Kiedy pod koniec zeszłego roku dogadywałam szczegóły z wydawnictwem odnośnie do premiery mojej książki o Wyspach Owczych, miałam już kupione bilety do Urugwaju. Tym razem nie były to jednak bilety na coroczne zimowanie, lecz one way ticket na półkulę południową.

Gdy 22 lutego 2023 roku ukazały się „Wyspy (bardzo) Owcze”, działania promocyjne prowadziłam już z Montevideo, czym zaskoczyłam wielu czytelników i czytelniczek. Ale jak to Kinga, nie będziesz już mieszkać na Owczych? Przecież Wyspy Owcze i Ty to synonim! Ty jesteś z Północy, nie pasujesz do latynoskiego świata! – gdybym dostawała złotówkę za każdą tego rodzaju wiadomość w mojej skrzynce odbiorczej, miałabym w garażu nowego Mini Coopera. Zaczęłam więc zastanawiać się, czy rzeczywiście moja tożsamość tak silnie opierała się na Wyspach Owczych, że po wyjeździe z nich nie jestem już tą samą osobą. Doszłam do wniosku, że jestem, ale nagła zmiana miejsca zamieszkania, zaburzyła mój obraz tym, którzy do tej pory silnie identyfikowali mnie z nordyckim światem. Jak się okazało, nie jestem w tym sama.

Jakiś czas temu znana podróżnicza blogerka Eva zu Beck (tak naprawdę to nasza polska Ewa Zubek, tyle że nagrywająca po angielsku i celująca w międzynarodową publikę) ogłosiła dwuletni projekt o nazwie Expedition Wild, który zakładał przejechanie z Meksyku na północ Alaski, a następnie zjazd Panamericaną na samo południe, aż do argentyńskiej Ushuai. Obserwatorzy Evy nie kryli zachwytu projektem oraz uznania dla jego pomysłodawczyni. W mediach społecznościowych Evy posypały się komplementy, ochy, achy, życzenia powodzenia, a także szczere zapewnienia o trzymanych kciukach.

Eva dojechała na Alaskę, tak jak zakładał jej plan, jednak w drodze na południe poczuła, że całe to podróżnicze przedsięwzięcie ją przytłacza.

Nic dziwnego – młoda dziewczyna, przemierzająca kontynent defenderem (który jednocześnie był jej domem!) w towarzystwie owczarka niemieckiego napotykała na swojej drodze mnóstwo przeciwności losu. Początkowo wyzwania te stanowiły idealne źródło materiałów dla youtube’owych filmików, jednak z czasem godziny spędzone za kierownicą, ciągłe naprawy auta oraz zatracenie poczucia sensu zaczęły Evę przerastać. Pewnego dnia vlogerka ogłosiła, że czuje się wypalona, przerywa Expedition Wild i robi sobie przerwę, na dodatek nie tylko od wyprawy, ale w ogóle od YouTube’a. Poza grupą odbiorców, która wykazała zrozumienie dla tej decyzji, na Evę posypały się gromy. Oburzenia nie kryli też jej patroni, którzy poczuli się oszukani. Sponsorowali przecież swoją ulubioną twórczynię, aby razem z nią odkrywać uroki obu Ameryk, a nie opłacać jej kilkumiesięczny urlop. 

Oto jak łatwo stajemy się niewolnikami swojego własnego wizerunku, który latami mniej lub bardziej świadomie kreujemy.

Przyzwyczajamy otoczenie do tego, że mamy konkretny zawód, pasję, miejsce zamieszkania, po czym każde odstępstwo od tego szablonu budzi niepokój, zdziwienie lub rozczarowanie, a następnie prowadzi do powierzchownych, często niesprawiedliwych, osądów. Podróżnik, który po latach założył rodzinę i zaczął prowadzić osiadły tryb życia? Zdradził swoje ideały! Księgowa, która nagle wyjechała w kilkuletnią podróż? Oszalała! Blogerka kulinarna, która postanowiła się przekwalifikować na life coachkę? Pewnie chciała więcej zarabiać, więc poszła w te „kołczingowe głupoty”, itp., itd. Dokładnie tak poczułam się, gdy opuściłam Wyspy Owcze na rzecz Urugwaju, gdy zrezygnowałam z jednych studiów, by podjąć drugie, gdy zdecydowałam się zrobić kurs masażu, a nie znowu czegoś związanego z językami. Nasze decyzje zawsze będą dla kogoś rozczarowaniem, ważne, by dla nas były świadome i miały sens.

Mam dobrą wiadomość dla tych, którzy nie boją się zmian, a wręcz karmią się nimi i lubią rzucać się na głęboką wodę.

Współczesny świat wymaga ciągłego wymyślania siebie na nowo. Być może już niedługo moje felietony i książki nie będą nikomu potrzebne, bo tego typu teksty bez problemu wygeneruje w kilkanaście sekund sztuczna inteligencja. Wówczas nie pozostanie mi nic innego, jak skręcić w ścieżkę gastronomii lub przejść do zawodu, który nie został jeszcze nawet wymyślony. Nie bądźmy niewolnikami swoich marek osobistych – to my powinniśmy je kształtować, a nie one nas. W końcu jedyną stałą jest zmiana, więc nie traktujmy jej jako coś złego i niepokojącego. Próbujmy nowych rzeczy, zdobywajmy nowe kompetencje, próbujmy, eksperymentujmy.

Tu jednak czyha na nas inna pułapka – perfekcjonizm.

Przez długi czas towarzyszyło mi przeświadczenie, że jeśli biorę się za jakąś dziedzinę, to muszę być w niej najlepsza. Muszę wymiatać, rozkładać konkurencję na łopatki, nie mieć sobie równych. To fałszywe przekonanie zmieniła moja dorosła emigracja. Mieszkając na Wyspach Owczych, zdałam sobie sprawę, że nigdy nie nauczę się języka farerskiego na poziomie języka ojczystego. Mogę w nim mówić, czytać i pisać, ale zawsze będzie to już dla mnie język obcy. Kiedy skonfrontowałam się z tą myślą, początkowo ogarnęło mnie dziwne przerażenie, ale tuż po nim kroczyła pełna akceptacja. Dziś, mieszkając w Urugwaju, nie odczuwam najmniejszej presji, jeśli chodzi o moją znajomość hiszpańskiego. Radzę sobie w życiu codziennym, ogarniam podstawy, ale nie czuję ciśnienia, by czytać Borgesa w oryginale.

Tak więc pamiętaj, że rozpoczynając uprawianie nowej dziedziny sportu, nie musisz zdobywać złotego medalu na igrzyskach olimpijskich. Ucząc się nowego języka, nie musisz brzmieć jak native speaker. Liczy się suma doświadczeń, bo po laury i tak sięgają przecież tylko nieliczni. Nie postrzegajmy się też przez pryzmat naszych profesji, związków, możliwości – to myślenie starego świata. W nowym świecie – bądźmy sobą, bo paradoksalnie to właśnie jest najtrudniejsze.

Kinga Eysturland

Książkoplaner kobiety ciekawej świata, a w nim:

– podryw w Japonii wg Nati Ishigaki albo meksykańskie święto zmarłych i listopadowe sentymenty Basi Piotrowskiej, czyli kalendarium – 12 miesięcy pełnych świąt i tradycji z całego świata otoczone opowieściami sezonowymi Polek na Obczyźnie,

– jak zrobić falafele po egipsku albo greckie pączki – to tylko dwa z wielu lokalnych przepisów,

– dlaczego w Gruzji chodzi się na pogrzeb w złotych butach i czy pakistańska teściowa jest tak straszna, jak ją malują, czyli felietony Polek na Obczyźnie,

– gdzie pochowano Jamesa Bonda i dlaczego w nowojorskich parkach nie wolno sikać na gołębie, czyli ciekawostki ze świata,

– “będziesz płakać i mówić, że chcesz wracać i że wszystko nie ma sensu…” czyli co by sobie powiedziały Polki na Obczyźnie przed wyjazdem z Polski…

A także zdjęcia, cytaty, planery, podsumowniki, pytania wzmacniające samoświadomość, planery do planowania codziennych zadań polecajki książkowe i wiele innych…
 
W sumie 280 kolorowych stron pełnych świata ❤️
4.7 12 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Awatar użytkownika
Sadeemka
7 miesięcy temu

Genialny tekst!

Justyna
Justyna
7 miesięcy temu

Brawo Kingus, super tekst. Szczera prawda, bo i ja coś tu znalazłam o sobie
( księgowa…) .
Dziękuję, że napisałaś o tym, tak szczerze. Trzymam kciuki.

Gosia
Gosia
7 miesięcy temu

Kochana! Ty mi pasujesz naprawdę wszędzie bo obserwując Ciebie i Twoją działalność mam wrażenie że umiesz się odnaleźć tak samo na wyspach jak gdziekolwiek indziej. Dziękuję za ten tekst bo się noszę z jedną ogromną zmianą w moim życiu a Twój felieton dodał mi właśnie odrobine wiatru w skrzydła ?

Jurka
Jurka
7 miesięcy temu

Dobrze powiedziane, Kinga! Jest to mądre.