EMIGRACJAFELIETONY

Wydawać by się mogło, że ta podróż nie będzie istotna w moim życiu. Wyjechałam za granicę tylko na miesiąc, zarobiłam tyle, ile mi było potrzeba i wróciłam do mojej codzienności, ciesząc się tym, że mam za co opłacić studia. Od tego czasu minęło już piętnaście lat i rzadko przywołuję na myśl fakt, że w ogóle kiedykolwiek byłam we Włoszech. Jednak podczas tej podróży do Rimini zdarzyło się coś, co na zawsze zmieniło moje życie. Na lepsze. Przez Przypadek – Przypadek przez duże P – poznałam wówczas osobę, która stale przy mnie jest, po dziś dzień. Przypadek czy Przeznaczenie?

Są ludzie, którzy pojawiają się w naszym życiu tylko na chwilę. Są podróżni, z którymi spędzasz ułamek swojego życia w jednym pomieszczeniu i prawdopodobnie po dotarciu do celu nie zobaczysz ich już nigdy więcej. Nadia nie była jedną z nich. Nadia została ze mną już na zawsze.

Pani tu siądzie!

To miała być długa podróż zaczynająca się w Rzeszowie, z przesiadką w Katowicach. Miałam dość już na samym początku. Kilka foteli przede mną siedziała kobieta, której osobowość doprowadzała mnie do szału. Po przebyciu niewielu kilometrów wszyscy pasażerowie już wiedzieli, czym ta pani się zajmuje, ile jej płacą, jak ją traktują w pracy i jak ciężko musi harować.

Nie lubię głośnych, nietaktownych i ekstrawaganckich ludzi. To nie mój typ. Zwłaszcza, gdy ci ludzie plotą przy tym piąte przez dziesiąte. Podczas przesiadki w Katowicach i zmiany autokaru usiadłam przy oknie i zobaczyłam tę rozgadaną kobietę zmierzającą w moim kierunku. Wyglądało na to, że chciała usiąść na wolnym miejscu obok mnie. Tylko nie to!

Nie każdy ma ochotę słuchać przez najbliższe trzydzieści pięć godzin o dolach i niedolach Grażyny włoskiego housekeepingu. Wtedy pociągnęłam za rękę dziewczynę, która po prostu przechodziła obok, szukając miejsca. Niech pani tu siądzie, tu jest wolne! –  wykrzyknęłam do niej i wskazałam siedzenie tuż przy mnie. Niech tu siądzie ktokolwiek inny, nie ma znaczenia kto, jakiś Przypadkowy ktoś… Dziewczyna usiadła obok i powiedziała: “Skoro spędzimy ze sobą najbliższe dwa dni, to może się poznajmy. Mam na imię Nadia”.

Tak zaczęła się  nasza przyjaźń. Luźne rozmowy przeplatane chwilami milczenia, które w jej towarzystwie nigdy nie były niezręczne. Dogadywałyśmy się tak dobrze, jakbyśmy się znały od dawna. Taka przyjaźń od pierwszego wejrzenia – powiedzieć by można. Ja wysiadłam w Rimini, Nadia pojechała dalej na południe Włoch. Wymieniłyśmy się wtedy numerami telefonów.

Mój pobyt we Włoszech był krótki, po miesiącu wróciłam już do Rzeszowa. Ale Nadia została tam na dłużej. Gdy po pół roku zadzwoniła, aby zaprosić mnie na kawę, na początku miałam mieszane uczucia. O czym będę rozmawiać z obcą dziewczyną poznaną w autokarze? Niepotrzebnie się obawiałam, bo spędziłyśmy wtedy wspaniałe popołudnie. Tak zapoczątkowałyśmy  regularne spotkania i wieloletnią, głęboką przyjaźń.

Nasza relacja to nie cud

Zdążyłyśmy dobrze się poznać i wiele razem przejść. Nie mamy wspólnych znajomych, nie dorastałyśmy razem, nie kradłyśmy razem koni, ale za to niejedną beczkę soli razem zjadłyśmy. Nie wymagamy od siebie rad, ufamy że podjęte przez którąś z nas życiowe decyzje są dobre i się wspieramy.

Niedługo po ukończeniu studiów wyjechałam na stałe zagranicę. Mimo odległości, która nas dzieli, nie czuję, aby nasza przyjaźń została poddana próbie. Moja relacja z Nadią to nie cud, tylko znajomość, o którą trzeba dbać.

Wiele moich przyjaźni po wyprowadzce z Polski się skończyło. Coś się po drodze schrzaniło. Pewnych rzeczy już nie ma, pewnych spotkań już nie ma. Pochłonęło nas życie, ktoś inny stał się częścią naszej codzienności.

Ale Nadia zawsze jest. Była nawet wtedy, gdy potrzebowałam jej najmocniej. Kiedy tuż po urodzeniu dziecka zachorowałam na raka, Nadia zostawiła wszystko w Polsce i przyjechała do mnie, by pomóc mi zajmować się córką w chwilach, kiedy ja fizycznie nie dawałam rady. To taki gest, którego nigdy nie zapomnę! Jak i tego, kiedy we Wszystkich Świętych Nadia odnalazła grób mojego taty i przebyła kilkadziesiąt kilometrów, by w moim imieniu zostawić na nim kwiaty i zapalić świeczkę. Któregoś grudniowego wieczoru Nadia wraz z prawdziwym Mikołajem odwiedziła moją siostrę, darując wielki wór prezentów dla moich siostrzeńców!

Stara przyjaźń nie rdzewieje

Chciałabym uczestniczyć w jej życiu, wypić z nią więcej kaw, zarwać niejedną noc na rozmowach, pomagać, kiedy tylko jest potrzeba. To taka smutna strona emigracji, kiedy tak wiele nas omija. Przyjeżdżam do Polski tylko na kilka tygodni w roku i nasze wspólnie spędzone chwile zawsze są zbyt krótkie.

Wierzcie lub nie, ale łączy nas wyjątkowa więź. Myślę o mojej przyjaciółce codziennie, choć nie kontaktujemy się każdego dnia. Między nami nigdy nie było złości, zawiści. Z całego serca życzę jej jak najlepiej. To taka duchowa druga połówka. Nadia, jak nikt inny, po prostu zawsze przy mnie jest.

Czy wierzycie w przeznaczenie? Prawdopodobnie widziałyśmy się z Nadią już w Rzeszowie, gdy czekałyśmy na autokar. Może nawet stałyśmy obok siebie i żegnałyśmy się z naszymi bliskimi. Kompletnie nie zwróciłyśmy wówczas na siebie uwagi, byłyśmy sobie zupełnie obce. Jakie fajne to życie! Jakie przewrotne i zaskakujące! 

Malwina Hristova

5 6 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Karin
Karin
7 miesięcy temu

Ojej, co za historia!