Felietonyneszewa

Po ukończeniu szkoły średniej moje życie rozłożyło się na dwa kontynenty. Do dziewiętnastego roku życia wiodłam spokojny żywot  w rodzinnym Szczecinie,  potem przyszedł moment studiów i otworzyły się przede mną nowe możliwości, jakie zaoferowała mi moja uczelnia – Akademia Morska. Jedną z nich była szansa na wyjazd za granicę i bez zastanowienia z niej skorzystałam, biorąc dziekankę.

Na prawie rok zamieszkałam na wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Wtedy jeszcze bardziej zakochałam się w Ameryce: podobał mi się tamtejszy styl życia, sposób myślenia, kultura, a zwłaszcza krajobrazy i cudowna przyroda. By dokończyć studia, wróciłam do Polski, ale powrót okazał się tymczasowy. Stany przyciągały mnie jak magnes. W międzyczasie w Polsce pojawiły się możliwości, które sprawiły, że otworzyłam szkołę językową, a później kilka jej filii, co pozwoliło mi kontynuować studia i częściej latać do Stanów Zjednoczonych.

W Polsce uwiłam swoje gniazdko, kupiłam dom i będąc tam jedną nogą, drugą bywałam w USA. Zwiedzałam, podróżowałam i całkowicie zafascynowałam się tym zakątkiem świata. Do czasu kiedy moje serce skradł pewien Amerykanin i wtedy to ta druga noga zakotwiczyła na stałe w Kalifornii.

Mój przypadek jest zupełnie wyjątkowy, bo nie spakowałam się i nie przeprowadziłam, zaczynając życie od nowa, lecz zostawiłam wszystko, czyli cały swój dobytek w Polsce i polecialam z małą walizką do San Diego. Tutaj rozpoczęłam nowe życie, ale stare trwało bez większych zmian, tyle że bez mojego osobistego udziału.

Przed wyjazdem z pomocą mojej mamy zatrudniłam ludzi do prowadzenia firmy na miejscu, a ja zajęłam się działalnością w Internecie, e-mailami, organizacją, zamawianiem książek i materiałów. Robiłam wszystko tak jak dotychczas z tą różnicą, że nie było mnie w Polsce fizycznie. Nie nauczałam, ale przygotowywałam program i szkoliłam kadrę, wykonywałam setki tłumaczeń językowych online, zanim jeszcze ktokolwiek słyszał o pracy zdalnej.

Na koniec każdego roku szkolnego biorę udział w hospitacjach, podpisuję certyfikaty, raporty końcowe i na tym moja misja po polskiej stronie się kończy.

Po kalifornijskiej stronie nie jest wcale mniej intensywnie, początkowo jako świeżo upieczona mama całą energię poświęcałam rodzinie, jednak mój żywy charakter nie pozwalał mi spocząć na laurach, zamiłowanie do nauczania dzieci przelewałam na prowadzenie szkółki polonijnej, stworzylam program nauczania dla dzieci dwujęzycznych i angielski program edukacyjny z dziedziny nauk o ziemi, dzięki czemu nie narzekałam na brak pracy na miejscu. W międzyczasie moje zdolności organizacyjne wykorzystywałam podczas pracy przy większych imprezach, festiwalach filmowych czy organizacji koncertów muzycznych. Hobbystycznie fotografowałam dzieci i kobiety. Zawsze znajdowałam sobie zajęcie, aby dać upust swojej energii i pasji.

Organizuję swoją pracę w taki sposób, aby nie musieć pracować w czasie wakacji, bo w tym czasie wracam do Polski, aby pomoc przy zakończeniu roku w szkole językowej i uczęszczać na rozmaite  wykłady edukacyjne.

Czy życie po obu stronach oceanu jest męczące? Dla mnie niekoniecznie. Przyzwyczaiłam się. Mogę pogodzić pracę i spotkania z rodziną. Minusem są na pewno koszty życia. Należy zachować ostrożność przy planowaniu wydatków i być precyzyjnym w kwestiach budżetu. Czasami trzeba wiedzieć, kiedy coś należy odpuścić.

Żyjąc na dwa domy, trzeba mieć wszystko podwójnie: oczywiście nie mówię o rzeczach codziennego użytku typu telewizor czy lodówka, ale o suszarce do włosów, elektrycznych szczoteczkach do zębów, bo prąd i wtyczki różnią się w obu krajach. Dlatego łatwiej jest posiadać lokalne produkty. Muszę również liczyć się z kosztami utrzymania domu i samego jego prowadzenia. 

Od wielu lat utrzymuję również dwa numery komórkowe, komunikuje się z klientami polskimi i amerykańskimi. W ostatnich latach aplikacje takie jak Whatsapp czy Messenger ułatwiły mi to zadanie. Podobnie ma się sprawa z połączeniem z internetem, gazem czy prądem -opłacam rachunki po obu stronach oceanu.

Jakie są wyzwania życia na dwa fronty? To przede wszystkim załatwianie spraw urzędowych i formalnych. Do czasu pandemii było to dość trudne i każdą sprawę prowadziła w moim imieniu mama na podstawie specjalnego aktu notarialnego. Czasami sprawy sie komplikowały i musiały poczekać, aż przyjadę do Polski.

Obecnie nie mam większych problemów z biurokracją. Wraz z rozwojem cyfrowym i utworzeniem profilu zaufanego życie stało się łatwiejsze, a komunikacja z takimi instytucjami jak Urząd Skarbowy czy ZUS nabrała zupełnie innego wymiaru.

Ponieważ większość roku spędzam w Stanach Zjednoczonych, sprawy urzędowe tu na miejscu nie wymagają specjalnych dokumentów poświadczonych notarialnie, wszystko załatwiam sama, a do tego biurokracja w tym kraju jest mniejsza.

Dzięki takiemu życiu mam możliwość porównania życia biznesowego w Polsce i w USA. W każdym z tych krajów sprawy załatwiane są w inny sposób. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że prowadzenie biznesu w USA jest dużo łatwiejsze niż w Polsce. 

Swój styl życia zawdzięczam mojemu mężowi, który wspiera mnie od początku naszego związku, utrzymując nas po amerykańskiej stronie, głównie dzięki niemu mogę pozwolić sobie na fanaberię życia na dwóch kontynentach.

Jako zodiakalna lwica od zawsze byłam niezależna finansowo i lubiłam mieć swoje własne źródło dochodu, to co robię nie przynosi może milionów, ale pozwala na opłacenie rachunków i daje mi wolność czasową, którą obecnie cenię sobie najbardziej.

Będąc młodą osobą, pracowałam za dwóch, na pełny etat, od 8:00 do 16:00 i dodatkowo w popołudniowej szkole językowej od 16:30 do 21:00. Ponadto wykonywałam tłumaczenia dla kontrahentów (praca nocna), a w międzyczasie studiowałam kilka kierunków. Od kiedy zostałam mamą, wyznaję zasadę: mniej i spokojniej. 

Lubię mieć satysfakcję z pracy, ale kocham też wolność i czas, który mogę poświęcić rodzinie, a w szczególności córce. Gdybym miała pracę na etat, życie, które prowadzę, nie byłoby możliwe. Owszem mogłabym wziąć na swoje barki dużo więcej, ale nauczyłam się rozsądnie wybierać i zdecydowanie stawiam na czas z rodziną niż nadgodziny w pracy.

Ukończyłam studia magistersko-inżynierskie na Akademii Morskiej, miałam intratną pracę i zanim zostałam mamą, dostałam propozycję pracy w dużej stoczniowej firmie w San Diego. Czy żałuję,  że moja kariera nie potoczyła się w ten sposób? 

Miewam takie dni, ale gdy pomyślę o pracy w dużej firmie i braku możliwości połączenia jej z życiem rodzinnym, o dłuższym urlopie nie wspominając, to stwierdzam, że lepsza ścieżka zawodowa nie mogła się mi przytrafić. Jestem wdzięczna losowi, że dał mi taką możliwość i wdzięczna za wyrozumiałego męża, który wspiera mnie od pierwszego dnia naszej znajomości. 

Beata deSantis

4.8 5 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
6 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Gosia
3 dni temu

Takie historie dodają skrzydeł i motywacji. Beata, inspirujesz!

Beata
Beata
3 dni temu
Odpowiedz  Gosia

Ah dziękuję ogromnie, miło to słyszeć ????

Awatar użytkownika
Hula
3 dni temu

W myśl zasady “chcieć to móc”, bo mało jest rzeczy niemożliwych, zwłaszcza w naszej części świata. Naprawdę ciężką pracą i zaangażowaniem można osiągnąć wiele. Ty wydajesz się być tego dobrym przykładem 🙂 Niech Ci przestrzeń życiowa nadal przychylną będzie!

Beata
Beata
3 dni temu
Odpowiedz  Hula

Zgadza się, nie ma rzeczy niemożliwych, jest tylko potrzebny odpowiedni mindset , I wazne aby się nie poddawać mimo trudnościom losu które przytrafiają się na każdej drodze

Kasia
Kasia
1 dzień temu

Lapiesz każdą chwile i każda okazje – niezwykle inspirująca historia. Dużo sukcesów w przyszłości. Niech sie dzieje,

Agnieszka
Agnieszka
1 godzina temu

Super, że się podzieliłaś swoją historią! Ja też żyję na dwa kontynenty (EU i Ameryka Południowa) i faktycznie bardzo mało się o takich sytuacjach mówi. U mnie to dopiero początki, ale Twój tekst dodał mi motywacji, by dalej szukać swojej drogi a nie iść utartymi ścieżkami, których oczekują osoby z mojego otoczenia.