EmigracjaFelietonyslow life

Jest koniec września. Siedzę na kanapie, okna są zasłonięte, żeby wpadało jak najmniej słońca i nie nagrzewało pokoju. Może za tydzień będzie można wyłączyć klimatyzację. W nocy powinno być już znośnie, choć na wyciąganie kołder czas przyjdzie dopiero w listopadzie…


Dzieci są w szkole już od ósmej rano, tata zawiózł je autem, bo do szkoły mamy trzy kilometry. Mamy też autobus szkolny, ale na przystanku trzeba być na czas, a to dla naszej sześcioosobowej rodziny jest nie lada wyzwaniem. Kiedyś dzieciaki z wiosek chodziły do szkoły piechotą, ale prawdę mówiąc, nie miały tak źle, bo szkoła była bliżej. Wtedy dzieci było więcej, więc i szkół było więcej, ale pozostały po nich tylko puste budynki. Wioski okinawiańskie w 2023 roku przypominają trochę Bullerbyn. Jest tylko garstka dzieci, ale za to robią tyle hałasu, jakby żyła tu cała gromada. 

Uczniowie tych pozamykanych już szkół to teraz seniorzy, a ci znowu odwrotnie: hałasu nie robią, ale żyje ich tu cały tłum. Widać ich było jak ostatnio organizowaliśmy keirō-kai – dzień osób starszych. Wszyscy ponad siedemdziesięcioletni mieszkańcy wioski zgromadzili się w domu kultury na posiłek, pokazy tańców, karaoke i pogaduszki. Było bardzo miło. 

Ktoś ostatnio zapytał mnie o moje slow life.

Nie wiem, czy moje life jest slow, skoro od pobudki do pory snu biegam, próbując pogodzić wszystkie obowiązki. No ale karmienie kur czy pielenie ogródka nie jest technicznie uważane za stresujące, więc nie mogę narzekać. Slow life – a może bardziej island life nie oznacza, że się ma więcej czasu czy mniej zajęć, w końcu życie na wsi bardzo często jest w sumie cięższe niż to w mieście. Ale wstawanie z pianiem koguta, przebywanie na dworze, a właściwie nie tylko na dworze, ale w naturze, wśród drzew i czystego powietrza, brak ciągłego stresu wywołanego hałasem, smogiem, betonem i ludźmi, ma wpływ na to odczucie. Dlatego przeprowadziliśmy się na wieś z dużego miasta. Dlatego zdecydowaliśmy się przebranżowić.

Mój najmłodszy bobasek drzemie, to pierwsza drzemka, więc lecę na dwór podlać ogródek.

Okra pięknie wyrosła, ale nie ma jeszcze kwiatów, komatsuna (japoński szpinak) jeszcze malutka, ale ogórki już prawie dojrzałe. Dużym plusem życia na Okinawie jest całoroczny sezon na warzywa. W lecie to papryka, ogórki czy przepękla ogórkowata, w zimie sałaty, marchewka, brokuły… Temperatura nigdy nie spada poniżej 10 stopni Celsjusza, ale nawet jak jest poniżej 15 to trzęsiemy się z zimna, narzekając na “mrozy”. 

Ah tak, przypomniało mi się, że muszę przygotować śmieci – dziś czwartek, dzień na kartony, butelki PET i puszki. W Japonii każde miasto ma inne regulacje, a my trafiliśmy na bardzo skomplikowany system segregacji. Metale osobno, plastik osobno, pieluszki osobno, olej po gotowaniu do butelki i osobno, wszystko ma swoją kategorię. A jak nie da się segregować, to do spalenia – Okinawa to za mała wysepka na wysypiska. Ale przynajmniej po wszystko pod dom przyjeżdża śmieciarka.

Ktoś się obudził.

Słyszę jakieś kwilenie i za chwilę mała główka wyłania się zza framugi drzwi – synek potrafi już raczkować, co wbrew moim obawom bardzo ułatwia mi życie. Sam przychodzi do pokoju, gdzie wysypuję mu zabawki na podłogę. Co tam zabawki, najlepsze są szklanki z wodą i stojące na stole talerze po śniadaniu, ewentualnie komputer mamy. Wraz z pierwszą drzemką skończyła się praca na dworze – dobrze, że pranie wywieszone zanim dzieci wyszły do szkoły, a kury, psa i żółwie ogarnął mąż. Nigdy nie wiem na jak dużo wolnego czasu mogę liczyć rano, a za godzinę czy dwie żar z nieba nie pozwoli mi wyjść na dwór, bo skończy się to udarem słonecznym. Czasami biorę synka w nosidło i szybko załatwiam robotę na dworze. Jeszcze trochę i będzie chodził, a co lepsze: przestanie wszystko wkładać do buzi – wtedy będzie mógł się pobawić na dworze. 

Przerywam pisanie maili dla męża, aby zobaczyć, kto przyszedł. Nie mamy dzwonka u drzwi, ale mamy psa, który spełnia tą funkcję doskonale.

Dostaliśmy Taruu od znajomej, gdy przeprowadziliśmy się na wieś – potrzebowałam kompana i stróża, nie po to, żeby gryzł listonosza, ale żeby wiedzieć, że ktoś idzie lub coś się czai w krzakach. Taruu przekroczył moje oczekiwania, to pies rasy Ryukyu ken, idealnie przystosowanej do upałów i wilgotności. Silny, mądry i wierny, no i głośny, gdy ktoś przyjdzie.
Taruu szczekał na moją sąsiadkę, która przyszła zapytać, czy nie mam do pożyczenia większej miski. Jej niebieskie ręce zawsze mnie fascynują – zajmuje się uprawą indygowca barwierskiego i wytwarzaniem barwnika indygo. Piękny głęboki kolor okinawiańskiego morza zostaje po pracy na dłoniach przez parę dni. Myślę że ktoś powinien wykąpać w tym roztworze aktorów “Avataru”, zaoszczędziłoby to masę pieniędzy na makijaż. 

Po południu jedziemy do miasta. Technicznie mieszkam w mieście czy też przynajmniej taki jest mój adres.

Wynika to jedynie z podziału administracyjnego, bo de facto znajdujemy się po drugiej stronie wyspy, w głębokim lesie. W naszej wiosce nie ma dużego sklepu, jest tylko maleńki kyodo baiten – sklep kooperacyjny. Kiedyś te sklepy sprawiały, że mieszkańcy, którzy nie mieli samochodu mogli kupić najważniejsze artykuły – cała wioska zbierała kapitał, aby jedna osoba pojechała większym autem po dostawy. Teraz większość ma swoje auto, a sklepiki komunalne trwają głównie z nostalgii. Zresztą, nie kupię tam za dużo, więc jadę do miasta. 

W supermarkecie robię zapasy na parę dni: mleko, mąka, tofu, netto – sfermentowane fasolki sojowe, bez których moje dzieci nie mogą żyć, szynka, mięso, ryba. Tylko jajek już nie muszę kupować, moje kurki dobrze się spisują. Jeszcze tylko skoczę do DAISO – sklepu, w którym wszystko kosztuje 100 jenów. Japońskie DAISO to bogactwo rzeczy, które być może, choć niekoniecznie, ale musisz mieć. Ja dzisiaj muszę mieć trzy kolorowanki, firanki na szafę i zapas gąbek. 

Godzina 3:30, moja najstarsza córka właśnie wsiada w autobus i będzie zaraz w domu.

Ma mniej więcej 15 minut drogi z przystanku, ale zajmuje jej to zawsze z pół godziny. Wiadomo, są kwiatki do powąchania, kotki do pogłaskania i patyki do wrzucenia do rzeki. Często wyjeżdżam po nią autem. Nie chcę, żeby szła w tym upale, a zresztą i tak muszę jechać do przedszkola po resztę dzieciaków. W większości japońskich szkół dzieci muszą chodzić na piechotę, a rodzice mają zakaz podwożenia ich autem. Nasza szkoła jest wyjątkiem, być może dlatego, że wszyscy mieszkają dosyć daleko.

Przedszkolaki oczywiście się odbiera. Wchodzę do przedszkola i znajduje moje córki chodzące na szczudłach. Takie zabawy są bardzo popularne, szczudła, skakanka, robienie kulek z błota. Japońskie przedszkole zawsze wydaje mi się prawdziwym rajem, ale jednak moje córki chętnie wracają do domu. Może dlatego, że zabawa przed domem z siostrami jest równie atrakcyjna. Mają kury do gonienia, murki do bawienia się w ninje, a nawet trampolinę. Wywalam dzieciaki na dwór, żeby móc zrobić kolację. Bobas zasnął w samochodzie, więc przeniosłam go do łóżka – może uda mi się skończyć gotowanie, zanim się obudzi.

Dzisiaj sztandarowe danie japońskich rodziców – curry. To magiczne danie smakuje wszystkim dzieciom, bez względu na ilość wsadzonych do niego warzyw.

Japońskie curry nie jest ostre, a przynajmniej nie te w wersji dla dzieci, je się je z ryżem i można je do woli dopasowywać do swoich upodobań. Dzisiaj dodałam trochę taro (kolokazję jadalną) – od sąsiada dostałam całą skrzynkę bulw, które ocalały po ataku dzików.Mąż wraca, kolacja, kąpiel, godzina na czytanie (choć częściej skakanie i dzikie kwiki) i już dzieci śpią.

Chciałabym teraz powiedzieć, że to jest czas dla mnie, że relaksuję się, czytając książkę lub oglądam telewizję z mężem. Prawda jest taka, że często zasypiam z dziećmi i jest to chyba prawda uniwersalna dla rodziców z całego świata. Mój dzień w stylu slow life kończy się szybko, ale ja odczuwam satysfakcję. Dzień jak dzień, tak jak Polsce, tak i na Okinawie ma te same części i różni się tylko w szczegółach. Najważniejsze, żeby świadomie akceptować naszą rzeczywistość i znajdować spokój w codziennej walce, czy to z pluchą na dworze, czy z harcującymi karaluchami, czy to ze zbuntowanymi trzylatkami.

Nati Ishigaki

5 9 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Kate
Kate
2 miesięcy temu

Ale sie rozmazylam czytajac ten feljeton.Masz duzo obowiazkow ,ale czytajac widze jakie to poukladane u Ciebie wszystko ,chyba jestes wyjatkiem w Japonii majac tak liczna gromadke dzieci.Pozdrawiam serdecznie z deszczowej Irlandii.

Joanna
Joanna
2 miesięcy temu

Pięknie opisana codzienność, która może być źródłem radości i spokoju. Czytając byłam tam z Tobą. Serdeczności

Anna
Anna
2 miesięcy temu

Nati, czuc lekkosc piora. Kontyuuj. Pozdrawiam, Ania

Irena
Irena
2 miesięcy temu

Niby taką samą codzienność jak wszędzie, ale z tą japońską nutką – nazwami potraw, warzyw, szczudłami, dziećmi wyjątkowo dojeżdżającymi do szkoły – czyni tę opowieść egzotyczną i z zainteresowaniem przeczytałam (tym większym, że planuję podróż do Japonii)