FELIETONY

Klubowe Polki nie dosyć, że rozsiane są po całym świecie, to jeszcze sporo po tym świecie podróżują. A potem o tych podróżach sobie nawzajem opowiadają. Jak się okazuje, wdzięcznym tematem rozmów są nie tylko atrakcje turystyczne różnych krajów. W wielu przypadkach ciekawie robi się już na samym początku podróży, czyli na lotnisku, albo też chwilę później, w powietrzu. Okazuje się, że niesamowitych, zabawnych lub przerażających historyjek o lataniu zebrało się nam całkiem sporo.

Ciekawie bywa już na lotnisku

Monika: Latam często, więc teoretycznie powinnam mieć wprawę i wsiadać do samolotu rzutem na taśmę, ale tak nie jest i zawsze jestem na lotnisku co najmniej przepisowe dwie godziny wcześniej. Po prostu nie lubię się stresować, że nie zdążę. Raz na poranny lot przyszłam jako pierwsza (!) pasażerka na całym lotnisku i musiałam czekać, aż kontrola bezpieczeństwa się uruchomi, a pani celniczka nabijała się, że powinni mnie witać kwiatami. Innym razem leciałam historycznym pierwszym lotem easyJeta z Genewy do Krakowa, pod bramką były torty z krakowskimi zabytkami, szampan i drobne upominki. Oczywiście też przyszłam pod tę bramkę pierwsza i też się nabijali, że to wszystko dla mnie. Kłamali.

Agnieszka: Też lubię być wcześniej (po co się denerwować?) i też się ze mnie nabijają, ale przestali, kiedy mój szef się spóźnił… minutę. Czekałam na niego już w rękawie, przyszedł dosłownie minutę po zamknięciu boardingu… i poleciałam sama.

Monika: Raz zmusiłam szefa do przyjścia na lotnisko o trzeciej nad ranem (lot był jakoś przed szóstą, bo mieliśmy strasznie dużo dziwnego nadbagażu, który chciałam nadać i mieć spokój. Tylko nie sprawdziłam, że stanowisko nadawania bagażu otwierają o czwartej… Cud, że szef mnie nie zabił.

Anna: Podczas jednego z pierwszych lotów, gdy jeszcze nie ogarniałam co i jak, pomyliłam check-in z boardingiem. Efekt był taki, że jak mnie tknęło, to biegłam do samolotu i to w ostatniej chwili. Otrzymałam brawa.

Danuta: Strasznie zdenerwowałam się na lotnisku w Wiedniu, bo wpadliśmy na nie w ostatniej chwili i nie mogłam znaleźć okienka Lufthansy. W akcie desperacji dobiegłam do pani z obsługi i histerycznym okrzykiem zapytałam o stanowisko odpraw …. Luftwaffe. Mina pani – bezcenna…

Mariola: U mnie z samymi liniami raczej wspomnień brak. Trochę za to z lataniem. W zeszłym roku przed samymi świętami jechaliśmy taksówką na lotnisko. Wyjechaliśmy dość wcześnie, ale korki były takie, że dotarliśmy pięć minut (dosłownie) przed zamknięciem okienka odprawy. A potem podczas kontroli bezpieczeństwa okazało się, że system wylosował mojego męża do kontroli szczegółowej. Zdążyliśmy tylko dlatego, że lot był opóźniony. Nie wspomnę o tym, że mieliśmy taksówkarza Azjatę bardzo wrażliwego na zapachy. Moja córka wymiotowała po drodze. Kierowcy się udzieliło na tyle, że miał odruch wymiotny, dość głośny.

Anna: Gdy wyjeżdżałam ze Stambułu na ferie, okazało się, że tym samym lotem do Amsterdamu leci mój kolega z pracy. Sprawdzamy godzinę odlotu, patrzymy na siebie – to co, jemy i robimy zakupy? To był najdroższy Big Mac w moim życiu, a pod koniec posiłku patrzę jeszcze raz na bilet, a później na tablicę. Jak to final call?? Okazało się, że czas na bilecie to czas zamknięcia bramek, a nie ich otwarcia. Lotnisko Atatürka w Stambule jest duuuże, więc z zawałem i wywieszonymi językami dobiegliśmy do… zamkniętych już bramek. “Ale jak to? Mamy jeszcze dwie minuty! Ale my MUSIMY lecieć tym samolotem, bo później mamy przesiadki!” Myślę, że pani z personelu powiedziała zrezygnowanym głosem do któtkofalówki: “Mam tu jeszcze dwoje dzieciaków” tylko dlatego, że kolega… jest Amerykaninem i machał swoim paszportem.

