FELIETONYdźwięki

Mieszkam w magicznym zakątku ziemi. Moim domem jest galeria dzieł sztuki, w której błyskawicznie zmieniają się wystawy. Każdego dnia mam w oknach nowy obraz, nowy pejzaż i nową perspektywę. Niby ten sam widok, te same szczyty, trochę przestrzeni, kawałek nieba, a jednak za każdym razem w innej scenerii i w innym nastroju. Rolka zdjęć w telefonie trzeszczy od pejzaży.

Mieszkanie na norweskiej wyspie położonej daleko na północy wiąże się z doświadczaniem pogodowej huśtawki, stąd też nagłe zmiany widoku. Są takie dni, gdy większość czasu spędzam w domu, wpatrując się w widok za szybą. Ale dla mnie okna to nie tylko obrazy oprawione w białe ramy.

Od samego rana dudni jak na koncercie okropnej kapeli rockowej. To deszcz, który z każdym silniejszym porywem wiatru łomocze o szybę. Przy sztormie jest dużo głośniej, wtedy do kakofonii dźwięków dochodzi odgłos drobinek lodu. Momentami kapela daje czadu, jakby chciała przypomnieć o swojej mocy i istnieniu. Jesienią i zimą górę biorą mocne, nierytmiczne dźwięki, czasami nastaje też głucha cisza. W zwykłym pośpiechu dnia przestaję ją słyszeć. Trudno jest usłyszeć ciszę.

Od wczesnej wiosny w mojej sypialni okna są otwarte przez całą dobę. Pojawiają się nowe dźwięki, zaczynam brać udział w premierach, każdego dnia z coraz większą grupą muzyków. Deszcz, śnieżyce i cisza ustępują ptasim koncertom, co chwilę przerywanym dźwiękami cywilizacji. W sezonie na moją wyspę przylatują tysiące ptaków. Większości nigdy w Polsce nie widziałam, a już na pewno nie słyszałam. Ich zaloty, trele i dźwiękowe ostrzeżenia to moja codzienność od maja do września, potem znowu odlatują.

Tak jak przyzwyczajam się do widoku za oknem, tak przyzwyczajam się również do otaczających mnie dźwięków.

Zdarzyło mi się wyjechać do dużego miasta, na stały ląd jak określamy Półwysep Skandynawski. Wystarczył mi jeden weekend w miejskim zgiełku, żeby przypomnieć sobie o dźwiękach, za którymi ani trochę nie tęskniłam, od których uciekłam i docenić te, które otaczają mnie na co dzień.

Wychowałam się w mieście i przy jego dźwiękach. Po wyjeździe za granicę, przyzwyczajona do miejskiego szumu i aglomeracyjnych dźwięków, zamieszkałam w jeszcze większej metropolii. Dopiero gdy moim domem stało się wygwizdowie, konkretne zadupie gdzieś na północy Norwegii, przypadkowe dźwięki otaczającego mnie świata zmieniły się w muzykę, a okno zaczęło pełnić funkcję głośnika.

Dźwięki mają na nas ogromny wpływ i bardzo często nie jesteśmy nawet świadomi jak wielki.

Nie ma potrzeby pisać o wyciszaniu i kojeniu duszy dźwiękami muzyki. Ani też o pozytywnym rozwoju dzieci poddawanych działaniu spokojnej muzyki. Napiszę za to o wpływie otaczających dźwięków na tempo naszego życia. 

Zaczęłam robić na drutach dwa lata temu i jak to na początku każdej nowej umiejętności bywa, szło wolno i mozolnie. Z czasem nabrałam wprawy i do dziergania dołożyłam seriale lub podcasty (teraz nie muszę już bez przerwy patrzeć na druty). Wiecie co zauważyłam? Im szybsza i bardziej wartka była akcja w telewizorze, tym szybciej dziergałam, stresując się narracją.

Kiedy jeszcze mieszkałam w mieście, nie był mi obcy pośpiech, dynamika i związany z tym stres. Bardzo dobrze sobie z nim radziłam, bo był on częścią mojego życia, mojej codzienności. Szybko do samochodu, rozwieźć dzieci, zdążyć do pracy, rozwiązać mnóstwo nastoletnich konfliktów i przy okazji czegoś nauczyć. Potem odbiór dzieci ze szkoły i przedszkola, prace domowe, zajęcia dodatkowe, jeszcze ćwiczenia na trąbce i perkusji, obiad, kolacja, kąpiel i spać. Kiedy w domu nastawała cisza, ja słyszałam tylko wielki szum, powinnam była czuć spokój, a miałam w głowie tylko chaos.

Obecnie, mieszkając w małej społeczności, nie robię niczego innego, nie zrezygnowałam z pracy, z dzieci i ich zajęć dodatkowych. Powtarzam te same czynności, ale w zupełnie innych okolicznościach i w innym tempie. To nie znaczy, że chodzę wolniej albo że wolniej poganiam dzieci, gdy zostało krytycznie mało czasu do wyjścia, ale na pewno spokojniej do wszystkiego podchodzę. Gdybym mogła porównać moje obecne życie do robótek na drutach, to z całą pewnością dziergam w tej chwili przy spokojnym, pełnym wysublimowanych wrażeń serialu.

Co się tak naprawdę zmieniło?

Nie jest niespodzianką, że Skandynawia króluje na szczytach list krajów, których mieszkańcy kochają tryb życia w przyjaźni z naturą. Jedną z najważniejszych rzeczy, które zmieniły się w moim życiu, to dźwięki otoczenia i ilość nienaturalnych bodźców. Moją codziennością nie jest już szum setek kół samochodów ocierających się o asfalt. Jeśli komuś zdarzy się zatrąbić w klakson, ogląda się cała okolica. Oprócz dźwięków miasteczka przypominających mi o istnieniu cywilizacji, gdzie robię zakupy i wożę dzieci do szkoły, otacza mnie świst wiatru, szum morza, krzyk mew i śpiew ptaków. Zmieniłam też swój tryb życia, jak najczęściej uciekam na łono natury, w góry, na plażę, jak najdalej od miejskiego zgiełku. Zdarzyło mi się nawet zatęsknić do widoku i szumu fal, gdy zbyt długo nie odwiedzałam wybrzeża. Czuję zapach powietrza, gdy zmieniają się fronty pogodowe i pory roku. Doceniam świat, jego stworzenie, potęgę i mnie samą w trybach wielkiej machiny.

Miasta nęcą dobrą pracą, wachlarzem wydarzeń kulturalnych, statusem społecznym czy możliwościami wyboru. Zabierają nam jednak naszą naturalną potrzebę obcowania z naturą i jej dźwiękami. Nie potrafię wyobrazić sobie życia w trzystutysięcznym mieście, tak jak kiedyś nie mogłam wyobrazić sobie życia bez niego.

Postęp fotografii, cyfryzacji czy jakkolwiek inaczej to nazwać przyzwyczaił nas do błyskawicznego łapania chwil i obrazów. A ja zwyczajnie potrzebuję dłużej. Potrzebuję dłużej zostać w lesie, więcej słuchać ptaków, głębiej wdychać świeże powietrze i szerzej patrzeć, aż po horyzont. Dopiero wtedy jestem szczęśliwa.

Barbara Andrelczyk

4.3 6 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze