Felietony

Mój mąż jest z pochodzenia Pakistańczykiem. W jego kulturze kilkudniowe wesela na kilkaset osób należą do normy, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że są społecznym wymogiem. Ja z kolei idealne wesele wyobraziłam sobie raz. Czas przeszły dokonany. Miałam wtedy trzynaście lat. Siedziałam w ostatniej ławce w szkole podstawowej w Durbanie i zamiast skupiać się na wyjątkowo nudnej lekturze, odpływałam myślami w każdym możliwym kierunku. Temat idealnego wesela był kompletnie abstrakcyjny, ale równie dobry jak każdy inny. Miało się ono odbyć na leśnej polanie. Ja, zwiewna, eteryczna, przyodziana w elfie szaty i wianek miałam na nie przybyć na karym koniu witana przez kameralne grono gości i zapewne pana młodego, który był wtedy najmniej istotnym elementem tej wizji.

Mówiąc wprost, nigdy nie marzyłam o weselu,

nawet ślub wydawał mi się zbędny. Dlatego też kiedy już podjęliśmy konieczną ze względu na okoliczności (od razu uprzedzę: to ja uzyskałam dzięki temu małżeństwu wizę a później amerykańskie obywatelstwo, nie mój mąż) decyzję o sformalizowaniu naszego trwającego wiele lat związku, postanowiłam, że żadnego wesela nie będzie. Ani polskiego, ani pakistańskiego. Mój narzeczony przystał na to bez mrugnięcia okiem. Nasze mamy, chociaż każda z nich czuje pewien niedosyt – moja własna żałuje, że po ślubie cywilnym nie mieliśmy nawet uroczystego obiadu na, powiedzmy, czterdzieści osób, natomiast teściowa wciąż żywi w sobie iskierkę nadziei, że uda jej się wyprawić nam pakistańską walimę (uroczyste przyjęcie organizowane przez rodzinę pana młodego na sam koniec weselnego maratonu) – przyjęły naszą decyzję z podziwu godnym spokojem. 

Wstępnie zdecydowaliśmy się na osobne wzięcie ślubu muzułmańskiego,

konkretnie podpisanie kontraktu nikah (wbrew powszechnym przekonaniom, panna młoda innego wyznania nie musi zmieniać wiary) w Nowym Jorku i ślub cywilny w Polsce. Po tym drugim rzeczywiście rozważaliśmy uroczysty kameralny obiad dla najbliższej rodziny i przyjaciół. Okazało się jednak, że o ile nasz nowojorski ślub był niezwykle prosty do zorganizowania (podejrzewam, że w Polsce wzięcie ślubu kościelnego z innowiercą byłoby znacznie bardziej skomplikowane), ceremonia cywilna w Polsce miała być dla nas wprost niemożliwa do załatwienia.

Teoretycznie przepisy dopuszczają możliwość wzięcia ślubu z obcokrajowcem. Również z kraju, który nie wystawia wymaganych przez polskie urzędy zaświadczeń o braku przeszkód prawnych do zawarcia małżeństwa. Jest to jednak procedura tak skomplikowana i czasochłonna, że poddaliśmy się po zaledwie krótkiej walce. Właściwie znokautował nas nie tyle brak zaświadczenia, które mojemu narzeczonemu udało się zdobyć od miasta Nowy Jork, co język angielski, w którym Ambasada Pakistanu wystawiła jego akt urodzenia.

Pani urzędniczka wolałaby, żeby był on “w krzaczkach” (krzaczki, robaczki, cóż za różnica). Nie przyjmowała do wiadomości, że angielski jest w Pakistanie jednym z dwóch języków urzędowych. Zwykłam starannie wybierać bitwy, skupiając uwagę na tych, które mam szansę wygrać. Od razu zrozumiałam, że pani urzędniczce nie podołam. Zaczęliśmy się wtedy rozglądać za opcją alternatywną. Wiza narzeczeńska potrzebna do zawarcia ślubu cywilnego w Stanach Zjednoczonych bardzo ograniczałaby moją mobilność, dlatego tę możliwość z miejsca wykluczyliśmy. 

Szybki przegląd praw w krajach europejskich ujawnił, że prawdopodobnie najlepszą pod względem formalności alternatyw jest Dania.

Co więcej, jedna z duńskich wysp od lat cieszy się sławą “wyspy miłości”. Aero – malutka wysepka (88,1km2) na Morzu Bałtyckim. Mekka dla wszystkich osób, które z różnych względów borykają się z trudnościami z formalizacją związku, czy to ze względu na pochodzenie, czy orientację seksualną lub po prostu chcą uciec przed wizją wielkiego wesela.

