Ojczyzna jest w języku

Ojczyzna jest w języku

„Kto czyta, żyje podwójnie.”
Umberto Eco

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam po francusku całą książkę, tak od deski do deski i dla przyjemności, pożerając ją strona po stronie, pomyślałam, że właśnie otwarły się dla mnie wrota nie tylko nowego świata, ale przede wszystkim nowej ojczyzny. Czytanie zawsze było dla mnie nie tylko sposobem na relaks, ale przede wszystkim stanowiło źródło wiedzy o świecie, o otaczającej mnie rzeczywistości, którą łatwiej zrozumieć, kiedy ubrana jest w słowa. Potem czytałam już kolejne książki, a lokalna księgarnia stała się moim nowym miejscem na mapie moich codziennych ścieżek. Po czytaniu pojawiły się spotkania autorskie, kluby czytelnicze, coroczny festiwal literacki, którego jestem wolontariuszką, ulubione wydawnictwo oraz pisarze. Moja francuskojęzyczna biblioteka rosła i rosła, a ja myślałam sobie, że oto odzyskałam mój polski lifestyle. Z zadowoleniem obserwowałam jak moja integracja postępowała coraz szybciej, czego ukoronowaniem były opaśne, pięciusetstronnicowe tomiska czytane z przyjemnością i prawdziwą lekkością.

W tym samym czasie moja lista polskich lektur do przeczytania skrupulatnie zapisywana w notesie coraz bardziej się wydłużała, by potem niemiłosiernie obciążyć mój bagaż podczas wakacji w Polsce. Wciąż jednak było mi mało i tuż po odprawie rzuciłam się na kolejne dwa egzemplarze, które w cudowny sposób udało mi się upchnąć w bagażu podręcznym, którego na szczęście nikomu nie przyszło na myśl zweryfikować pod kątem wagi.  

Na tym lotnisku rzucając się na “Balladę o pewnej panience” Szczepana Twardocha oraz – tak się złożyło – “Połączenie odebrane” Bonieckiego, zrozumiałam, że mimo wszystko ta francuska rzeczywistość, w której bardzo płynnie poruszam się na co dzień, mało mnie dotyka. Że sztuka, czy to teatr czy literatura, poruszają się po niewidzialnych niciach połączeń kulturowych, metafor i symboli, które są tak głęboko w nas zakotwiczone, że są w stanie wprawić w emocjonalne drganie tylko tych, którzy zostali w nich wychowani.

W tej francuskiej rzeczywistości kulturalno-społecznej jestem już zanurzona na tyle głęboko, że francuska kultura, polityka i sztuka są po prostu częściami mojego codziennego życia, dokładnie tak, jak były w Polsce. W pewnym sensie może nawet bardziej, gdyż ich odzyskanie i odtworzenie na francuskim gruncie jest wynikiem nieustającego wysiłku, prób zrozumienia i samokształcenia na wielu płaszczyznach: językowej, historycznej, politycznej, społecznej i kulturalnej.

Wysiłku, który jednak z góry skazany jest na niepowodzenie, gdyż wszystko rozgrywa się w subtelnej i nieuchwytnej różnicy pomiędzy wiedzą i rozumieniem, czym dla Francji był np. rok 1968 lub rewolucja demokratyczna w kulturze, o których czytałam i uczyłam się oraz które pojawiają się w różnych kontekstach aktualnych wydarzeń, a dorastaniem w micie i oparach kultury, wychowywaniem się w oczywistości tych faktów lub jako dziecko ludzi, którzy tego doświadczyli.

To trochę tak, jak Francuz interesujący się Polską może biegle posługiwać się polszczyzną, dużo wiedzieć o Polsce, o Solidarności, o komunizmie, może rozumieć związki z tym, a dzisiejszymi realiami polityczno-społecznymi. To wszystko jednak nie miało wpływu na to kim jest, ani jak postrzega świat.

W moim codziennym życiu informacje z teatralnych afiszy mówią po francusku, sezon teatralny rozpoczyna się po francusku, czytelniczy nowy rok zaczyna się dla mnie francuskimi targami książki. Francuska kultura przenika każdy mój dzień, podobnie jak polityka. Interesują mnie reformy, wiadomości, działam politycznie we Francji, a im łatwiej przychodzi mi to wszystko, im bardziej wnikam we Francję, tym bardziej łapię się okruchów polskiej rzeczywistości, którą z każdym dniem trudniej zrozumieć, kiedy jest się daleko. Moje poranki wyglądają tak samo – zaczynam od polskich wiadomości, potem przeglądam ulubione portale publicystyczne, fanpejdże artystów i pisarzy. Czytam po polsku, staram się być poinformowana o tym, co aktualnie dzieje się w Polsce, wciąż angażuję się w Polsce politycznie, zwożę tony książek do Francji, kupuję polską prasę i e-booki. Przede wszystkim też piszę po polsku. I chociaż mogłabym pisać teraz podobny tekst po francusku, a może nawet opowiadanie (wielu zagranicznych autorów pisało i pisze przecież po francusku), a zamiast poświęcać czas i zaangażowanie na sprawy, które są tam, hen daleko, kontynuować naukę na kolejny egzamin z francuskiego, wolę jednak przeglądać polskie czytelnicze nowości i wiadomości, by nic mi nie umknęło.

Od dosyć dawna istnieję w tej podwójnej wersji, która pochłania wiele czasu i siły, wymaga motywacji. Był taki czas, kiedy sądziłam, że moja francuska część we mnie zwycięży, że w jakimś stopniu trzeba będzie mi wreszcie wybrać. Tymczasem przy łóżku leżą dziś dwie książki, wspomniany już Twardoch i Leila Slimani. Przerzucając kartki, zamieniając “Balladę o pewnej panience” na “Dans le jardin de l’ogre”, zmieniam nie tylko języki,  przemieszczam się pomiędzy dwiema ojczyznami. Parafrazując Umberto Eco, żyję poczwórnie, bo czytam w dwóch językach.

Paula Sauer

Paula Sauer

AUTORKA TEKSTÓW

Rocznik 90, skorpion. Absolwentka polonistyki Uniwersytetu Śląskiego i Uniwersytetu Jeana-Jauresa w Tuluzie. Animatorka kultury. Laureatka konkursów literackich. Z pamięci recytuje Wiktora Hugo w dwóch językach, biegle posługuje się czterema. Lubi koty, komparatystykę literacką i duże ilości kawy. Balansuje na pograniczu kultur, w tekstach i w rzeczywistości. Emigrantka, Polka, Ślązaczka, Niemka, Francuzka, Europejka, Włóczęga. Człowiek paradoksu z fobią etykietek. Mieszka na południu Francji.

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Natalia BredePharlap Recent comment authors

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrybuj  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Pharlap
Gość

Ojczyzna w języku…
Mieszkam w Australii i siłą rzeczy w mojej lekturze dominują książki pisane po angielsku. Rzecz w tym, że angielski nie jest zbyt mocno związany z żadną ojczyzną – piszą w tym języku autorzy pochodzacy z wielu krajów.
Zresztą w wielokulturowej Australii pojęcie ojczyzny jest bardzo mgliste a w politycznie poprawnych środowiskach wręcz podejrzane.
Dzisiaj obchodzimy tutaj ANZAC Day – rocznicę bitwy pod Galipoli (Turcja), bezsensownej rzezi na którą Australijczyków wysłali Anglicy. Uczestniczę co rok w ceremoniach związanych z tą rocznicą, ale trudno mi wykrzesać w sobie jakiś sentyment.
Natomiast na 1 listopada zaglądam co roku na jakiś cmentarz – pusto.

Natalia Brede
Gość

och, jak bardzo Cię rozumiem! A poczwórne życie wchodzi właśnie do mojego słownika 🙂 Swoją drogą, czy jeśli czytam w większej ilości języków, to znaczy, że żyję popiątnie albo poszóstnie? 😉