FELIETONYjest nas dwie

Często mam wrażenie, że jest nas dwie. Dwie osobowości w jednej kobiecie, która wygląda tak samo, lecz uśmiecha się w inny sposób w zależności od miejsca, w którym aktualnie się znajduje. Ostatnimi czasy wrażenie przekształca się niemalże w pewność, że ja w Polsce i ja w Niemczech to dwie różne osoby, z których każda wiedzie prym wtedy, kiedy przebywa na swoim terytorium.

Polska – moja ojczyzna.

Tutaj zawsze czuję się jak u siebie i tutaj czuję się w stu procentach sobą. Po mojej ziemi i ziemi moich przodków zawsze chodzę pewnym krokiem, nie oglądając się za siebie. Znajome miejsca, przyjazne twarze, ojczysty język, w którym każdy żart brzmi naprawdę śmiesznie, sprawiają, że czuję się spokojna i zrelaksowana. Idąc uliczkami mojego ukochanego Krakowa, mam poczucie, że zawsze jestem we właściwym miejscu o właściwym czasie.

Pęd tętniącego życiem polskiego miasta, które jest tak bliskie memu sercu, nastraja mnie energią i chęcią do działania, którą nie sposób poskromić. Nawet wizyta w uroczej kawiarence na krakowskim Kazimierzu, by złapać chwilę oddechu nie pozwala uwolnić się od uczucia przyjemnej ekscytacji. To tutaj mogę wyjść do teatru, gdzie zachwycam się grą aktorską, śmieję się i wzruszam jednocześnie, a później do upadłego tańczę na parkiecie lub zdzieram gardło, wyśpiewując na karaoke polskie piosenki.

Szczęście

Choć mój pobyt w Polsce raczej nigdy nie można nazwać „urlopem”, bo zawsze dzieje się tyle, że w niedoczasie jestem całą dobę, to wiem, że tutaj czuję, że żyję. Spotkania z przyjaciółmi i znajomymi sprzed lat, rodzinne uroczystości, relaks i odpoczynek na działce rodziców czy babskie wypady na miasto i nieustanne paplaniny sprowadzające się do charakterystycznego dla Polaków narzekania na wszystko wokoło to coś, czego brakuje mi na emigracji.

Te rzeczy, ci ludzie i te działania działają na mnie napędzająco i sprawiają, że czuję się szczęśliwa. Przebojowość, pewność siebie i optymizm są składowymi mojej osoby na polskiej ziemi. To tutaj zawsze ktoś na mnie czeka, to tutaj witają mnie z uśmiechem, to tutaj mam przy sobie wiele dobrych dusz, które chętnie służą pomocną dłonią.

Uwielbiam patrzeć na polskie dzieciaki bawiące się w parkach i na placach zabaw, a także przysłuchiwać się prowadzonym przez nich rozmowom. Zachwycają mnie ich zabawy a nawet spory, które prowadzą następnie do osiągania dziecięcych kompromisów. Tutaj starsi ludzie są tacy bezbronni i delikatni, a patrzenie na nich sprawia, że chciałoby się nimi zaopiekować i chwycić za rękę, mówiąc: „Proszę się nie martwić – wszystko będzie dobrze”. Potrafią obdarzyć tak ciepłym uśmiechem, że serce się rozpływa, ale często zdradzają ich smutne, zaszklone oczy, które niejedno w życiu widziały i które często przypominają mi, dlaczego wyjechałam, a raczej – dlaczego tam zostałam.

Outsiderka?

Wtedy też uświadamiam sobie, że przyjeżdżając do Polski, patrzę przecież oczami Polki-emigrantki, zwykłej przyjezdnej w różowych okularach na nosie, która przecież już od dawna nie jest nierozerwalną częścią społeczności swoich rodaków i tak naprawdę nie do końca rozumie realia, w jakich żyją jej pobratymcy. Nie doświadczam Polski na własnej skórze, doświadczam jej sercem stęsknionej patriotki, której korzenie raz na zawsze pozostaną tam, gdzie dawno temu wrosły w ziemię. Nie zmienia to jednak faktu, że Polacy, że polska ziemia, że bliskie memu sercu osoby są dla mnie czymś, co pozwala mi naładować baterie na kolejne miesiące, kiedy to znowu będę kupką tęsknoty, z daleka od tego, co kocham.

