FELIETONYwychowałam się na Islandii

Co roku wielu Polaków wraca do kraju. Nie ma jednak statystyk zawierających informacje o długości ich emigracji. Czy po latach mieszkania za granicą można się jeszcze odnaleźć w Polsce? Czy osoby urodzone bądź wychowane na obczyźnie będą chciały wrócić do ojczyzny? Wiele osób rozumie ludzi, którzy chcą emigrować, jednak to zrozumienie maleje wobec tych, którzy pragną powrócić. ,,Nie ma po co wracać.” ,,Będziesz szybciej wracać niż wyjedziesz.” ,,Przecież tu masz już ułożone całe życie, nie uda ci się w Polsce.” To wszystko usłyszałam, kiedy powiedziałam, że chcę wrócić do ojczyzny i, na przekór wszystkim, wróciłam. 

Często mówię o sobie ,,dziecko emigracji”.

Emigracja zawsze była w moim życiu i to z nią, czy to bezpośrednio czy obok, się wychowywałam. Wszystko zaczęło się w 1996 roku, moja mama otrzymała propozycję pracy na Islandii i wyjechała pierwsza, na kilka miesięcy. W tamtych latach mało kto był na wyspie, czy to turystycznie czy emigracyjne. Wielu myliło ją z Irlandią lub oczyma wyobraźni widziało igloo, Eskimosów i śnieg przez cały rok. Nie był to kraj kojarzony z pięknymi krajobrazami, wulkanami, dobrymi zarobkami czy maskonurami. Po kilku miesiącach dołączyłam ja z tatą. Zamieszkaliśmy na Fiordach Zachodnich w miejscowości Bolungarvik. W wieku zaledwie dwóch lat zostałam emigrantką.

Nie były to łatwe czasy do emigracji, szczególnie na Islandii.

Oddzielona oceanem od kontynentu, z szalejącymi sztormami i brakiem wielu produktów, sprawiała wrażenie niedostępnej. Nawet nauka języka była bardzo utrudniona, ponieważ nie było kursów ani nawet słownika. Pierwszy, napisany przez pana Bartoszka, mama musiała zamówić u niego telefonicznie po znalezieniu jego numeru w książce telefonicznej i następnie dostała go pocztą. O tłumaczach dostępnych z urzędu można było pomarzyć, a ledwie garstka potrafiła mówić po islandzku. W końcu w 1996 roku było na wyspie tylko 513 Polaków, obecnie jest nas 20 tysięcy więcej. 

Chodziłam do przedszkola, które nie było jednak otwarte przez cały dzień, więc w czasie przerwy któryś z rodziców musiał mnie zaprowadzić z przedszkola do niani. Surowy klimat i sztormowe zimy sprawiły, że cały czas chorowałam. Rodzice zdecydowali, że zamieszkam na jakiś czas w Polsce z babcią, a oni trochę odłożą i wrócą. Każdy, kto mieszka lub mieszkał za granicą, na pewno zna osoby, co ,,są na rok, odłożą i wracają”, a potem mija dwadzieścia lat, a oni nadal nie wrócili. Tak było w przypadku moich rodziców.

Rozłąka z nimi nie była łatwa. Obecnie są bezpośrednie loty, można zadzwonić przez wideoczat z telefonu, napisać w każdej chwili. Wtedy żeby dostać się na Islandię, trzeba było lecieć z przesiadką, a bilety były kosmicznie drogie. Wideoczat był w formie nagrania na kasetę VHS, którą rodzice wysyłali, a kontakt telefoniczny raz w tygodniu przez kilka minut, bo połączenia nie były tanie. Święta osobno, podobnie Dzień Matki i Ojca. Poczucie osamotnienia, wylane łzy i tęsknota. Z tym mi się wtedy kojarzyła emigracja, mimo że większość osób z otoczenia kojarzyła ją z pieniędzmi. Ówczesny przelicznik doprowadzał do zawrotu głowy i naprawdę emigranci wracali ze sporą gotówką, jeśli umieli nią rozporządzać.

Sama wróciłam na Islandię w wieku 13 lat, w 2007 roku.

Z jednej strony znałam ten kraj, mieszkałam tam już przecież. Z drugiej strony wszystko było nowe. Trudny wiek, nie do końca jest się już dzieckiem, ale daleko do dorosłości. Nie miałam już tej dziecięcej beztroski ale też doświadczenia życiowego osoby dorosłej. Przejmowałam się wszystkim. Tym, że nie umiem mówić po islandzku tak dobrze, by wszystko zrozumieć, że nie rozumiem do końca islandzkiej kultury czy czegoś co na wyspie jest normą, a w Polsce jest co najmniej dziwne (jak np. to że przed basenem wszyscy się rozbierają do naga i idą pod wspólne natryski).

Zaczęłam się zamykać w sobie, moja ekscytacja Islandią spadła do zera. Parę razy odczułam, że jestem inna, gorsza, ponieważ pochodzę z innego kraju. Nie mogłam narzekać na nic, bo ,,skoro ci się nie podoba, to wracaj”. Gdyby to było takie proste dla nastolatki! Wśród moich polskich rówieśników niektórzy obrali taktykę udawania, że nie są Polakami. Zapewne tak było im łatwiej. Udawali, że zapomnieli większości polskiego języka (mimo że z rodzicami mówili biegłą polszczyzną), nie zadawali się z rodakami, stawiali na piedestał wszystko, co islandzkie, a równali z błotem to, co polskie.

Inni robili odwrotnie – rozmawiali tylko z Polakami, śmiali się z Islandczyków, zachwalali Polskę i wszystko co islandzkie było dla nich najgorsze. Gdzieś po środku byłam ja, odbijając się od jednej i drugiej strony, szukając swojego miejsca w tym emigracyjnym świecie. Tak naprawdę każdy z nas miał te same problemy i te same bolączki, tylko każdy inaczej na nie reagował. 

Z czasem nauczyłam się Islandii.

Wszystko na wyspie stało się normalne i swojskie. Język, powiedzenia, kuchnia, kultura. Na obiad udziec barani, jako przekąska suszona ryba z masłem, jako rozrywka rúntur, czyli jazda autem bez celu, czytanie książek po islandzku, długie rozmowy w stajni o islandzkich zawodach jeździeckich. Żyłam jednocześnie jak Islandka i Polka. Dwa paszporty, dwie narodowości, dwie tak samo dobrze znane kultury i poczucie, że oba kraje są ,,moje”. Na pytanie ,,skąd jesteś?” odpowiadałam: ,,z Polski i Islandii”. 

Na wyspie poznałam mojego męża, również Polaka wychowanego na Islandii. Nikt tak jak on nie potrafił mnie zrozumieć. Kupiliśmy nasz pierwszy dom, urodził nam się syn. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy chcemy by on podzielił nasz los, los dziecka emigracji. Co prawda on miałby już ,,lepiej”, mając na wyspie całą rodzinę, łącznie z dziadkami, ciotkami, wujkami i kuzynostwem. Mimo świadomości, że mamy dwa kraje, poczucie tego, że jesteśmy i zawsze będziemy Polakami przebijało się w nas z ogromną siłą. Można by rzec, że piękne, patriotyczne, jednak na emigracji wiąże się z poczuciem wyobcowania, odczucia że nie jesteś i nigdy nie będziesz ,,stąd”, mimo że możesz tak się czuć.

Zdecydowaliśmy się sprzedać dom i wrócić do Polski.

Po początkowej euforii nie było wcale łatwo. Nastąpiło poczucie wyobcowania, ale we własnej ojczyźnie. Poczułam się tak, jakby nigdzie nie było mojego miejsca. Przecież ciągnęło mnie do Polski, czemu nie czuję się więc dobrze? Łatwiej mi było się odnaleźć wśród imigrantów, bo sama poniekąd tak się czułam.

Przyszedł kryzys, taki jak zazwyczaj dotyka osoby wyjeżdżające z Polski. Mój kryzys emigracyjny dopadł mnie we własnej ojczyźnie. Rzeczy, normalne dla osób mieszkających w Polsce lub takich, które emigrowały jako dorosłe, były dla mnie obce. Dlaczego rachunek za internet nie przychodzi na konto bankowe? To trzeba samemu robić przelew? Co to jest parafka? Nigdy nie używałam takiego słowa. Czynny akt żalu? Sama mam wyliczyć odsetki? Jak to samochód, który kupuję, ma OC do grudnia i nie muszę od razu wykupić nowego? Badania lekarskie do pracy? Będąc dorosłą, poczułam się jak dziecko, które pierwszy raz ma styczność z dorosłymi sprawami. 

To poczucie było tak mocne, że zapragnęłam wrócić na Islandię. Jednocześnie w Polsce się już zadomowiliśmy. Utknęliśmy w dziwnej sytuacji. Postanowiliśmy na jakiś czas wrócić. Tak, wróciliśmy na Islandię po półtora roku w Polsce. Mimo uśmieszków znajomych Polaków na Islandii i komentarzy: ,,wiedzieliśmy, że wrócicie”. Na spokojnie ułożyliśmy sobie wszystko w głowie i mając ogląd z dwóch stron, uznaliśmy, że to właśnie w Polsce chcemy mieszkać. Po kolejnym półtora roku na Islandii wróciliśmy do ojczyzny już na stałe, bez powrotu na wyspę. 

Jaki błąd popełniliśmy za pierwszym razem?

Nie mieliśmy planu na życie w Polsce. Osoby emigrujące zazwyczaj wiedzą, po co jadą do innego kraju. Odłożenie pieniędzy na własne mieszkanie, chęć poznania innej kultury czy zwiedzanie od podszewki. My nie mieliśmy żadnego planu na powrót. Sprzedaliśmy dom i pojechaliśmy. Za drugim razem wróciliśmy do Polski dopiero, kiedy mieliśmy dokładny plan na siebie i konsekwentnie go realizujemy. 

Dopiero teraz czuję, że jestem tam, gdzie moje miejsce. Paradoksalnie musiałam wrócić na Islandię, by się o tym przekonać. 

Nasz syn chodzi do przedszkola, my szybko podjęliśmy pracę, realizujemy się i spełniamy nasze mniejsze i większe marzenia. Cieszymy się chwilą i tym, czego na Islandii nam brakowało. Są to bardzo przyziemne rzeczy. Szelest liści na drzewach, zapach lasu, lodowata woda w górskim potoku, łąki pełne maków, zagubiony motyl.

Powrót do Polski można porównać z emigracją. Sporo rzeczy jest obcych, a bez planu na życie możemy się sparzyć i czuć nieszczęśliwi. 

Nie znam życia przed Islandią. Nie wiem, jak to jest zastanawiać się, jak się mieszka w innym kraju, jak to jest podjąć decyzję o emigracji. Ona zawsze była w moim życiu, jest i będzie już na zawsze jego częścią. Po tak długiej emigracji na zawsze już zostajemy po części emigrantkami. Zawsze ten drugi kraj będzie obok, będziemy porównywać go z Polską.

Ewelina Gąciarska

Zdjęcia zamieszczone w tekście pochodzą z prywatnego archiwum autorki

5 10 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Kinia
Kinia
4 miesięcy temu

Dla mnie to jest przejaw największego patriotyzmu! Naprawdę nie wierzyłam w te opowieści o powrocie do Polski z Islandii, pewnie dlatego, że sama bym nie wracała, a tu proszę…

Edyta
Edyta
3 miesięcy temu

Odkryłam ten artykuł podczas poszukiwań tekstów o emigracji. Czytałam go młodzieży w szkole na lekcji.Stanowił bazę do dyskusji ! Bardzo dobry tekst. Dziękuję .