FELIETONY

– Zobacz jaka mała “Japończyczka”! – wykrzyknęły pod moim adresem licealistki, kiedy jako mały brzdąc spacerowałam z mamą po Bulwarze Nadmorskim w Gdyni. A to był dopiero początek…

Jako dziecko nie zwracałam uwagi na to, że byłam “tą czarnulką”, w liceum dociekliwe pytania o to, skąd są moi rodzice, tylko mnie bawiły. Kiedy na pytanie “skąd jestem” odpowiadałam, że z Gdyni, a niezbyt bystrzy adoratorzy dopytywali: “ale skąd oryginalnie, bo no ej, ja serio pytam”, byłam co najwyżej poirytowana. Podobnie jak wtedy, kiedy druga “ciemna” koleżanka z pracy podeszła do mojego biurka i oświadczyła, że trwają dyskusję na temat tego, która z nas jest… “większym Rumunem”. 

Kiedy poszliśmy z tatą do Urzędu Stanu Cywilnego, zapytać o formalności dotyczące zawarcia związku małżeńskiego z obcokrajowcem, a urzędniczka zezując na mnie, złowrogo odpowiedziała: “rozumiem, że to pani jest tą cudzoziemką”, byłam tyleż ubawiona, co zniesmaczona. 

Lekki dyskomfort związany z moim wyglądem odczuwam właściwie tylko wtedy, kiedy na polskich lotniskach warczą na mnie po angielsku i jakoś tak podejrzanie często jestem losowana do kontroli. 

Co ciekawe, ja naprawdę jestem Polką! Mój tata jest jasnym szatynem, to mama jest ciemniejsza, po dziadku. Podobno pradziadek ze strony dziadka miał w armii pseudonim Kruk, a tęczówki takie ciemne, że prawie zlewały się ze źrenicami. Ale przecież nikt nigdy nie mówił, że wszyscy Polacy muszą mieć chabrowe oczy i pszeniczne włosy. A jednak nigdy nie słyszałam, żeby moje blond koleżanki pytano o ich “skandynawską urodę”. O moją “egzotyczną” – jak najbardziej. 

Pewnego razu moja przyjaciółka zirytowana tym, że po raz kolejny ktoś mnie pytał o moje korzenie, oświadczyła autorytatywnie, że przecież wszyscy wiedzą, że rodzice przywieźli mnie z Kolumbii, kupiwszy uprzednio za worek koki i po co drążyć temat. Teoria szalenie mi się spodobała i korzystam z niej dosyć często. 

Zastanawiam się natomiast, na ile te wszystkie sytuacje wpływają na moje poczucie narodowej tożsamości. Nigdy nie kwestionowałam swojego pochodzenia i do pewnego momentu nie byłam nawet świadoma tego, że moja polskość nie jest dla innych czymś oczywistym. Kojarzycie, jak sprzedawcy i naganiacze na całym świecie próbują zgadnąć narodowość turystów, celem przyciągnięcia ich uwagi? W moim przypadku jeszcze nigdy im się nie udało. O ile w ich przypadku jest to jednak zrozumiałe, to negowanie mojej polskości w Polsce od niedawna czasami trochę mi doskwiera.

Jeśli się nad tym zastanowić, to wydaje mi się, że zaczęło mi to przeszkadzać, odkąd zaczęłam swoją częściową emigrację. Gdziekolwiek bym nie pojechała, zawsze byłam obca. W Wielkiej Brytanii studiując hispanistykę, byłam jedyną nie Brytyjką na roku. W Chile, w którym teoretycznie powinnam była się “kolorystycznie” odnaleźć, byłam bezbłędnie identyfikowana jako gringa – obca, zielonooka. Co ciekawe, jedna znajoma z Chile nawet próbowała mi wmówić, że moje oczy są zielone. Nie są. W Japonii – wiadomo – gaijin (zwykle pejoratywne określenie cudzoziemca, dosłownie: osoba z zewnątrz). Nawet w czarnej peruce i gigantycznych okularach przeciwsłonecznych nie mogłam wtopić się w tłum. Japończycy po prostu wiedzieli.

Odkąd wydałam książkę o mojej podróży do Pakistanu, często słyszę, że właściwie to wyglądam jak Pakistanka, pasuję do kraju mojego męża. A w życiu! Mimo że na północy Pakistanu bywają kobiety o znacznie jaśniejszej karnacji i włosach niż moje, Pakistańczycy, podobnie jak wiele lat wcześniej Japończycy, bezbłędnie wyczuwali we mnie obcość. Zanim jeszcze otworzyłam moje cudzoziemskie usta albo zdążyłam popełnić jakiekolwiek faux pas. Byłam gori – białą. 

Gringa, gaijinka, gori. Ta obca. A w Polsce, w której powinnam się czuć u siebie, na miejscu, swojsko – egzotyczna. I nie zrozumcie mnie źle! Ja naprawdę uwielbiam komplementy! Jestem obrzydliwie próżna i biorę wszystkie, nawet za cenę kwestionowania mojego pochodzenia. Co więcej, wcale nie upieram się, że bycie innym jest w jakikolwiek sposób złe czy uciążliwe. Po prostu długo zastanawiałam się, choćby w ramach czysto akademickich dywagacji, czy jest na świecie miejsce, do którego będę pasowała, w którym nie będę przyciągała wzroku przez swoją “inność”. 

Okazało się, że owszem. To Nowy Jork – miasto, które przygarnia wszystkich. Jego mieszkańcy są tak różnorodni, noszą w sobie tyle niesamowitych historii i taką mieszankę genów, że tutaj nie dziwi żaden wygląd i żaden wybór życiowy. Nikt nie patrzy na to, czy mój wygląd pasuje do jakiegokolwiek kanonu, nikt nie zastanawia się nad tym, że mój mąż ma inny kolor skóry, a teściowa nosi hijab, podczas gdy ja biegam po mieście w szortach i pół-przezroczystej koszulce. 

I chociaż mieszkam tu na stałe dopiero od 2019 roku i tak naprawdę nigdy mnie tu specjalnie nie ciągnęło, coraz częściej ze zdziwieniem zauważam, że “jestem z Nowego Jorku” brzmi dla mnie całkiem naturalnie. 

Maja Klemp

Instagram: @miloscwczasachstrefowych

5 14 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

5 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Alina Poplawska
Alina Poplawska
4 miesięcy temu

Ciekawe. Ja też nie wyglądam specjalnie “polsko”, więc utożsamiam się z tym tekstem.

Anna
Anna
4 miesięcy temu

Ja z kolei mam ciemne włosy i ciemną oprawę oczu, niebieskie oczy i “amerykański” (w sensie szeroki, a nie taki biały) uśmiech. Dużo swego czasu miałam do czynienia z obcokrajowcami w Polsce i nigdy mi nie wierzyli, że jestem Polką – zwykle stawiano właśnie na Amerykę lub, o dziwo, UK. Myślałam, że w Turcji tym bardziej będę się wyróżniać, bo “oni wszyscy tacy ciemni”, ale przecież Turcy mają w genach połowę Europy i słowiańska uroda nie jest niczym nadzwyczajnym. Zdarzają się osoby z blond włosami, a nawet zielonymi oczami. Mimo to, dosyć często komentowano moje “kolorowe oczy”. No i wzrostem… Czytaj więcej »

Ania
Ania
4 miesięcy temu

Mieszkam za granicą i po akcencie zazwyczaj zgadują skąd jestem. No bo wygląd mam przeciętny polski.

Elżbieta
Elżbieta
4 miesięcy temu

Maja, wyglądasz jak ja! Takiego komplementu się nie spodziewałas, prawda? 😉 Od dziecka słyszę, że jestem inna. W podstawówce był chłopiec z innej klasy który biegał za mną po korytarzu i krzyczał ‘chinczyk, chinczyk!’ Nie mam typowo azjatyckiej oprawy, więc wtedy bardzo mnie to bolało. Jako dorosła kobieta w sumie go go rozumiem, jakoś trzeba było zaczepić ładna dziewczynkę. Będąc w szkole średniej sprzedawcy w sklepach dziwnie reagowali na mnie. A odkąd latam, na lotnisku zawsze mam kontrolę dodatkową. Choć myślałam o emogracji do Kanady, to pozostalam w Polsce, mieszkam obecnie we Wrocławiu choć eksperymentowałam z wieloma miastami to tutaj… Czytaj więcej »

Magda w RPA
4 miesięcy temu

W RPA też każdy może się odnaleźć, przynajmniej w dużych miastach. Im w mniejszych, tym gorzej – np. Afrykanerzy często patrza bykiem na anglojęzycznych.