Zajadam się wartościami, wychowaniem, wiedzą, kreatywnością, które stąd wyniosłam i popijam spokojem i beztroską, które daje mi przebywanie w starych ukochanych miejscach. Puste i wyschnięte naczynie (które na własne potrzeby nazwałam “polskomierzem”) powoli, stopniowo zapełnia się. Zaburzone procesy, przerwane ciągi, brakujące ogniwa powoli układają się w znów całą, integralną “ja”.

Mówili… i dalej mówią, że w Polsce nie da się żyć. A ja pytam – tylko czy da się żyć bez niej?

Joanna Marszałek

Spełniona matka i spełniająca się dziennikarka. Dojrzała już kobieta po czterdziestce, której ciągle pstro w głowie. Lubi niebezpieczne miejsca, niepopularnych ludzi i nieprzewidziane zdarzenia. Nieustannie szuka przygód, guza i niezwykłych historii zwykłych ludzi. Na emigracji od 2000 roku. Kocha ziemniaki w każdej postaci i jezioro Michigan.

Blog: Limonka do rosołu

8
Dodaj komentarz

avatar
7 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
8 Comment authors
AniaMalgorzataNatalia BredeDorotaAgnieszka Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Justyna
Gość

nie da się żyć…

Dagmara
Gość
Dagmara

Poruszajacy artykul, i zarazem odbicie lustrzane mnie samej.. Jak bardzo rozumiem autorke artykulu..

Wioletta
Gość
Wioletta

Serce pęka… z tęsknoty

Agnieszka
Gość

Wracam właśnie z Polski, po miesiącu podróży. To była podróż życia. Potrzebna mi, bardzo.
Czułam się jak turystka w egzotycznym kraju, z tą przewagą, że znam dobrze lokalny język.
Niewiele mówią mi nazwiska polityków, celebrytów.
Zobaczyłam piękno polskich miast (miałam na to nareszcie czas), rozczuliłam się spacerując po niegdyś dobrze mi znanych miejscach. Pozwgnalam pewne wspomnienia, nasstawilam języczek wagi „przeszłość-teraźniejszość” na zero.
Wracam z głową i sercem po przejściach.
Wyjątkowo spokojna.

Dorota
Gość

Pięknie napisane i tak bardzo prawdziwe…

Natalia Brede
Gość

Może i można… Ale dla mnie też te powroty choć na chwilę są ważne i zakotwiczają mnie w różnych rzeczywistościach. Tak wolę.

Malgorzata
Gość
Malgorzata

Asieczku, sciskam mocno. Rusek

Ania
Gość
Ania

Tak bardzo Cię rozumiem….ja również moje pierwsze kroki po powrocie kieruję na cmentarz do mojegoTaty….A przed kolejnym wyjazdem zawsze się idę z Nim pożegnać, mówiąc, że niedługo znowu do Niego przyjadę….
Tyle, że ja wracam częściej….