Mariola: I jeszcze mi się przypomniał nasz lot do Bangkoku. Janusz i Grażyna dostali byznes klasen, ale nie zwrócili na to uwagi. I w ten sposób przekimali w Warszawie godzin sześć, a w Dubaju chyba cztery na podłodze lotniska. W końcu Grażyna przeszła się rozprostować kości i zobaczyła, że są jakieś magiczne pokoje z napisem business lounge. Najedli się, napili i trzeba było wsiadać do samolotu.

Anna: Nie pamiętam, jakie to linie były, ale lot tuż przed świętami Bożego Narodzenia z Frankfurtu. Wszyscy niecierpliwie czekają na boarding, jeden pan stoi przed wejściem pewnie ze trzydzieści minut. Kiedy zaczął się boarding, wbiegł do samolotu. Po chwili, kiedy byłam już w środku, usłyszałam krzyki tego niecierpliwego pana… Kiedy podeszłam bliżej, mężczyzna bronił jednego z luków bagażowych i krzyczał: “Proszę tutaj nic nie wkładać! Ja mam tutaj prezenty dla rodziny!”.

Aleksandra: Lot CebuPacific z Hongkongu do Cebu na Filipinach, zapakowałyśmy się do wygodnego, całkiem nowego samolotu, czekając na standardowe procedury i wszelkie instrukcje dotyczące bezpieczeństwa, kiedy nagle z głośników popłynęła dosyć rytmiczna muzyka i załoga nam te zasady bezpieczeństwa odtańczyła. Załoga miała sto procent uwagi pasażerów. Z wrażenia niestety nie zrobiłam nawet zdjęcia, ale jak się potem okazało, to nie jest takie niezwykłe dla tej linii.

Agata: A mi się przypomniała historia męża, nie wiem, czy się liczy. Mąż leciał do Stambułu na wybory prezesa Zrzeszenia Tureckich Biur Podróży. Bilety lotnicze, transport, hotel, pokrywa zrzeszenie. Leciał ze swoim bratem, bo obaj mają prawo głosu. Dzień przed lotem chcę chłopakom zrobić odprawę przez internet. Bratu B. zrobiłam, a przy B. pokazuje się informacja, że nie ma takiej rezerwacji. Próbowałam kilka razy, w końcu odpuściliśmy. Wyjaśni to w autobusie na lotnisko z osobami, które kupowały mu bilet. Następnego dnia został zapewniony, że wszystko jest ok i faktycznie na lotnisku bez problemu się odprawił, dostał kartę pokładową i miejsce 26A. W samolocie widzi, że jakiś gość siedzi na jego miejscu. Też właściciel biura podróży, który jedzie na wybory. Jeden z drugim się zdziwili, bo każdy jak się okazało ma miejsce 26A… Zaczęli się bardziej przyglądać swoim biletom i… okazało się, że obaj noszą identyczne imię i nazwisko!! Jakimś cudem odprawa wydała im dwie karty pokładowe! Okazało się, że osoby, które kupowały mężowi bilet, kiedy sprawdzały listę uczestników kilka dni wcześniej, zobaczyły dwa takie same imiona i nazwiska. Byli pewni że to pomyłka, więc jeden bilet anulowano. Akurat ten mojego męża. Tylko nie wiem, jakim cudem on się odprawił, w końcu odprawa jest z dowodem osobistym i numerem pesel!! Na pokładzie samolotu musiano mu dokupić miejsce, na szczęście było sporo wolnych.

Anna: W zeszłym tygodniu moja “teściowa” wracała do Turcji przez warszawskie Okęcie. Bardzo się stresowała, bo nie zna ani polskiego, ani angielskiego. Gdy przeszła przez kontrolę bezpieczeństwa, z jakiegoś powodu wyłączyło jej się lotniskowe wifi (a o roamingu nawet nie myślała, bo ogromne koszty). Nic sobie jednak z tego nie robiła, bo zasiadła szczęśliwie pod swoją bramką na długo przed jej zamknięciem. Około dwadzieścia minut przed zamknięciem bramki zdała sobie sprawę, że nikt jej nie sprawdzał paszportu. Zaczęła panikować i pytać ludzi “Passaport? Passaport?”. Stanęła we wskazanej kolejce. Złej kolejce. Na szczęście zdążyła sobie załatwić stempelek i wrócić do bramki na czas. Ponoć Okęcie jest jednym z niewielu lotnisk międzynarodowych, gdzie “punkty kontrolne” nie są po kolei, a do bramki można dotrzeć, nawet nie zauważając kontroli paszportowej…

Szczególne emocje budzą kontrole bezpieczeństwa osób i bagażu

Alicja: Na lotnisku w Krakowie zabrali mi silikonowy wałek do ciasta – mój prezent od przyjaciółki. Celnik nie chciał wskazać przepisu zabraniającego przewozić wałek w podręcznym i musiałam go wyrzucić do kosza. Ogólnie lotnisko w Krakowie należy do bardzo problematycznych.

Agnieszka: Nie leciałyście z Lyonu… naprawdę trudno o bardziej nieprzyjemną ekipę. Kiedyś Irenka miała w plecaku nożyczki dziecięce z okrągłymi główkami. Specjalnie takie wzięłyśmy, bo chciałyśmy na lotnisku, czekając na przesiadkę zrobić album ze zdjęciami dla dziadków, a trzeba było kilka przyciąć, aby pasowały do formatu. No i kazali nam je wyrzucić. Siedziałyśmy z Irenką zaraz przy ochronie z pół godziny i cięłyśmy te zdjęcia, aby oddać im nożyczki, zanim pójdziemy dalej.

Monika: Dwa tygodnie temu prawie obleciałam Europę tam i z powrotem z korkociągiem w plecaku. Został mi po imprezie w kieszonce i całkiem zapomniałam. W Genewie albo nikt się nie zorientował albo uznali, że korkociąg to przecież produkt pierwszej potrzeby, ale w Rzeszowie zorientowali się natychmiast i zabrali.

Danuta: Ja w Tbilisi regularnie wykłócałam się o nożyczki z mojej podręcznej apteczki, którą zawsze ze sobą wożę (takie małe, z zaokrąglonymi końcówkami). Najśmieszniejsze jest to, że po kontroli bezpieczeństwa wsiadałam na pokład Turkish Airlines, gdzie dostaje się ciepły posiłek z metalowym nożem i widelcem!

Dominika: Pierwszy rok na emigracji i lot do Polski. Muszę dodać, że było to tak dawno, że nie istniały wtedy bezpośrednie połączenia ze Szkocji, trzeba się było przesiadać w Londynie. Byłam w bardzo zaawansowanej ciąży i to był chyba ostatni moment, kiedy mogłam lecieć. W trakcie przesiadki na lotnisku w Londynie moja torebka została wyłapana podczas kontroli bezpieczeństwa. Pan celnik pyta się grzecznie, czy przewożę jakieś ostre przedmioty, ja odpowiadam oczywiście, że absolutnie nie. Po czym pan z kontroli wyjmuje z głębin mojej torebki maleńki scyzoryk w perłowej oprawie! To była pamiątka po mojej kochanej Babci, która zwykła mówić, że prawdziwa kobieta ma zawsze przy sobie scyzoryk. Nie wiem, jakim cudem nie został wypatrzony przed poprzednim lotem z Edynburga. Scyzoryk oczywiście nie mógł zostać w moim bagażu podręcznym. Nie pomogły ani moje argumenty, że jest malutki i bardzo tępy bo ma kilkadziesiąt lat, ani moje łzy. Dostałam do wyboru dwie opcje: albo cofam się do odprawy i nadaję scyzoryk w bagażu głównym albo bezpowrotnie się żegnam z pamiątką po babci. Na opcję pierwszą nie było czasu, a wersja numer dwa wywołała u mnie prawdziwą rozpacz (kładę to na karb ciążowej huśtawki hormonalnej). Skończyło się na tym, że wezwano dodatkowe służby celne i niewiele brakowało, a zatrzymano by mnie jako terrorystkę, bo za nic nie chciałam oddać scyzoryka.

Magdalenna: Gdy leciałam do Izraela z Bremy (Niemcy), miałam bardzo szczegółową kontrolę. Na tyle szczegółową, że… wzięli mnie do jakiejś kanciapy i musiałam zdjąć stanik – jedna strona “pikała” inaczej od drugiej. Powiedziano mi, żebym zawinęła biustonosz w sweter, bo muszą go zeskanować, a po co robić sceny. Wtedy olśniło mnie, że ten stanik mi się kiedyś rozpruł i ciągle wychodził mi z niego ten drucik podtrzymujący pierś od dołu. Mój chłopak inżynier mi go naprawił, używając starego drucianego wieszaka na ubranie. Panie z kontroli mi nie dowierzały, bo nigdzie nie było nawet śladu zaszycia. Podkładając się ze śmiechu tłumaczyłam im, że mój partner jest prawdziwą złotą rączką. Stanik został zeskanowany i wyszło na moje. Postanowiłam jednak iść do toalety i zmienić biustonosz na inny, bo skoro takie zawirowania w Niemczech, to co by było na lotnisku w Izraelu…

Mariola: Jezu, ja na śmierć zapomniałam. Mój pierwszy lot! Ten emigracyjny, do Londynu. Cały plecak zapakowany kiełbasą. Celnik prawie płakał ze śmiechu.

Monika: Mariola mi przypomniała, że historię kulinarną też miałam! Lot z Rijeki do Sztokholmu na Wielkanoc, kilka lat temu, kiedy Wielkanoc zbiegła się z urodzinami mojego taty. Ponieważ obydwoje lubimy poznawać nowe trunki wyskokowe, to w prezencie zakupiłam rakije w jakiś odjechanych smakach. A że leciałam tylko na trzy dni, to mnie zaćmiło i kupiłam bilet z podręcznym bagażem. Jeszcze w domu zważyłam walizkę, bo przecież Ryanair jest bardzo restrykcyjny. Walizeczka na taśmę, celnik patrzy… i dusząc się ze śmiechu, pyta: ma pani jakieś płyny w walizce? A tam 3 (słownie: trzy) litry rakiji zakutane w swetry, żeby się nie potłukły! Walizka poleciała jako bagaż rejestrowany, a ja, na krótki czas, zostałam gwiazdą lotniska.

Marta: Lotnisko w Porto, Portugalia. Przy kontroli bezpieczeństwa bardzo ładna pracownica zaprasza mojego męża do kontroli osobistej. Posługuje się urządzeniem, którym przesuwa wzdłuż ciała pasażera. Mąż pyta: “Do jakiego celu służy to urządzenie?”. Pani odpowiada, przesuwając obiektem wzdłuż tułowia, że do wykrycia ewentualnych materiałów wybuchowych. Na co mój mąż do mnie, już ciszej, odchodząc: “Szkoda, że nie przesunęła nim niżej, to by dopiero wyczuło materiały wybuchowe!”Agnieszka: Nasze przygody wielkie nie były… na szczęście. Raz Dawid miał ze sobą w podręcznym bagażu breloczek kupiony w Polsce. W kształcie małego rewolweru. W Szwecji przeszło bez problemu. W czasie lotu powrotnego wychwycili i było przesłuchanie, czyj to bagaż. A czyje to dziecko. A kto pakował plecak. A czy przewozimy broń… no przy tym pytaniu przestało być zabawnie. Na szczęście celnicy byli normalni. Obejrzeli breloczek, pogrozili młodzieży palcem i zabawkę zostawili. Za to już Radek swój breloczek przy kluczach zrobiony z łuski po naboju, kupiony w tym samym muzeum wojskowym musiał przy innej podróży wyrzucić. Może wyglądał bardziej na terrorystę.

Redakcja: Danuta Łazarczyk

5 2 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze