FelietonyŚwięta i tradycjejarmarków czar

Całkiem niedawno, siedząc na mojej nowojorskiej kanapie, przeczytałam, że miano najlepszego jarmarku świątecznego na świecie przypadło temu organizowanemu właśnie w Nowym Jorku. Konkretnie w Bryant Parku, położonym na tyłach słynnego budynku biblioteki. Chociaż bardzo lubię ten park, m.in. ze względu na skrywane przezeń książkowe tajemnice, w dodatku z każdym rokiem emigracji coraz bardziej poddaję się nowojorskiemu egocentryzmowi, z rankingiem nie zgadzam się absolutnie, co to w ogóle za bzdura! Najlepszy jarmark świąteczny na świecie w Nowym Jorku? Dobre sobie… Ktoś chyba w ogóle nie ma skali porównawczej, nie to co ja…

Tak się bowiem składa, że jarmarki świąteczne to lekka obsesja mojej ukochanej mamy, a co za tym idzie, również moja.

Nie pamiętam nawet, kiedy to wszystko się zaczęło. Być może w czasach, kiedy firma mojego taty wysłała go na jakiś czas do Hamburga. Do tej pory jedna z naszych kuchennych szafek wypełniona jest po brzegi pamiątkowymi kubkami. Kupuje się w nich na niemieckich jarmarkach grzane wino. Moja mama wciąż uważa, że jednym z najlepszych i najbardziej klimatycznych jarmarków, na jakich kiedykolwiek była jest ten w sąsiadującej z Hamburgiem Lubece. Nic dziwnego, w końcu to właśnie w krajach niemieckojęzycznych narodziła się ta urocza tradycja.

Pierwsze wzmianki o świątecznych targach, pełniących głównie funkcje zaopatrzeniowe i nijak mających się do dzisiejszych jarmarków pochodzą jeszcze z XIV wieku. Później ich charakter powoli się przeobrażał, aż w końcu dotarliśmy do kiczowatej perfekcji tych obecnych. Kicz kiczem, ale w jarmarki trzeba jednak umieć. Udany jarmark to dla mnie połączenie świątecznej przaśności z odpowiednią (czyt. starą, europejską) scenerią, melodiami najpiękniejszych świątecznych piosenek, zapachem świeżych choinek wymieszanym z aromatem podgrzewanego cukru w różnych postaciach i oczywiście wszechobecnymi oparami grzanego wina.

Nowojorski bezalkoholowy cydr średnio mnie przekonuje. Jeśli zaś chodzi o asortyment drewnianych budek, jestem skłonna się zgodzić. W dobie globalizacji praktycznie na każdym jarmarku możemy spodziewać się mniej więcej tego samego. Nawet świąteczne przysmaki powoli tracą swoją regionalną unikatowość, świat jarmarków na równi podbijają węgierskie kürtőskalács, hiszpańskie churros i kasztany jadalne. Nieco trudniej o chorwackie fritule czy duńskie aebleskiver, tych wciąż należy szukać u źródła. Tak też czynię. Praktycznie co roku, w głowie układam swój własny subiektywny ranking, miejscami diametralnie różny od tych internetowych. Choć tych jest całe zatrzęsienie i z pewnością istnieje jakiś bardziej zbliżony do moich doświadczeń.

Zacznijmy lokalnie.

Zdecydowanie zgadzam się ze wszystkimi rankingami, które wysoko umiejscowiły jarmark w Gdańsku. Jako gdynianka bywam na nim co roku. Za każdym razem upewniam się, że jest on jednym z najlepszych i najklimatyczniejszych, na jakich byłam. W Polsce odwiedziłam jeszcze jarmarki świąteczne w Warszawie, Krakowie i Rzeszowie. Ten ostatni, choć malutki, przykryty gęstą kołderką śniegu skradł w zeszłym roku moje serce.

Ogromną sympatią zapałałam również do jarmarku w Wilnie. Niezrozumiałe jest dla mnie umieszczanie na wysokich pozycjach tych w Budapeszcie i w Pradze. Do obydwu miast pałam szczerą sympatią, po prostu nie widzę nic specjalnego w ich jarmarkach. Wbrew obietnicom nie zakochałam się również w jarmarku w Zagrzebiu. Chociaż niesamowite wrażenie zrobiło na mnie lodowisko (i oczywiście fritule). Może to dlatego, że trafiłam na niego już po odwiedzeniu jarmarków dalmackich i wysłuchaniu zaczarowanych koncertów klapy (tradycyjny chorwacki chór męski). Niewiele może się z tym równać.

W tym roku postanowiliśmy spełnić marzenie mamy i w trójkę, razem z tatą, zobaczyć kilka ze słynnych jarmarków w Kopenhadze.

W ciągu zaledwie jednego dnia z małym ogryzkiem – lecieliśmy w piątek wieczorem a wracaliśmy z samego rana w niedzielę – udało nam się odwiedzić cztery najpopularniejsze jarmarki i bonusowo Małą Syrenkę. Już w piątek po wyjściu z metra, którym wygodnie dojechaliśmy z lotniska do Kongens Nytorv przywitał nas widok obłędnie przystrojonego, kultowego Hotelu D’Angleterre i od razu vis-à-vis iluminacje jednego z największych kopenhaskich jarmarków. Po szybkim zameldowaniu i zostawieniu walizek natychmiast  ruszyliśmy cieszyć się pierwszą z zaplanowanej listy świątecznych atrakcji. Jarmark Kongens Nytorv uraczył nas pięknymi dekoracjami i przemawiającą do zebranych w dwóch językach choinką, gigantycznymi nugatami, potwornie woniejącym serem, wyrobami miejscowych rzemieślników i tłumem szczęśliwych ludzi. Jarmarki spod znaku glöggu i hygge zapowiadały się całkiem obiecująco.

Po piątkowej rozgrzewce sobotę spędziliśmy całkowicie na mieście. Całe szczęście prognozy pogody nie sprawdziły się i nie padało. Myślę, że to zasługa mojej parasolki – jak już ją gdzieś biorę, mogę być niemal pewna, że się nie przyda. Bardzo powoli przemieszczaliśmy się w kierunku słynnego Tivoli. Po drodze zahaczaliśmy o fajne kawiarnie i mniejsze markety. Jak ten znajdujący się przy zamku Christiansborg Højbro Plads (najmniej imponujący) i malutki, ale niezwykle czarujący jarmark Hansa C. Andersena w Nytorv. 

Podobno jeśli ma się w Kopenhadze czas tylko na jeden jarmark świąteczny, bezdyskusyjnie powinno się wybrać do Ogrodów Tivoli.

Od połowy listopada do końca grudnia ten drugi najstarszy park rozrywki na świecie zmienia się w prawdziwy raj dla wielbicieli świątecznego kiczu i przepychu. Rozpościerające się na ośmiu hektarach ogrody rozbłyskają wtedy ponad dwoma milionami dodatkowych światełek. Wolna przestrzeń ustępuje miejsca niezliczonym choinkom – tym skandynawsko ascetycznym (które zwisają nawet z sufitu) i tym przystrojonym tematycznie. Dzieci skaczą po wypełnionych prezentami saniach Mikołaja. Śmiałkowie krzyczą na kolejkach górskich i karuzelach. Zakochani całują się w niezwykle romantycznych altanach, a tatusiowie z dorosłymi córkami (patrz my) podejmują ważne życiowe decyzje: glögg czy Glühwein? Magia świąt działa, nikomu nie przeszkadza grudniowe zimno.

To właśnie bajeczna sceneria Tivoli sprawiła, że muszę się teraz bardzo poważnie zastanowić nad moim rankingiem. Czyżby Kopenhaga miała wysunąć się na czołówkę? Może warto wreszcie ustalić ścisłe podium? Z drugiej strony, czy to naprawdę musi być konkurs… Wystarczy powiedzieć, że naprawdę bardzo polecam odwiedzić Kopenhagę w sezonie świątecznym. Wyrwać się z szału porządków, mycia okien, zagniatania ciast, kupowania i pakowania prezentów. Wsiąść do samolotu i wylądować wprost w objęcia zimowego hygge, iglastych girland, przytulności i tak nietypowego w tym okresie luzu. 

Maja Klemp

5 2 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze