EDUKACJA I JĘZYKIFELIETONYjęzyków obcych

Nie mam pojęcia, jak u ciebie przebiegała nauka języków obcych. Czy były to zajęcia na prywatnych lekcjach czy może tylko w szkole państwowej, a może któreś z twoich rodziców od małego uczył cię obcego języka jak ojczystego?

W moim przypadku droga do poznania języków obcych, a konkretnie rosyjskiego i francuskiego, przebiegała raczej po grudzie, choć marzyło mi się, aby to był zgrabny ślizg łyżwiarki figurowej na lodzie. Niestety tak nie było. 

Dziś, patrząc wstecz na moje językowe potyczki, pierwszy obraz, jaki się pojawia się przed moimi oczami, to zdezorientowana i przerażona uczennica. Myślę, że zarówno w podstawówce jak i w liceum po prostu nie wiedziałam, jak się za naukę języka obcego zabrać. Nikt mi tego nie powiedział. Nikt mnie nie poprowadził. Nauka zawężała się do nieszczęsnych trzech Z: zakuć, zdać, zapomnieć. A tymczasem moja niepewność rosła. Moje zaległości rosły. Rosło także moje przekonanie, że jestem językowym antytalenciem. W rezultacie dziś nie mówię ani po rosyjsku, ani po francusku. 

Ogromnym przełomem był mój pierwszy wyjazd do Hiszpanii i całkowite zanurzenie się w języku.

Miałam szczęście, bo trafiłam na bardzo cierpliwych „nauczycieli”. Najpierw w postaci sześcioletniej sąsiadki, a potem dwóch nastoletnich braci. To była lekcja przetrwania, ale także ogromna chęć zrozumienia i bycia zrozumianą. Nie było listy nowych słówek do wykucia. Była za to lista słówek niezbędnych, aby się dogadać. Dni tygodnia, godziny, posiłki to były tematy najważniejsze. No bo jak się z kimś umówić na basen, jak się nie zna dni tygodnia i liczb? 

Muszę jednak przyznać, że choć dziś mówię bardzo dobrze po hiszpańsku, to istnieją takie obszary języka, które jakoś umykają mej pamięci. Natomiast w języku polskim nie mam z nimi żadnych problemów.

Po pierwsze imiona i nazwiska: jestem na spotkaniu, przedstawiają mi człowieka, a za pół godziny nie mam pojęcia, jak miał na nazwisko.

Po polsku mogę nazwisko przekręcić, coś zmienić, ale przynajmniej je kojarzę. Po drugie nazwy ulic: nie pamiętam i już. Chyba, że są dziecinnie proste np. ulica Johna Lennona. Po trzecie nazwy lokalnych przysmaków: muszę coś zjeść dziesięć razy, żeby zapamiętać, jak się nazywa to, co jadłam. Po czwarte nazwy wioseczek i miasteczek. Tu mam podobnie jak z jedzeniem, najlepiej jak odwiedzę z dziesięć razy, wtedy z pewnością zapamiętam. I po piąte nazwy zwierząt i roślin. Wiem, jak się mówi na bociana, mewę, borsuka czy różę, ale nie jestem w stanie tak z marszu zapamiętać czyżyka, sikorki bogatki czy babki lancetowatej… 

W wyżej wymienionych przypadkach jestem po prostu zmuszona do nauki nowych słówek.

Zastanawiam się czasem, czy tak jest u wszystkich, czy to tylko ja mam takie trudności z pokonywaniem nieznanych mi dotąd językowych zawiłości. A może sama od siebie za dużo wymagam? Bo przecież nauka języka powinna być przyjemnością, a nie katorgą.
Wyzwań przede mną jeszcze sporo. Ale tak sobie myślę, że w Polsce też nie wszyscy wiedzą, co to jest moczka albo kołaczyk. A przecież to polskie przysmaki.

Magdalena Choda

Z CZYM KOJARZĄ WAM SIĘ LATA 90.?

Z brakiem internetu, komórek, kilkoma kanałami w telewizji, którą i tak oglądało się rzadko, bo lepiej było biegać z przyjaciółmi po osiedlu, robić akrobacje na trzepaku albo skakać w gumę. 

Z nagrywaniem piosenek z radia na kasetę, zbieraniem naklejek z donaldów i oklejaniem ścian plakatami z Popcornu. Tak jak pewnie większość z was, mam mnóstwo cudownych wspomnień z tamtych czasów i nie zamieniłabym swojego dzieciństwa i lat szkolnych na żadne inne. 

Dorastanie kojarzy mi się z jeszcze jednym – z kultowym, wyczekiwanym przez cały rok szkolny Kalendarzem Szalonego Małolata. Listy czytelników, dowcipy, zdjęcia ówczesnych idoli nastolatków, fragmenty piosenek, cytaty, horoskopy i wiele innych rzeczy, pochłaniały moją nastoletnią duszę przez długie godziny. 

Kochałam go nad życie i którejś bezsennej nocy, kilkanaście lat po wydaniu ostatniego egzemplarza i tysiące kilometrów od miejsca, w którym powstawał, naszła mnie myśl, że chcę znowu poczuć ten dreszczyk emocji, trzymając w ręku wyjątkowy kalendarz. Tym razem według mojego projektu. Zupełnie inny, ale mający coś z tamtego cudownego klimatu.

Od tej bezsennej nocy minęło kilka lat, pierwotny pomysł zmienił się wiele razy, ale udało mi się po raz trzeci stworzyć kalendarz, który jest unikatowy. Jest taki, jak sobie wymarzyłam, a kiedy przeglądam jego kolejne strony, myślę sobie, że my – Polki, kobiety, matki, córki, siostry, przyjaciółki, żony i kochanki, współautorki Kalendarza Polki – jesteśmy fantastyczne. Inspirujące, mądre i szalone. Otwarte na świat, seksowne i piękne. Jestem dumna i szczęśliwa, że mogłam na tych 300 stronach pokazać nas od najróżniejszych stron. I może mój Kalendarz Polki nie jest tak kultowy i popularny jak KSM, może nie sprzedaję co roku dwóch milionów egzemplarzy, ale pierwszy krok w tym kierunku zrobiłam. 

Bądźcie gotowi na kolejne, ja jestem!

5 1 vote
Article Rating
Subskrybuj
Powiadom o
guest

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.

0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze