Felietonynarcos

Co może robić wiolonczelistka klasyczna w Meksyku? Dla wielu nie będzie zaskoczeniem, że istnieją tu orkiestry symfoniczne i nowoczesne sale koncertowe goszczące każdego roku światowej klasy solistów i dyrygentów.

W jednej z takich orkiestr pracuję na co dzień i cenię sobie możliwość pracy w zawodzie, jednak jako że pod względem finansowym szału nie ma, warto mieć plan B (najlepiej razem z planem C). Jak mawiał mój przyjaciel z Opery Narodowej w Warszawie: muzyk to nie zawód, to pasmo zawodów. Nie sposób nie przyznać mu racji, otwartość na nowe możliwości jest w naszej branży mile widziana i nie raz taka postawa ratowała mi skórę w czasach koncertowej posuchy. A jako że należę do kobiet, które żadnej pracy się nie boją, na swoim koncie mam już zbieranie porzeczek na plantacji, fotografowanie ślubów, pisanie tekstów do plotkarskich czasopism, nagrania teledysków i udzielanie lekcji języków obcych. Jednak było to zaledwie preludium do popisowego numeru zwieńczonego wysokim C: pracy przy serialu “Narcos: Mexico”. 

Pewnego popołudnia mąż podesłał mi plakat agencji aktorskiej ogłaszającej casting do najnowszej produkcji Netflixa. Poszukiwano osób o cudzoziemskim wyglądzie, a czy można tu wyglądać bardziej egzotycznie niż ja?

Moje blond włosy zwracają uwagę z odległości dziesięciu kilometrów! „Dobra, idę!” – ogłosiłam ku uciesze męża i dla zabawy wypełniłam formularz zgłoszeniowy, dołączając kilka selfies. Następnego poranka w skrzynce mailowej czekało na mnie zaproszenie do udziału w dwóch dniach zdjęciowych w Veracruz, czyli zaledwie 20 km od naszego domu, oraz instrukcje jak się do nich przygotować. Żadnego makijażu, przedłużania rzęs, farbowania włosów na dziwne kolory, widocznych tatuaży oraz, co podkreślono kilkakrotnie, nie wolno mieć przy sobie telefonów komórkowych, aparatów fotograficznych, kamer czy innych tego typu urządzeń. Wszystko, co dzieje się na planie, to ścisła tajemnica, przecieki mogłyby wpłynąć negatywnie na oglądalność czy oficjalną strategię marketingową produkcji. 

Veracruz na lokalizację prac nad jednym z odcinków serialu zostało wybrane nieprzypadkowo: jego akcja rozgrywa się w Hawanie lat osiemdziesiątych XX wieku, a moje miasto do złudzenia przypomina stolicę Kuby, nie tylko za sprawą kolonialnej architektury, ale, co tu dużo mówić, okropnie zaniedbanego centrum historycznego, gdzie opuszczone i niemal walące się zabytkowe budynki wołają o pomstę do nieba.

Co ciekawe, lokalna prasa podała, że kręcony tu będzie historyczny film „Gardenia” a nie narcosaga. Dlaczego?

Romantyzowanie i promowanie narcokultury jest w Meksyku coraz głośniej krytykowane. Ukazywanie narkotykowych bossów w otoczeniu ich rodzin, pięknych kobiet, w luksusowych rezydencjach i mówiących o przemycie i zabójstwach jak o zupełnie normalnej pracy sprawia, że niektórzy zaczynają im wręcz kibicować i marzyć o podobnym życiu. Dla wielu mieszkańców miasta obecność ekip Netflixa nie byłaby więc zaszczytem, a obelgą. Jarochos, jak zwane są potocznie osoby z regionu, są niezwykle dumni z bogatej historii tego ponad pięćsetletniego portu i nie chcą, by był on kojarzony z narkotykowym biznesem i przemocą. 

Nie był to dla mnie pierwszy plan filmowy.

W Polsce byłam kilkakrotnie dublerką aktorek wcielających się w role wiolonczelistek, filmowano wówczas moje ręce podczas gry i rzadko trwało to dłużej niż 2-3 godziny. Tym razem na planie miałam spędzić aż 12 godzin dziennie, co w panującym tu czterdziestostopniowym upale było niemałym wyzwaniem. Może kogoś rozczaruję, ale statystowanie to raczej nudne zajęcie. Sceny powtarzane są wielokrotnie ze wszystkich możliwych kamer i kątów, z odległości nie słychać dialogów, a stanie w słońcu i udawanie entuzjazmu turysty podczas wakacji marzeń to prawdziwa tortura. No ale przecież sama chciałam. Ratował nas obfity bufet, w którym można było szybko przekąsić dania lokalnej kuchni, non stop rozdawano nam też zimną wodę, a stylistki cierpliwie poprawiały roztapiające się w słońcu makijaże i korygowały fryzury.

Na szczęście drugiego dnia było już o niebo lepiej. Ubrano mnie w kwiecistą sukienkę a akcję przeniesiono do eleganckiego hotelowego baru. I znów wiele godzin nagrań, tym razem moim zadaniem było picie drinków przy uroczym stoliku udekorowanym kwiatami i świecami. Praca marzeń! Ale żeby nie było za różowo: drinki nie były prawdziwe, nad czym chyba wszyscy statyści szczerze ubolewali. I tak, udając picie, rozmowy i śmiech (bez wydawania z siebie żadnych dźwięków, jako że w tym czasie nagrywano dialog głównego bohatera z olśniewająco piękną czarnoskórą aktorką), dotarliśmy do finału. Grubo po północy nadszedł moment zapłaty: honoraria otrzymaliśmy w gotówce w wysokości 250 zł za dzień.

Przy okazji dowiedziałam się, że dla wielu Meksykanów statystowanie to sposób na życie. Zgłaszają się na każdy casting i jeżdżą za ekipami filmowymi po całym kraju.

1000 pesos za dzień przy pełnym wyżywieniu na koszt producenta to w tym kraju całkiem dobry zarobek. A i jest się później czym pochwalić! Zdjęć podczas nagrywania robić oczywiście nie wolno, ale w przerwach, jako że praktycznie każdy przemycił telefon komórkowy, z dala od czujnych oczu inspicjentów odbywały się sesje selfie w złotych koszulach, legginsach, z natapirowanymi grzywkami, z plastikową biżuterią rodem ze starych teledysków Madonny. Jest co wspominać! 

Po emisji odcinka moją instagramową skrzynkę odbiorczą zalały zdjęcia ekranów telewizorów, screenshoty z laptopów przedstawiające dobierany blond warkocz na pierwszym planie. Przez ułamek sekundy byłam międzynarodową gwiazdą Netflixa! Uff, mam to odhaczone i czas wrócić do rzeczywistości. Kto wie, czym mnie jeszcze zaskoczy życie? 

Barbara Piotrowska de Navarrete,

co zyskasz każdego dnia roku dzięki

Kalendarzowi Polki

czas

różnego rodzaju planery i matryca priorytetów pozwolą Ci się lepiej zorganizować i zaplanować zadania

codzienne podróże

zdjęcia i ciekawostki pozwolą Ci się przenieść w najdalsze zakątki świata każdego dnia

nowe smaki

mnóstwo lokalnych, ale łatwych w przygotowaniu przepisów poszerzy Twoje kulinarne horyzonty

lepszy humor

absurdy prawne Cię rozśmieszą, a refleksje i wspomnienia Polek na Obczyźnie wywołają uśmiech na twarzy i prześlą dobrą energię

wiedzę o świecie

niebanalne ciekawostki, niesamowite miejsca oraz kalendarium pełne świąt i tradycji poszerzy Twoją wiedzę o świecie

pomysł na prezent

Kalendarz Polki jest jedynym w swoim rodzaju książkoplanerem, dlatego może być idealnym prezentem dla bliskiej osoby

inspirację

dziesiątki stron zdjęć i tekstów pozwolą Ci zaplanować wspaniałe podróże

wciągające książki

dzięki naszym polecajkom książkowym poznasz lokalne kultury i najdalsze zakątki świata od kuchni

samoświadomość

60 pytań wzmacniających samoświadomość oraz podsumoniki miesiąca pozwolą Ci zatrzymać się na chwilę w biegu i zastanowić nad tym, co w życiu ważne

5 1 vote
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze