Emigracja

Od lat byłam jedną z tych kobiet, które lubią podróże solo i choć zdarzało mi się czasem planować coś w towarzystwie, nie robiłam tego za często. Myślę, że większość turystów, którzy doświadczyli takich samotnych wyjazdów, docenia ich główną zaletę: niezależność, możliwość robienia tego, co się chce, bez oglądania się na innych.

Dla mnie było to bardzo ważne, zwłaszcza odkąd odkryłam, że mój sposób zwiedzania mocno różni się od stylu ludzi z mojego otoczenia. Można było gdzieś czasem wyskoczyć na wspólny weekend, z obu stron decydując się na jakiś kompromis, ale traktowałam te wyjazdy jako czas z rodziną lub przyjaciółmi. Z turystycznego punktu widzenia zakładałam, że do tego miejsca będę musiała po prostu wrócić i zobaczyć wszystko tak, jak lubię. Mam też w sobie coś z introwertyczki – lubię spacerować swoim tempem po nowych miejscach i pozwolić moim myślom swobodnie płynąć, z (wybranymi) ludźmi się dobrze bawię, bez ludzi odpoczywam. Zatem wyjazd w towarzystwie nigdy nie był dla mnie wyjazdem wypoczynkowym, wręcz przeciwnie, po powrocie miałam ochotę zamknąć się na tydzień sama w domu i uzupełnić energię, a najchętniej od razu zarezerwować jedną czy dwie podróże solo. I szczerze uwielbiałam ten styl życia, czułam, że wszystko jest w równowadze.

Nie szukałam związku, choć wiadomo, że słyszałam pytania w tym temacie. Zazwyczaj odpowiadałam, że to wcale nie tak łatwo znaleźć kogoś, kto miałby na tyle ciekawe hobby na miejscu, że nie miałby nic przeciwko moim ciągłym wyjazdom, ani kogoś, kto chciałby podróżować tak często jak ja.

A za bardzo kocham podróże, by z nich rezygnować – wolałam życie w pojedynkę pełne pasji i radości niż we dwoje z poczuciem, że ciągle się poświęcam.

Kiedy więc związek się przytrafił, z jednej strony była radość, a z drugiej stres: jak to będzie? Koleżanka natychmiast skomentowała: „Po prostu zamienisz podróże solo na te we dwoje”. No to zamieniłam, ale nic nie było „po prostu”, bo zamieniłam w proporcji mniej więcej 3:1 – na każde trzy podróże, które kiedyś odbywałam sama, teraz jest jedna we dwoje. 

Niby człowiek wiedział, że to wszystko organizacyjnie nie będzie takie łatwe, a chyba i tak wciąż czuł się zaskoczony. Nie mieszkamy w tym samym mieście, więc do każdego wyjazdu trzeba było dodać czas połączenia między nami. I tak okazywało się, że zaczynałam planować krótki weekendowy wypad po pracy akurat tak, żeby zdążyć, a z drugiej strony słyszałam: „ty zdążysz, ale ja nie” i plan się rozpadał na milion kawałeczków. Musiałam nagle wziąć pod uwagę, że nie każdy pracuje od poniedziałku do piątku od 9 do 18. Że jeśli na przykład w poniedziałek wypada święto, to nie zawsze mogę się cieszyć na wyjazdowy długi weekend, bo mogę usłyszeć: „wiesz, ja mam nocną zmianę z niedzieli na poniedziałek”. A kiedy już znajdę jakiś termin pasujący pod kątem pracy i dojazdów, kiedy jakimś cudem są jeszcze wtedy jakieś bilety w rozsądnej cenie i chcę je rezerwować, to nagle wypadają urodziny babci, ślub brata czy chrzciny kota i „wiesz, wypadałoby być”. Jako osoba od lat ciesząca się emigracyjną wymówką od większości „rodzinnych spędów”, za którymi całym sercem nie przepadam, kompletnie nie mogłam zrozumieć, czemu ja to sobie robię. Czemu, mając do wyboru Barcelonę i urodziny babci, nie siedzę teraz z drinkiem na plaży w Barcelonie? Tak, wiem, na tym też polega związek i rozumiem, że są rzeczy, które są ważne dla drugiej osoby i których nie uniknę. Tylko czasem mam wrażenie, że ci, którzy mi mówili, iż wystarczy zamienić podróże solo na te we dwójkę, kompletnie nie mieli pojęcia, o czym mówią.

Czasem kończy mi się cierpliwość i gdy od partnera słyszę, że termin mu nie pasuje, rezerwuję coś sama. Wciąż potrzebuję tych podróży solo, ale są to teraz pojedyncze wyjazdy raz na kilka miesięcy.

Zazwyczaj wciąż próbuję się przebijać przez te komplikacje związane z odległością, godzinami pracy, innymi planami i zobowiązaniami. Próbuję, bo naprawdę pokochałam te podróże we dwoje. Pokochałam to, że jestem w stanie spędzić z drugą osobą cały urlop, po którym nie potrzebuję od razu czasu dla siebie, lecz natychmiast zaczynam tęsknić, gdy każde z nas wraca do swojego domu. Zdaję sobie też sprawę, że kłopotliwe dojazdy i różny styl pracy to tylko tymczasowe problemy, o których pewnie wkrótce zapomnimy i wtedy się może okazać, że da się znów podróżować tak jak kiedyś. Z tą tylko różnicą, że jednak faktycznie we dwoje, a nie w pojedynkę. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że początki okazały się dużo bardziej frustrujące, niż się spodziewałam i wciąż bardzo często przyłapuję się na myśli, jakie łatwe i przyjemne było organizowanie wyjazdów solo.

5 4 votes
Oceń artykuł
Subskrybuj
Powiadom o
guest
2 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze
Awatar użytkownika
Kasia
2 miesięcy temu

Też lubie podróże solo od czasu do czasu, tak też zaczęłam moją podróżniczą przygodę 7 lat temu, która trwa do dzisiaj (solo wypad na miesiąc na Bali). Ale mam też super partnera, który jest jeszcze wiekszym świrem podróżniczym niz ja i we dwoje tworzymy naprawdę udany team. Uwielbiam byc z nim w trasie. Mamy podobne tempo, pomysły, trzymamy sie tych samych zasad. A kiedy zmęczy mnie bycie 24 godziny na dobę razem, rozdielamy się i każdy robi swoje przez jakis czas. Zdarza się, że i on i ja mamy ochotę na inne kraje, miejsca itd i wtedy również planujemy wyprawy… Czytaj więcej »

Last edited 2 miesięcy temu by Kasia Sosińska
Cybergirl
Cybergirl
2 miesięcy temu

Solo, najlepiej solo! Chyba, że się nie mieszka razem i wolny czas chce się po prostu spędzić z drugą osobą. Ale ja, jeśli mam naprawdę odpocząć, to potrzebuję podróżować sama, wędrować sama – tylko wtedy w pełni mogę się skupić na odwiedzanych miejscach. Nikt mnie wówczas nie rozprasza.
Nigdy też nie udaję się w zatłoczone miejsca – im dalej od ludzi, tym lepiej.