Felietonykurierka

Pamiętam czas, kiedy bardzo denerwowałam się na kuriera, który zamiast doręczyć mi przesyłkę dzwonił do drzwi i nie czekał nawet pięciu sekund, tylko odjeżdżał. Aż trzeciego dnia przygotowana na dzwonek domofonu pobiegłam od razu do okna i krzyknęłam: “Hej, jestem tutaj”. Albo dlaczego ci kurierzy dzwonią tak długo lub pukają tak głośno, że sąsiedni budynek słyszy. Nie wspomnę już o tym, jak dziwiły mnie późne powroty mojego męża do domu, bo wydawało mi się, że doręczanie paczek nie może trwać długo.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a raczej jeżdżenia.

Przez cztery tygodnie zdobywałam doświadczenie w tym zawodzie, w dodatku w obcym dla mnie kraju, zmagając się ze szkockim akcentem, prowadząc small talk, którego nie lubię i to w najgorętszym okresie pracy, czyli przedświątecznym. Ilość paczek wówczas się podwaja, ale czas na dostarczenie niestety magicznie się nie wydłuża. W dodatku pogoda nie ułatwiała mi tego zadania. Było słońce, deszcz, śnieg i mróz, a nawet wichura.

Nigdy nie brałam pod uwagę pracy w zawodzie kurierki. Do czasu, kiedy mąż złamał kość w stopie, miał leżeć około 4-6 tygodni, ale po tygodniu musiał wrócić do pracy. Każdy kto ma własną działalność wie, że jak się nie pracuje, to się nie zarabia. W dodatku jeśli zależy ci na pracy i nie chcesz jej stracić, to musisz znaleźć rozwiązanie i tym rozwiązaniem byłam ja. Pracowaliśmy wspólnie, bo gdybym miała to robić samodzielnie, to straciłabym mnóstwo czasu na poznanie jego terenu pracy i zwyczajów klientów.

Co było dla mnie najtrudniejsze?

Myślę, że właśnie wyjście do ludzi, zapukanie do drzwi i wręczenie paczki jej właścicielowi. Z pewnością każda introwertyczka mnie zrozumie.

Na początku sytuacji nie ułatwiał mi mąż, krzycząc do mnie z samochodu: “Marta musisz pukać głośniej, musisz dzwonić dłużej i tak, jakby się paliło”. Na początku denerwowało mnie to, bo bałam się, że zaraz ktoś wyskoczy i powie mi: Czy ty jesteś normalna? Ale później zrozumiałam, dlaczego mam tak robić. Kiedy zapukasz za cicho, to nikt ci nie otworzy, a potem gdy już będziesz wsiadać do auta, nagle ta osoba wyskoczy z domu i powie: “Ale ja jestem”, bądź co gorsza wystawi ci ocenę: “kurier nie pukał” w odpowiedzi na status doręczenia twierdzący, że nikogo nie było. Więc dobijasz się do drzwi bardzo głośno i jak już swoim pukaniem doprowadzisz mieszkańca prawie do zawału, on bardzo szybko otworzy, myśląc, że coś się stało. W tej pracy liczy się czas!

A dojechać trzeba pod każdy adres z listy, nie oszukasz tego. W aplikacji jest gps, a jeśli kogoś nie zastaniesz, to paczka przechodzi na następny dzień do doręczenia plus nowa dostawa.

Drugą moją obawą był szkocki akcent.

Znam język angielski na bardzo dobrym poziomie, ale akcent szkocki? NO WAY – to za trudne, a co jeśli ktoś mi zada pytanie o coś, a ja nie będę umiała odpowiedzieć? Zazwyczaj nie ma czasu na pogaduszki, ale oprócz doręczeń czasami też musiałam odebrać paczkę, którą ktoś chciał nadać, a to już dłuższa chwila pod drzwiami i nadarzająca się okazja do rozmowy. Albo tak uwielbiany w tym kraju small talk, przed którym uciekam. Na szczęście ładny uśmiech, przytaknięcie, odpowiedzenie czegoś miłego i dodanie “przepraszam, spieszę się” zawsze załatwi sprawę.

A jak reagowali ludzie na to, że jestem Polką?

Zazwyczaj nawet się nie orientowali, bo średni czas, jaki spędziłam z odbiorcą paczki, to było jakieś 10-15 sekund. Najdłuższa część to oczekiwanie na otworzenie drzwi i zrobienie zdjęcia podczas wręczania przesyłki. Czasami się to nie udawało, bo ktoś ją chwytał i szybko zamykał drzwi. Jeśli już była osoba, która znalazła chwilę na rozmowę, to pomimo iż zauważyła mój inny akcent, nie czułam, abym była z tego powodu traktowana gorzej. Pamiętam jednego Szkota, który pięknie odpowiedział mi “dziękuję bardzo”, a mojemu mężowi kiedyś przyznał się, że ma w rodzinie osobę z Polski. Ale muszę tutaj podkreślić, że Szkoci są bardzo przyjaźni i to da się odczuć każdego dnia w różnych sytuacjach życiowych.

W ciągu czterech tygodni pracy tylko RAZ zostałam źle potraktowana. Było to wtedy, kiedy przy doręczeniu otworzyła mi się paczka i adresatka miała do mnie pretensje. Krzyknęła na mnie i zatrzasnęła drzwi. Ja zawsze wręczając paczkę, witałam się z uśmiechem na twarzy, nawet stojąc w deszczu. Zazwyczaj ludzie odwzajemniają się tym samym, może dwie osoby na dziesięć bywały obojętne. Ale w pośpiechu, jaki towarzyszył mi na co dzień, nie przejmowałam się tym.

Pogoda również była sporym wyzwaniem.

Nie możesz ubrać się za ciepło, bo po kilku minutach zaczynasz się pocić. Najważniejsze jak zawsze jest dobre nieprzemakalne obuwie i kurtka, szczególnie w tak deszczowym kraju jak Szkocja. Widok kuriera czy listonosza w krótkich spodenkach i rękawie, nawet w chłodny dzień, przestał mnie już dziwić. Choć ja aż tak odważna nie byłam. Ale jedno muszę przyznać, ta praca bardzo hartuje organizm. Wysiłek fizyczny i bardzo duża ilość kroków podniosły moją odporność. Zmokłam nie raz, czasem zmarzłam, a czasem wiało okrutnie, ale nie rozchorowałam się. Natomiast jest się narażonym na kontuzje, szczególnie w zimie. Wielu właścicieli posesji nie odśnieża wejść i nie posypuje lodu solą. Poczułam to na własnej skórze. Podczas ataku zimy nawet spółdzielnie osiedlowe tego nie robią. To naprawdę jest wyczyn godny podziwu, wysiąść z auta i z paczką w ręce przejść po śliskiej nawierzchni.

Jakie to były przesyłki?

Różne, od wielkich pudeł po małe koperty, a te cieszyły mnie najbardziej, bo wtedy nie musiałam pukać, tylko wrzucałam je do tych wspaniałych otworów na listy w drzwiach. Jak dla mnie cudowny wynalazek. Gorzej kiedy zabrakło kilku milimetrów wszerz lub wzdłuż. Maksymalna waga przesyłki to 17 kg, ale takie zdarzały się bardzo rzadko.

Najszczęśliwszym momentem był ten, kiedy na wyświetlaczu aplikacji pojawiał się komunikat – praca zakończona.

Czy będę jeszcze kiedyś pracować jako kurierka?

Nigdy samodzielnie, bo dla mnie orientacja w terenie to ciężka sprawa, muszę mieć nawigatora. To zapewne kwestia obycia z terenem, ale wspólna praca z mężem pomimo naszych różnych charakterów i latających nad nami piorunów pokazała nam, że potrafimy działać razem.

Po tym doświadczeniu stałam się też pewniejsza jako kierowczyni i odważniejsza w kontaktach z ludźmi obcojęzycznymi.

No i czekam na wiosnę. Część trasy mojego męża to tereny wiejskie, a dla tych szkockich widoków, warto pokonać trudy tej pracy. To były najpiękniejsze momenty. 

Marta Ratajczyk

4.7 9 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze