Tyle wiesz, ile ci mówią. Trochę o internecie w Chinach

Tyle wiesz, ile ci mówią. Trochę o internecie w Chinach

Po raz kolejny w tym tygodniu wylądowałam w mojej bezpiecznej bańce, gdzie mogę się otwarcie wypłakać, potupać nogami i wykrzyczeć głośne f***k!!! w mokry jeszcze od ostatniej kąpieli ręcznik.

Siedzę bezwładnie na toalecie, a gorzkie łzy rozpaczy ciekną mi po rozpalonych ze złości policzkach. Kątem oka zerkam na roztrzaskany o kafelki podłogowe telefon. Mój najlepszy przyjaciel, mój najgorszy wróg. Nie, nie zerwał ze mną facet. Nie, nie pokłóciłam się z przyjaciółką. Nie, nie przegapiłam ostatniej megawyprzedaży na jednej z sieciowych stron modowych. Skąd więc ten nagły napad złości, ktoś zapyta? Internet! A raczej jego brak. Od prawie tygodnia nie mam kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie patrz na mnie jak na wariata. Nie jestem uzależniona. Wiesz, mieszkam w Chinach. A to jest wystarczające usprawiedliwienie.

Zanim wyjechałam do Państwa Środka naczytałam się na różnych forach społecznościowych, że najważniejszą rzeczą, o którą powinnam zadbać przed przyjazdem tutaj, jest dobry VPN (Virtual Private Network –  wirtualna sieć prywatna). Dla tych mniej wtajemniczonych wyjaśnię krótko tylko, że jest to pewnego rodzaju prywatna sieć, która oficjalnie nie istnieje. Jest to szyfrowany tunel, który łączy ze sobą dwa punkty w sieci i zapewnia bezpieczne przesyłanie danych, bez możliwości wglądu do nich przez osoby trzecie. Dzięki VPN możemy ukryć naszą lokalizację i IP w sieci, możemy mieć również dostęp do różnych stron www czy aplikacji, które w wielu krajach są z jakiegoś powodu zabronione, więc też blokowane.

I tak jest właśnie w przypadku Chin. Bez porządnego VPN (płatne wersje są zazwyczaj bardziej niezawodne niż te darmowe) nie ma dostępu do tak popularnych na całym świecie aplikacji jak Google, Gmail, YouTube, Facebook, WhatsApp czy Messenger. Również wiele stron internetowych (wliczając blogi czy Wikipedię) jest zablokowanych, przez co dostęp do informacji ze świata jest naprawdę bardzo ograniczony. Brak VPN oznacza izolację od bieżących globalnych wiadomości, niekiedy brak kontaktu z rodziną, jeśli nie posiadają oni w swoich telefonach tak bardzo popularnej w Chinach aplikacji WeChat. Brak internetu czy nawet jego lekkie spowolnienie natomiast powodują unieruchomienie aplikacji VPN. I tutaj koło się zamyka a rozpoczyna walka z wiatrakami.

VPN pozwala obejść cenzurę i połączyć się główną chińską siecią “niewidzialnym” tunelem z sieciami na przykład z Japonii, Singapuru, Hongkongu czy USA. W ten sposób Firewall (zapora sieciowa) chińskiego rządu nie jest w stanie kontrolować naszych urządzeń technologicznych i nie może interweniować w to, co czytamy, oglądamy, obserwujemy czy komentujemy. WiFi w moim mieszkaniu już od kilku miesięcy zdane jest na straty. Internet w moim laptopie czy telefonie owszem działa, ale mogę korzystać tylko ze stron chińskich, a wszystko co ma “podejrzane” IP jest automatycznie blokowane. Moim jedynym oknem na świat jest mój telefon i karta SIM z jej wewnętrzna siecią, której rządowy firewall nie zdołał jeszcze capnąć. Dla nas, obcokrajowców pochodzących z krajów demokratycznych, socjalistyczne metody kontroli populacji są nie do zaakceptowania. Podejrzewam, że większość z nas tutaj żyjących i pracujących opuściłaby kraj w przeciągu 24 godzin, w momencie stałej utraty dostępu do aplikacji VPN.

Stąd też moja frustracja.

Wyobraź sobie, że budzisz się któregoś ranka i bez żadnego ostrzeżenia tracisz kontakt ze swoim światem, tym, który zostawiłeś tysiące kilometrów za sobą.

Tym, który znasz od podszewki, w którym czujesz się bezpiecznie, który rozumiesz lepiej, niż ten w którym obecnie rezydujesz. Wyprowadzając się do Chin wiedziałam, że do takiej sytuacji może dojść, jednak wydawała się ona bardzo nierealna, dopóki nie znalazłam się na tej Bogu ducha winnej toalecie, zapłakana i desperacko próbująca złożyć mojego biednego smartfona w całość, żeby dać mu jeszcze jedną szansę. Na szczęście nie zawiodła karta SIM. To nie firewall. To TYLKO ogólnokrajowe spowolnienie internetu, którego doświadcza każdy, nie tylko obcokrajowcy korzystający z “podejrzanych” źródeł informacji.

Organy władzy najczęściej manipulują internetem w okresach wzburzonych wydarzeń politycznych czy to w kraju, czy poza granicami. Wszystko, co dotyczy Chin i pokazywania ich “ze złej” strony jest automatycznie blokowane. Przeciętny mieszkaniec Chin nie ma pojęcia jak jego kraj postrzegany jest na innych kontynentach. Wie tyle, ile mu wmówi rząd.

Wszelkiego rodzaju zjazdy partii czy kongresy również są przyczyną spowolnienia przekazu informacji w sieci, czy całkowitego jej zablokowania.

Nawet takie wydarzenie jak państwowy egzamin do szkół wyższych gwarantuje zgrzyty internetowe. Ma to niby zapobiec używaniu netu w tak niegodnym celu jak “ściąganie”.

Chiny są na pierwszym miejscu na świecie pod względem użytkowników internetu.

Na 1,4 miliarda mieszkańców ponad 75% ludności ma dostęp do sieci. Problemem jest to, że korzystają oni z internetu w tym samym czasie. W żadnym innym kraju, a zwiedziłam ich już dość sporo, nie widziałam ludzi korzystających z technologii tak obsesyjnie jak w Chinach. Widok kierowców czy matek pchających wózki z dziećmi z nosem wetkniętym w ekran najnowszego iPhone’a nie dziwi tutaj nikogo. Nawet same dzieci, te najmłodsze, obsługę telefonu mają w jednym palcu.

Problemem jest też to, że jego prędkość nie przekracza 2,4 Mbps (z kilkoma regionalnymi wyjątkami), co w rankingu światowym lokuje Chiny na 141 miejscu na 200 przebadanych krajów (dla porównania prędkość netu w USA wynosi 26 Mbps, co lokuje je na 20 miejscu). *

Problemem jest również to, że tak ogromne państwo ma tylko sześć firm oferujących usługi telekomunikacyjne, z czego właściwie dominują tylko trzy – China Mobile, China Telecom oraz China Unicom.**

Największą przeszkodą jednak jest chyba mentalność Chińczyków, której niestety nie da się przeskoczyć. Według nich bowiem, jeśli coś nie jest zepsute i działa, chociażby nie wiadomo jak wolno, nie jest warte naprawy czy udoskonalenia. Stąd też ogromne braki w zakresie infrastruktury technicznej.

Dzisiaj jeszcze mogę się z wami podzielić tymi wszystkimi ciekawostkami. I moimi frustracjami. Korzystajcie, ile się da. Bo jutro znów mogę obudzić się w rzeczywistości, która wyciśnie ze mnie wiele łez i usłyszy głośne krzyki izolacji i lekkiego lęku.

Jest coś fascynującego i jednocześnie przerażającego w życiu w Chinach. Im więcej wiem, tym bardziej chcę stąd wyjechać. Im mniej wnikam, tym spokojniej oddycham. Być może nie bez powodu Internet jest tutaj pod stałą kontrolą władz?

________________________

* www.abacusnews.com

** www.ISPQuickList.com

Kasia Sosińska

Rocznik ‘82. Strzelec pełną gębą. Pedagog społeczny, który choć w zawodzie nigdy nie pracował, to dzięki zdobytej wiedzy rozwinął skrzydła w wielu innych dziedzinach życia. Na emigracji od 2004 roku. Najpierw Irlandia, później Wietnam na przemian z Portugalią i obecnie Chiny, gdzie uczy przedszkolaki języka angielskiego. Do tej pory zwiedziła 37 krajów na 4 kontynentach. W wolnej chwili biega, uprawia jogę, uczy się portugalskiego, pogrywa na ukulele, czyta, pisze. Marzenia zamienia w plany. A plany w rzeczywistość. Realizacja każdego pomysłu, to kwestia czasu. Do końca jeszcze nie wie, czego chce od życia. Ale już wie, czego na pewno nie chce.

Podróżniczo – edukacyjny fanpage: Pszepani i jej Świat

Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
Powiadom o