Rocznie udziela się tu prawie 5000 ślubów, a pary mogą skorzystać z usług wyspecjalizowanych agencji, które nie tylko zajmą się wszystkimi formalnościami, ale również dopilnują, aby ten dzień był pod każdym względem idealny. Do wyboru jest kilka pakietów obejmujących różne lokalizacje – ślub można wziąć na przykład w latarni morskiej. Agencja pomoże również w zarezerwowaniu usług wizażystów, zamówi wymarzony bukiet ślubny, wypożyczy piękny samochód czy poleci fotografa.

Warto bowiem wiedzieć, że Aero jest jednym z najbardziej malowniczych zakątków tej części Europy, a co za tym idzie, doskonałą scenerią na ślubne sesje zdjęciowe. Ta zamieszkała przez zaledwie ok. 6000 mieszkańców wyspa zdaje się być pogrążona w pogodnym śnie, a urokliwa architektura przywodzi na myśl ilustracje z baśni. Nierealna wprost atmosfera połączona z zachwycającą naturą i przepiękną linią brzegową sprawia, że jest to miejsce godne odwiedzenia nie tylko przez zdeterminowanych narzeczonych. Oprócz malowniczego Aeroskobing słynącego ze swoich czerwonych domków warto również odwiedzić największe miasto na wyspie, czyli nadmorskie Marstal, zbudowane w XVI wieku. 

My pojechaliśmy tam w połowie września w towarzystwie moich rodziców,

którzy zgodzili się pełnić rolę świadków. Jeśli ktoś zdecyduje się przyjechać jedynie we dwójkę, agencja zapewni również świadków. Spędziliśmy na wyspie w sumie dwie noce. Jedynymi wymaganymi dokumentami były paszporty i w przypadku osób nie będących obywatelami Unii Europejskiej ważna wiza. Już wcześniej wypełniliśmy niezbędne formularze, dzień przed ślubem przyszliśmy jedynie wszystko potwierdzić.

Cała ceremonia trwała około piętnastu minut, wliczając w to już picie szampana. Bardzo szybko otrzymaliśmy akt ślubu wraz z poświadczeniem (apostille) niezbędnym do zarejestrowania ślubu w Polsce i uzyskania polskiego dokumentu. Od powrotu z Danii zajęło to zaledwie kilka dni, wliczając w to już czas potrzebny na tłumaczenie przysięgłe. Istny paradoks, zważywszy na to, ile musielibyśmy w Polsce czekać na wyznaczenie daty ślubu, nawet bez konieczności występowania do sądu o zwolnienie z obowiązku przedstawienia części dokumentów.

W tym roku od naszego ślubu upłynie siedem lat,

a mnie ani razu nie zdarzyło się żałować kameralnego charakteru naszych zaślubin. Mam wrażenie, że właśnie dzięki temu, że byliśmy prawie sami, wolni od oczekiwań i wyobrażeń innych ludzi, ten dzień był tylko dla nas. Jakiś czas temu natknęłam się na badanie sugerujące istnienie korelacji między kosztem wesela a szansą na przetrwanie małżeństwa. Próbowano w nim dowieść, że pary, które wydały na swoje wesele mniej niż 1000$, miałyby mieć większe szanse na uniknięcie rozwodu. Jakkolwiek uważam, że podobne tezy są nadmiernie tendencyjne, a badania nie analizują wszystkich czynników, mam szczerą nadzieję, że akurat w naszym przypadku to się sprawdzi!

Maja Klemp

IG: miłoscwczasachstrefowych

3.8 6 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
6 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Kasia
Kasia
1 rok temu

Ja tez mialam kameralne wesele ,a raczej dwa male wesele ,byl koniec lat 80 ubieglego wieku.Pierwsze slub cywilny male przyjecie dla naszych znajomych .Zas drugi slub w kosciele i tez male przyjecie dla najblizszej rodziny.Bylo super do dzis pamietam te chwile.

Maja
Maja
1 rok temu
Odpowiedz  Kasia

Brzmi pięknie i bezstresowo!

Ania
Ania
1 rok temu

Pozdrawiam. Ślub z Mauretanczykiem w Tonder w Danii. Troszkę więcej dokumentów chcieli ale je mieliśmy. Można uniknąć wesela nie urażajac rodziny. 8 lat staz

Maja
Maja
1 rok temu
Odpowiedz  Ania

Oczywiście, że wesela można uniknąć. W naszym przypadku było to proste, bo nasze rodziny są bardzo wyluzowane 🙂

Recman
11 miesięcy temu

Niezwykła historia! Takie podejście do ślubu pokazuje, że nie zawsze potrzebujemy wielkich wesel, by zrobić coś ważnego. Twoje doświadczenia z organizacją ślubu w Danii dowodzą, że istnieją alternatywne sposoby na formalizację związku, które mogą być bardziej zgodne z naszymi wartościami i oczekiwaniami.

Maja
Maja
10 miesięcy temu
Odpowiedz  Recman

Oczywiście! Ślub to jednak święto pary młodej i powinien odpowiadać ich oczekiwaniom, a nie spełniać kaprysy i wymogi otoczenia 😉