FELIETONYdom

Jako emigrantka z ponad dziesięcioletnim stażem odczuwam nostalgię przede wszystkim za ludźmi, jedzeniem i miejscami. Gdy wracam do kraju rodzinnego, okazuje się jednak, że jest inny, niż pamiętam. Ogórki konserwowe smakują mniej orgazmicznie niż w moich wspomnieniach, parki są mniejsze, a betonoza i billboardoza bardziej widoczne. Tak było kiedyś po dziesięciomiesięcznej nieobecności, tak było ostatnio po pięcioletniej. Pewnie każda emigrantka wracająca do kraju ma swoją wersję tęsknoty i nostalgii, niemożliwej do ukojenia tym, co zastała w kraju. To po prostu nie to samo, co w głowie.  

Tęsknota za krajem rodzinnym to też swoista walka z wiatrakami, bo gdy się spotkam z jedną osobą, zjem konkretny ulubiony produkt, to na co innego może już nie starczyć czasu czy miejsca w żołądku. Nie wchłonę wszystkiego, czym ta Polska dla mnie jeszcze jest, nie nachapię się jej na zapas, nie zrozumiem do końca, czym się stała i jak się zmieniła od moich poprzednich odwiedzin. Bardzo miło spędzę czas, ale nie dam rady zbudować teraźniejszości ze starymi przyjaciółmi, co najwyżej będę lepiej zorientowana w tym, co u nich słychać. Taki pobyt to nie panaceum na codzienne bolączki, tylko miła odskocznia od rzeczywistości. 

Nie lecę do domu

„Musisz się bardzo cieszyć, że lecisz do domu!” – mówili niemal wszyscy, którzy słyszeli, że kupiłam bilety do Polski. Tak, oczywiście bardzo się cieszyłam na myśl o ujrzeniu dawno niewidzianych twarzy i widoków. Dom jednak zostawiałam w RPA, żeby polecieć na wakacje do Polski. Wiedziałam, że będę tęsknić za mężem, psami i tymi zwykłymi rzeczami, do których jestem przyzwyczajona.

Nie tylko miejscowi, którzy emigracji mogą nie rozumieć, ale i imigranci często mówią o czyimś kraju rodzinnym „dom”. Jestem wyrozumiała dla Mickiewicza rozpaczliwie tęskniącego na wygnaniu do pałającej dzięcieliny, ale tego słownictwa u imigranta dobrowolnego już nie rozumiem. Dla mnie dom jest tam, gdzie się mieszka i żyje na co dzień. Bo jeśli dom tam nie jest, to czy to jest w ogóle prawdziwe życie czy tylko pożyczone, na chwilę? Dlatego też pytanie o podróż „do domu” nieustannie mnie kłuje i odczuwam je jako mikroagresję, tak jakby jego celem było przypomnienie mi, że nie jestem z RPA, że jestem skądinąd i nieswoja.   

Niby swoja, a jednak ufoludek

W Polsce za to od razu jestem uznawana za swoją. Brzmię normalnie, dopiero w dłuższej rozmowie zdarzy mi się od czasu do czasu zawiesić w poszukiwaniu jakiegoś słowa. Nikt mnie więc nie pyta o żadne domy, skąd jestem albo gdzie się tak ładnie nauczyłam mówić po polsku. Nikt się nie dopytuje, co mnie do Polski sprowadziło, a na przejściu granicznym nikogo nie interesuje, jak długo chcę zostać. 

Akceptację społeczeństwa mam więc pełną, tylko że ja już zupełnie się nie czuję tam u siebie. Nie wiem, jak dziś działają transport publiczny, urzędy czy banki. Z uporem maniaka odnoszę się do już dawno nieaktualnych referencji topograficznych, zirytowana na rozmówcę, że nie wie, o co mi chodzi, dopóki mnie nie olśni, że tych miejsc pewnie już dawno nie ma. Miejsca czy dzielnice w moim mniemaniu wciąż glamour, dziś same ledwo pamiętają o własnej świetności, pojawiły się nowe, inne, młodsze, czyli lepsze.

Nie wiem, gdzie pójść, by dobrze zjeść. W niedzielę zostaję z ręką w nocniku, bo zaplanowałam zakupy prezentowe na ten dzień, a pojęcie zakazu handlu w niedzielę jest dla mnie nowe. Wszystko przypomina mi o tym, że powrót do kraju rodzinnego to takie dziwne wakacje, gdzie kierunek niby znam, ale tak naprawdę dziś już nie do końca. Męczy mnie to i irytuje, bo czuję, że powinnam to wszystko wiedzieć. Gdybym jeździła częściej byłoby pewnie trochę inaczej, ale tym razem nawet już nie oszukuję siebie i innych, że coś się w kwestii tych wizyt zmieni.   

Nie usycham z tęsknoty

Jak często myślę o Polsce w życiu codziennym? Z niektórymi osobami utrzymuję stały kontakt, z językiem polskim dzięki książkom. Rzadko jednak zdarza mi się myśleć o Polsce, no może poza złością na działania polskich polityków. Długa przerwa od Facebooka i powrót na platformę w mocno okrojonym gronie znajomych skutecznie wyleczyły mnie z FOMO.  

Moje życie płynie zwykłym torem – pracuję, spotykam się ze znajomymi, poświęcam czas na moje hobby, martwię się codziennymi południowoafrykańskimi problemami. Czasem weźmie mnie nostalgia, jak zobaczę polski serial na Netfliksie, ominie mnie jakaś większa okazja czy gdy koleżanki z Klubu Polki na Obczyźnie zorganizują większe spotkanie w tydzień po tym, jak opuściłam polską ziemię („Lamia! Ja ci tego nie zapomnę, nie zapomnę ci tego!”). 

Czasem się zamyślę, co by było, gdybym nigdy nie wyjechała albo wyjechała bliżej. Nie spędzam jednak swych dni, usychaj​​ąc z tęsknoty. To trochę tak, jakbym po latach wzdychała za byłym chłopakiem, z którym niespecjalnie się dogadywaliśmy, mimo że były między nami dobre chwile.    

A co z wakacjami? Pewnie gdybym miała nielimitowane wolne dni i nieograniczone fundusze, wpadałabym do kraju rodzinnego częściej niż średnio raz na cztery lata. Rzeczywistość jest jednak taka, że Polska jest dla mnie daleko, lot do niej drogi, urlopu mało, a świat jest wielki. Innymi słowy, niekoniecznie przychodzi mi ona do głowy jako kierunek, gdy informuję klientów o planowanym urlopie. Sprawy nie ułatwia fakt, że mój mąż jest Południowoafrykańczykiem, który dla mnie do Polski poleci, ale samego go nie ciągnie.       

Żyć tu i teraz

Czy czuję się tak, a nie inaczej, bo mieszkam daleko? Z powodu swojej osobowości? Ze względu na to, że nie chciałam żyć w Polsce i wyjazd był mniej więcej świadomym wyborem? Kto to wie! Na pewno nie zawsze byłam taka wyluzowana, bo gdy po koloniach dzieci rozjeżdżały się na różne strony, zawsze płakałam najgłośniej. Może to właśnie liczne wczesne wyjazdy i rozstania nauczyły mnie żyć i cieszyć się tym, co jest tu i teraz. Na stałej emigracji na pewno mi to podejście służy, bo nie żyję w rozkroku. Moje życie i mój dom w tej chwili są w RPA i korzystam z zalet tego państwa. Jeśli kiedyś zdecydujemy się na dalszą przeprowadzkę to i w tamtym miejscu, będę na pewno budować poczucie, że to dom.  

Magda w RPA

KALENDARZ POLKI 2023

kalendarz na cztery pory roku

Już po raz trzeci zabieramy Was w całoroczną podróż dookoła świata wraz z Kalendarzem Polki, jedynym w swoim rodzaju plannerem-książką.

Tym razem czeka na Was jeszcze więcej zdjęć i tekstów, których autorkami jesteśmy my – Polki z Klubu Polki na Obczyźnie. Znów opowiadamy o tym, co jest nam najbliższe – o życiu na emigracji oraz pasji do podróżowania i odkrywania świata. O lokalnych ciekawostkach, świętach, wyjątkowych miejscach i smakach, ale także o naszych marzeniach, wspomnieniach i przemyśleniach. 

Do każdego egzemplarza dodajemy eko torbę na zakupy w prezencie (do wyczerpania zapasów).

5 3 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Basia
3 miesięcy temu

Zgadzam się z Autorką, moim obecnym domem jest Meksyk i mam podobne odczucia odnośnie podróży do Polski. Zdarzają mi się momenty nostalgii ale od kilku lat moje życie jest już gdzie indziej.

trackback

[…] z Polski, przed tymi z Francji. Moje zainteresowanie Polską nie wynikało z chęci podtrzymania kontaktu z polskością, ale z niepewności co do mojego pobytu we Francji i przeświadczeniu, że kiedyś do Polski […]