Powroty do Niemiec

Powroty do Niemiec są pełne sprzecznych emocji. Z jednej strony cieszę, że znowu będę „na swoim”, ale smuci mnie fakt, że nie „u siebie”. Uwielbiam ten spokój, kiedy nikt niczego ode mnie nie chce, a telefon nie dzwoni co pół godziny, tęskniąc jednocześnie za bezpośrednim kontaktem z ludźmi, którzy są bliscy memu sercu. Można by pomyśleć, że taka labilność w odbieraniu rzeczywistości nie jest niczym przyjemnym – i oczywiście nie jest! Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak przełączenie się na tryb: życie na emigracji.

Skupiam się więc na tym, co w mojej emigracyjnej codzienności przynosi mi radość i spokój. Wizyty w Polsce zawsze kończą się dla mnie totalnym przebodźcowaniem i wtedy, jak nigdy, potrzebuję ciszy oraz spokoju, które znajduję tylko w moim niemieckim domu. To tutaj na wszystko mam czas i mimo wielu obowiązków nie zapominam o porannej lub wieczornej jodze i oddaniu się medytacji. To tutaj żyję w rytmie slow, nigdzie się nie spieszę i nawet nie mam możliwości, by gdziekolwiek pędzić, a piesze wędrówki po górach na łonie natury pozwalają mi osiągnąć wewnętrzną równowagę.

Życie w alpejskiej wiosce

Życie w małej alpejskiej wiosce, choć to może być zaskakujące, daje mi duże poczucie anonimowości oraz sporą przestrzeń dla intymności i prywaty. Obecność turystów z całego świata umożliwia mi wtopienie się w tłum, bez konieczności uzewnętrzniania się. I tylko rejestracja samochodu zdradza mnie, że jestem „miejscową”, ale czy tak naprawdę ktoś w ogóle zwraca na to uwagę? Nie mam parcia na to, by zawsze wyglądać idealnie i nie boję się ocen ludzi.

Zauważyłam, że w rzeczywistości nikogo nie interesuje, co robię, czym się zajmuję, co jutro przygotuję na obiad i jakie mam plany na najbliższe dziesięć lat. Daję sobie przyzwolenie na nieprzejmowanie się najdrobniejszymi nieporozumieniami lub sytuacyjnymi i językowymi gafami, których jestem mistrzynią, bo w głowie mam dość mocno ugruntowane wyobrażenie, że lokalsi potraktują mnie z ulgą, myśląc sobie: „Aha! Ona przecież nie jest od nas, warto na nią spojrzeć pobłażliwym okiem, bo pewnie nie zna naszych zwyczajów”. I oczywiście nie mam pewności, że właśnie tak to widzą, ale myślenie w ten sposób jest dla mnie bardzo pomocne i wspierające, a także pozwala mi wrzucić na luz, czego wcześniej (w Polsce) nie umiałam. 

Znajomości emigracyjne

Tylko na moim balkonie, kawa smakuje najlepiej i choć najczęściej piję ją sama to jednak w towarzystwie Alp, które zdecydowanie mi wystarcza, bo w Niemczech potrzebuję tej specyficznej samotni, która karmi introwertyczną część mojej duszy. I to nie jest tak, że w mojej emigracyjnej rzeczywistości stronię od ludzi. Specyfika emigracji często nie daje nam zbyt szerokiego pola do zawierania znajomości a już tym bardziej – przyjaźni.

Często emigracyjne znajomości nie do końca są znajomościami z wyboru, a relacjami kształtowanymi na zasadach pewnych wspólnych wskaźników: pochodzenia, miejsca pracy, sąsiedztwa czy tej samej placówki edukacyjnej, do której uczęszczają dzieci. Do tej pory pojawiają się chwile, że w Niemczech czuję się „jak w domu” tylko w mieszkaniu, które urządziłam po swojemu, w którym każdy dzień wygląda tak, jak ja sobie zaplanowałam i w którym funkcjonujemy według zasad, które wspólnie utworzyliśmy z mężem i z synem.

Za progiem mojego domu

Każdorazowe wyjście za próg mojego domu kończy się totalnym opuszczeniem strefy komfortu i poczuciem, że tam – na zewnątrz – nie jestem już u siebie. Na szczęście teraz jest już lepiej i „na zewnątrz” też nabieram większej pewności, choć nie da się jej porównać z pewnością siebie, którą emanuję w Polsce. Na emigracji nauczyłam się szanować i akceptować wszystkie emocje, jakie się we mnie pojawiają. To tutaj dowiedziałam się, że nie muszę działać na korzyść wszystkich wokół, by zaspokajać cudze potrzeby swoim kosztem. Teraz już wiem, że chwila dla siebie to żadna zbrodnia i każdy zasługuje na odrobinę czułości i troski od siebie – dla siebie.

Choć może się wydawać, że na emigracji żyję trochę w cieniu, to już teraz mi to nie przeszkadza. Potrzebuję w życiu swoistej doświadczeniowej równowagi, którą zapewnia mi życie na płaszczyźnie Polska – Niemcy.

Jest nas dwie.

Po napisaniu tego tekstu totalnie utwierdziłam się w przekonaniu, że rzeczywiście jest nas dwie. Jowita w Polsce różni się od Jowity w Niemczech, bo każda z nich ma inny sposób działania, na który składają się wybierane aktywności i ich rytm czy choćby częstotliwość spotkań z innymi ludźmi w celach towarzyskich. Po dłuższym zastanowieniu, wydaje mi się, że chyba mogę być wdzięczna losowi (i samej sobie), że tak zorganizował moje życie, umożliwiając mi osiągnięcie równowagi dla mojej ambiwertycznej osobowości.

Jowita, która jest ekstrawertyczką czuje, że jej miejscem jest Polska, gdzie wszędzie jej pełno a ilość zadań do wykonania dodatkowo ją napędza, natomiast Jowita, której w duszy gra introwertyzm odnajduje się tylko i wyłącznie pośród natury w tej małej alpejskiej, niemieckiej wiosce, gdzie nigdzie nie musi się spieszyć. Tak, zdecydowanie jest nas dwie. I jeśli myślę o sobie w ten sposób, to jestem przekonana, że jedna bez drugiej nie tworzyłaby kompatybilnej całości składającej się z liter mojego imienia, zebranych doświadczeń, przeżywanych emocji, utrwalonych wspomnień i żywych marzeń.

Jowita Goda Wójciak

4.6 10 votes
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

4 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Margaret
Margaret
4 miesięcy temu

Mieszkam od 38 lat poza Polska ale to “rozdwojenie” zawsze mi towarzyszy. Polska i Polaca to emocje! I to nie tlyko moje to nasze polska natura. Jest ich tak duzo ze po 2 tygodniach juz nie moge sluchac od pani w sklepie jej calego zyciorysu itd., natomiast tutaj w Szwajcari nikt mi nic nie mowi i nie interesuje sie mna…jak na pustyni.

Zyjac i doswiadczajac tych dwoch skrajnosci przez wiele lat musze sobie dozowac moje kontakty jak jestem w Polsce bo na koniec po prostu uciekam wlasnie w Alpy.

Magda
Magda
4 miesięcy temu

Jowitko,
czytałam o sobie…
Myślę, że Polska jest nas tak pełna i emocjonująca, gdy tam jesteśmy, bo czasu jest ZAWSZE za mało, a tyle osób do zobaczenia, słów do powiedziana, i rzeczy do zrobienia… pewnie „na codzień” byłoby już inaczej…
Myślę jednak, że wbrew temu, co napisałaś, w małej alpejskiej wiosce wcale nie jesteś aż tak anonimowa, ja Ci się wydaje! Ja też długi nosiłam w sobie przekonanie… Taki to już urok małych wiosek. Czasami szkoda. A z drugiej strony bardzo dobrze: więcej osób ma szansę dowiedzieć się, jaka fantastyczna z Ciebie dziewczyna- gdziekolwiek jesteś!

Monia
Monia
4 miesięcy temu

Jowi nawet nie zdajesz sobie sprawy jak ważny jest ten tekst ♥️ i myślę, że wiele z nas boryka się z podobnymi odczuciami. Dziękuję, wspaniale to wszystko opisalas.

Anna
Anna
4 miesięcy temu

Zgadzam się, że jest jakieś rozdwojenie i dysonans, któremu nie ma jak i chyba nie chce zaradzić. Im dłużej mieszkam za granica, tym wyraźniej widzę niektóre rzeczy, o jakich piszesz. Czasem myślę, że będzie mi ciężko wrócić na stałe do Polski, bo będę tęsknić tym razem za krajem, w którym teraz mieszkam.