Polka tu mieszka

“Kochanie, to jak? Zawieziesz mnie do pracy?”

Wyrwana ze słodkich objęć Morfeusza, unoszę powieki i widzę nie całkiem wyraźnie mojego męża w jego uniformie moro i z beretem w ręce. Tak, jasne – wzdycham i człapię do kuchni, aby wypić łyk czekającej na mnie kawy i rozbudzić się na tyle, żeby odeskortować do jednostki mojego żołnierza. Mieszkanie wśród korsykańskiej makii ma swoje uroki, jednak dobrze, kiedy ma się dwa samochody. Jeśli tak jak my zwleka się z zakupem drugiego, trzeba się liczyć z pełnieniem roli prywatnego szofera.

Autobusy? Ach, jeżdżą oczywiście, ale tylko te, które odwożą i przywożą dzieci do i ze szkoły.

Moja córka, ta starsza, też już nie śpi i szykuje się właśnie, żeby się na swój szkolny transport nie spóźnić. O 7.30 wyjeżdża razem z innymi dziećmi z okolicy, do gimnazjum w Calvi – jedynym w promieniu trzydziestu kilometrów. Godzinę później odprowadzam młodszą córkę na przystanek, skąd odjeżdża w przeciwnym kierunku do swojej szkoły podstawowej.

Słońce świeci, ale jak to często tutaj zimą, trochę dziś wieje. Nie ma sensu wybierać się z psem na spacer na plażę, bo jeszcze mi głowę urwie ten złośnik – wiatr. Decydujemy z synkiem, że pójdziemy na spacer w makię. Dzieci zawsze uważają to za doskonałą zabawę i przygodę. Idziemy polną ścieżką i wdychamy zapach kwitnącego właśnie eukaliptusa i mimozy. Ta ostatnia chyba się troszkę pospieszyła, a może to już ten okres, a ja znowu nie zauważyłam, jak szybko mija czas?

Spacerujemy sobie. Po drodze zrywamy i zajadamy się owocami chróściny jagodnej i zbieramy zioła (tymianek i rozmaryn).

Przed nami, w oddali widać morze i cytadelę Calvi, miasta latem tętniącego życiem i pełnego turystów, w zimę prawie opuszczonego. Za nami wyrastają majestatyczne góry, codziennie wyglądające inaczej, czemu nadal nie mogę się nadziwić. Z boku rosną winogrona, a troszkę dalej i wyżej stoi piękny biały budynek, w którym właściciele winnicy sprzedają i oferują do degustacji swoje produkty.

Jest zima, jest więc spokojnie i cicho. Mimo że trochę wieje, słyszymy nadlatujący nad morzem wojskowy samolot, z którego wyskakują spadochroniarze.

Z daleka wygląda to tak, jakby z nieba spadały prawdziwki. Niesamowite widowisko, zwłaszcza dla turystów, ale teraz ich przecież nie ma. Wszystko jest jakby trochę uśpione, a życie zwolniło tempo. Korzystam z tego i ja, bo tak jak wielu innych tubylców, pracuję tylko przez połowę roku, w czasie największego turystycznego nasilenia. Drugą połowę roku poświęcam sobie i rodzinie. 

Chodzę po górach, spaceruję po plaży, wdychając jod. Rozpieszczam coraz to nowymi trasami mojego towarzysza psa, rzucającego się właśnie w pogoń za królikiem, który przeciął nam przed chwileczką drogę. Korzystam, ile się da, bo kto wie, kiedy znowu mąż mi powie, że się przeprowadzamy…

Joanna WojciechowskiPrzystanek Corse

5 1 vote
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze