FELIETONYchoroba

Nie mam już w sobie za grosz sentymentalizmu. Nie będę już żyć złudzeniami. Zdecydowanie wyleczyłam się z marzeń o powrocie “na ojczyzny łono”. Moją pobudką z sentymentalnego snu była choroba taty. 

Mieszkam poza granicami kraju prawie dwadzieścia lat, Mam jednak duszę romantyczki. Od małego wychowana w duchu patriotyzmu i przywiązania do polskich tradycji pielęgnowałam w sobie dawne obrazy z dzieciństwa. Jako ukochana, wypieszczona jedynczka mam szczęście być szczęśliwą posiadaczką pięknych wspomnień. Mam w sercu piękne obrazy cudownie ukwieconych łąk, saren pasących się na łące pod lasem, soczystych kolorów jabłek w sadzie rodziców. Dlatego wciąż miałam nadzieję na spokojną starość w takich okolicznościach przyrody. Zdaję sobie sprawę, że to brzmi jak opowieść z kolorowego czasopisma albo wyznanie naiwniary. Co zburzyło tę piękną wizję?

Jesienią 2021 roku nareszcie cieszyłam się odwiedzinami u rodziców. Wszyscy pewnie pamiętamy ten czas, kiedy pandemia zamknęła nam granice, a my byliśmy odseparowani jak wystraszone zwierzęta w klatkach. Wraz z rodzicami spacerowaliśmy po parku, zwyczajnie cieszyliśmy się sobą. Nie przypuszczałam nawet, że była to nasze ostatnie spacery w pełnym składzie. Już wtedy tata zaczął mieć większe problemy zdrowotne, dokuczało mu nietrzymanie moczu, pojawił się kaszel. Miał jednak stałego lekarza, systematyczne co pół roku robił badania, brał leki. Podobno wszystko było w jak najlepszym porządku. Oczywiście do momentu, gdy dobre wyniki dziwnym trafem zmieniły się w problematyczny guz w pęcherzu. Prośby o przyspieszony zabieg i oraz serię dodatkowych badań wykluczających ewentualne przerzuty pozostawały bez echa. Dodatkowym problemem był oczywiście koronawirus, który nadal stanowił zagrożenie. Jakakolwiek przyspieszona interwencja, badanie, porada pozostawały tylko na papierze. W rzeczywistości były tylko wielkie i długie kolejki, ciągłe czekanie.

Z tego wszystkiego zima przeszła jakoś niezauważenie. Tylko w Wigilię tata patrzył ze smutkiem na ukochanego karpia, bo nie miał już apetytu. 

Wiosna powitała nadzieją, trawa się zazieleniła, ptaki śpiewały radośnie. Tata doczekał się terminu zabiegu. Wszyscy mieliśmy nadzieję na poprawę, sama planowałam już urlop z rodzicami. Chciałam zabrać ich nad Bałtyk, mieliśmy spacerować po plaży i cieszyć się sobą. Tymczasem na głowę spadła nam brzmiąca jak wyrok diagnoza: nowotwór złośliwy pęcherza moczowego. Podświadomie czułam, że tak będzie. W głowie miałam dosłownie mętlik, obawę i złość, bezsilność i pretensję do lekarzy za ich opieszałość. Nie wspomnę o chorym systemie ochrony zdrowia, który zamiast leczyć tylko pogarszał sytuację pacjentów. 

Choroba wyniszcza podstępnie, po cichu. Tata ginął w oczach, tymczasem ja walczyłam z biurokracją. Na wszystko potrzeba papierka, skierowania, zgody, przyklepania. Tylko uśmiechu i empatii w tym brak. Nie zapomnę tych twarzy w klinice, gdzie ludzie zmęczeni walką z samym sobą, szukają życzliwości, a spotykają tylko zimne ściany korytarzy. 

I jeszcze dochodzi czekanie. Czekanie na kolejny wynik, czekanie na zgodę lekarza, czekanie na krople chemii, czekanie na to, czy samodzielnie dadzą radę podnieść się z łóżka. 

Mój tata przegrał walkę z chorobą, ale nie przegrał walki o odwagę i godność. Jakże był pogodny w te ostatnie dni, nadal dowcipkował, martwił się o innych, a nie o siebie. Uśmiechnięty i cichy, pełen pokory.

Śmierć taty i moje doświadczenie walki z polską ochroną zdrowia w obliczu choroby nowotworowej odebrały mi wiarę w szczęśliwą starość w ojczyźnie. Wspomnienia sielanki dzieciństwa wyparł obraz niepewnego jutra i mnie jako staruszki za jakieś trzydzieści lat. Pełno we mnie wątpliwoścI. Zdaję sobie sprawę, że należę do grona osób z ryzykiem zachorowania na raka. Cóż, takie geny. Oczywiście mam jeszcze sporo szans na uchronienie się przed tą chorobą i nadzieję na medyczny cud. Chyba jednak nie mam w sobie ojcowskiej pokory i cierpliwości, wolę być zapobiegliwa. Tym razem nie straciłam tylko rodzica, straciłam serce dla mej ojczyzny.

Podobno nie ma systemu idealnego. Czy jednak człowiek w obliczu tak strasznej choroby nie powinien liczyć na coś więcej niż tylko stos papierów do wypełniania. Gdzieś w tym wszystkim właśnie najbardziej brakowało człowieka, ludzkiego podejścia, uśmiechu i wyciągniętej dłoni, które zastąpiła absurdalna armia służbistów. 

Viola Kręgowska

KALENDARZ POLKI 2023

kalendarz na cztery pory roku

Już po raz trzeci zabieramy Was w całoroczną podróż dookoła świata wraz z Kalendarzem Polki, jedynym w swoim rodzaju plannerem-książką.

Tym razem czeka na Was jeszcze więcej zdjęć i tekstów, których autorkami jesteśmy my – Polki z Klubu Polki na Obczyźnie. Znów opowiadamy o tym, co jest nam najbliższe – o życiu na emigracji oraz pasji do podróżowania i odkrywania świata. O lokalnych ciekawostkach, świętach, wyjątkowych miejscach i smakach, ale także o naszych marzeniach, wspomnieniach i przemyśleniach. 

Do każdego egzemplarza dodajemy eko torbę na zakupy w prezencie (do wyczerpania zapasów).

5 4 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Agata
Agata
1 miesiąc temu

Bardzo mi przykro z powodu twojego taty . Jeśli myślisz że gdzieś indziej jest inaczej to myślę że jesteś w błędzie . Brytyjska służba zdrowia jest jeszcze gorsza. Sama przeszłam przez horror więc naprawdę wiem co mówię.

Hanka Loch
Hanka Loch
1 miesiąc temu

Ściskam, mój tata też zmarł na raka i polska służba zdrowia potraktowała go w bezduszny sposób. Złożyłaś skargę? Bo my nadal się zastanwaimy. Chciałbym to zrobić, ale nie chcę rozgrzbywać tych spraw, żeby nie sprawić jeszcze większego cierpienia mamie. W szpitalu MSWiA lekarze czują się tak bezkrani, że wrecz powiedzieli nam z sarkastycznym uśmieszkiem, że dostają tyle skarg, że nawet nikt tego nie czyta. Z takim podejściem nie mam szans na poprawę sytuacji.

Joanna
Joanna
1 miesiąc temu

Hej! Bardzo mi przykro z powodu tego przez co musieliście przejść. U mnie kolejność zdarzeń była odwrotna – choruję od urodzenia i całe moje życie było usłane wydzwanianiem po lekarzach, bieganiem po przychodniach, staniem w kolejkach i ogólnie PROSZENIEM SIĘ o pomoc i opiekę. Zabrzmi to brutalnie, ale moim zdaniem podejście do pacjenta w Polsce zmieni się dopiero jak “wymrze” pokolenie lekarzy i pielęgniarek PRLu, a na ich miejsce przyjdą obecni młodzi, którzy nie są przesiąknięci poprzednim systemem. Pytanie czy obecna sytuacja ich nie zniechęci? Ilu z nich zostanie a ilu wyjedzie? Ilu, niestety, nasiąknie starym podejściem? Nawet kiedy przeszłam… Czytaj więcej »